Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
poniedziałek, 09 stycznia 2017
Christmas & New Year
Swieta w Europie zaczely sie od krotkiej wizyty w Berlinie. I niestety nie wybralem dobrego dnia. Fereshteh przylatywaly na Schoenefeld 19/12 wiec postanowilismy zostac w miescie jedna noc. Wloczylismy sie po miescie, odwiedzilismy Christmas Market i inne obowiazkowe miejsca. Wrocilismy do wynajetego mieszkania tylko po to zeby zobaczyc co godzine pozniej stalo sie pod parkiem ktorym sie przechadzalismy. Reszta wieczoru byla niespecjalnie radosna.
Nastepnego dnia po wizycie w muzeum Muru Berlinskiego (mocno polecane!), wrocilismy do Wroclawia. Nastepne dni to typowo swiateczna laba i zbieranie kilogramow, nastepnie zas wyskoczylismy na 3 dni w Bieszczady gdzie w otoczeniu sniegow, mrozow, gor i wilkow spedzalismy dni na wedrowkach przeplatanych ogrzewaniem sie przy kominku i zastanawianiu sie czy uda nam sie w ogole wyjechac z regionu. Nie bez problemow, ale sie udalo.



W drodze powrotnej zaliczylismy jeszcze pozycje obowiazkowe: Auschwitz i Wieliczke, poczym razem z Frenchiem i Florie spedzilismy 3 sylwestrowe dni we Wroclawiu. 



Nastepnego dnia Fereshteh wyleciala z Wroclawia, panstwo F&F ruszyli w podroz powrotna, a ja na samolot do Krakowa. Oczywiscie nie obylo sie bez przelozonych lotow (ale jako ze jestesmy w Europie, za takie przyjemnosci to sie dostaje kase!) i innych ciekawostek. Dzieki temu ze w Warszawie mialem wyjatkowo duzo czasu na przesiadke, udalo mi sie spotkac z Bartkiem i Mahdieh na szybka kawe, Martyna aka Weronika (India ad 2010) na lunch oraz Natalia (India ad 2010-2013) na lotniskowa kawe. Po tym wszystkim jeszcze 9 dlugich godzin w samolocie i tak oto swiateczno-noworoczne podroze sie zakonczyly. I oby do kolejnych, ktore to nastapnia juz wkrotce.

A z okazji nowego roku zycze wszystkim trojgu czytaczy wszelkiej noworocznej pomyslnosci. I oby dla odmiany choc niektore noworoczne postanowienia sie spelnily. Happy 2017!
piątek, 06 stycznia 2017
En Route Polonia
Nazbieralo sie zaleglosci. Niech bedzie - odgarniamy: czesc pierwsza.
O lataniu juz sporo pisalem. Mam cos takiego w sobie ze przyciagam przerozne nieszczescia - czy to zalamania pogodowe, czy awarie samolotu czy inne opoznienia. 
Drugi tydzien Grudnia byl bogaty w wyprawy. W niedziele po poludniu musialem leciec jeszcze sluzbowo do Atlanty na spotkania Poniedzialek-Czwartek, po to tylko zeby w czwartek wieczorem wrocic i lapac samolot w Piatek do Polski. Sam zastanawialem sie co moglo sie stac. No i sie stalo.
W niedzielne popoludnie przybylem przyzwoicie za wczesnie na lotnisko by przed lotem 'wylezec sie' w lozy Air Canada w towarzystwie szklaneczki whisky i jakis przekasek. Z koncem lotu trace swoj status 'Elite' wiec trzeba korzystac, nie?
Tak wiec gdzies pomiedzy snackiem a pierwszym lykiem drinka dostalem SMSa ze oto moj lot jest odwolany. Jako ze wiem juz jak w takich sytuacjach sie zachowywac, od razu udalem sie do stanowiska Air Canada zanim jeszcze dzikie tlumy ustawic sie zdarzyly w kolejce. A tlumow nalezalo sie spodziewac - kilka cm sniegu i wiatr sparalizowalo bowiem lotnisko i spowodowalo odwolanie polowy lotow. True story.



Po moze godzinie czekania rozmawiam z pania z AC i okazuje sie ze moze mi dac bilet na... wtorek. Pieknie podziekowalem i poprosilem o szukanie przesiadek. Charlotte, Chicago a nawet Houston byly wszystkie pelne. Troche juz zrezygnowany spojrzalem na tablice odlotow i zobaczylem na liscie Nashville. Razem z bardzo pomocna pania popatrzylismy gdzie to jest na mapie, okazalo sie nie byc przesadnie daleko (Amerykanskie 'daleko') i bylo kilka wolnych miejsc, wiec nie myslac przesadnie duzo wymienilem bilet na Nashville i z mysla o nocnej podrozy samochodem wrocilem do Lounge'u. 
Do stanu Tennessee dolecialem okolo 10pm, wynajalem najgorszy samochod jakim dane mi bylo jezdzic czyli Jeepa Renegade (omijac szerokim lukiem) i ruszylem przez gory i lasy Trumplandii w strone najwiekszego miasta stanu Georgia mijajac wielkie billboardy chwalace i prawie ubostwiajace prezydenta-elekta niczym te widziane w Tehranie wobec Imamow czy tez ogladajac Wiadomosci TVP.
Nastepne dni spedzilem z moim teamem w Atlancie i oczywiscie bylo przyjemnie jak zawsze zas pewnie kulminacyjnym momentem bylo moje zaistnienie w stacjach telewizyjnych innych niz lokalne czy indyjsko-celebryckie. 



Fun fact: mieszkajac w Indiach, bylem juz kiedys w lokalnym CNN (CNN-IBN) jako ekspert pilkarski, ale to bylo juz calkowicie inna pilka :)
W czwartkowy wieczor udalo sie wyleciec prawie-o-czasie mimo ze w Toronto warunki bylo mocno zimowe: snieg i prawie -20 stopni. Na szczescie udalo sie rowniez wrocic do Toronto i nastepnego dnia wsiasc w samolot do Warszawy.
Postanowilem nie pastwic sie specjalnie nad liniami LOT. Moze i zakupili sobie nowe dreamlinery, ale podrozni wciaz smierdza potem, samoloty opoznione bez wyraznych przyczyn, za alkohol trzeba placic nawet na miedzyatlantyckich lotach, upgrade za pieniadze z nie za statusy, na pokladzie serwuja zimne kanapki a pasazerowie klaszcza po wyladowaniu. Tak, oto bylem w Polsce.
piątek, 11 listopada 2016
Death of a Ladiesman
Jakze smutna wiadomosc dotarla do mnie wczorajszego wieczora. Oto 82letni muzyczno-poetyczny geniusz Leonard Cohen, trzy tygodnie po wydaniu swojej kolejnej genialnej plyty przeniosl sie na tamten swiat. A wszystko wokol bylo jakby zaplanowane i zaaranzowane - juz na poczatku otwierajacego calosc utworu Cohen spiewa "Lord I'm ready". Kilka dni wczesniej napisal zmarla jego wielka milosc/muza do ktorej napisal pozegnalny list przyznajac ze oboje sie zestarzeli i przyszedl czas sie zegnac.
Nie jest mi jakos strasznie smutno. Cohen byl gotowy. Przezyl swoje 82 lata czerpiac w pelni z tego co zycie ma do zaoferowania najlepszego i dajac jednoczesnie swiatu to co sam potrafil najlepiej - pisac kapitalne teksty i wyspiewywac je swoim niskimi, na wpol wypowiadanym, na wpol spiewanym stylem. Piosenki artysty inspirowaly pokolenia od lat 60tych i 70tych gdy mimo ze nie najmlodszego juz artyste ubostwialy hipisowskie malolaty, przez lata 80te gdzie nowofalowe przeblyski muzyki pop i prawie elektronicznych rytmow przebijaly sie przez doskonaly przeciez album "The Future" az po ostatnia dekade kiedy to Cohen dzieli sie ze swiatem przemysleniami czlowieka starego, inteligentnego, doswiadczonego jednak nieprzestajacego zadawac pytan.
Leo zostawil po sobie cala kolekcje plyt z ktorych ciezko wybrac najlepsza. Zostawil dobrze ponad setke piosenek z ktorych nie sposob wybrac tych najlepszych. Czy to I'm Your Man czy Avelanche, Bird On A Wire, Chelsea Hotel, So Long Marianne, Dance Me To The End Of Love czy moze Haleluyah spiewana przez kazdego artyste i kazdego uczestnika Idola zostana na zawsze evergreenami. Ja mam swoj top - uwielbiam Who By Fire, kocham If It Be Your Will, cenie The Future a Famous Blue Raincoat dalo poczatek zespolowi w ktorym pogrywalem w latach mlodzienczych.
Tak, swiat stracil kogos wybitnego. Ale tak sobie mysle ze moze Cohen, w koncu Kanadyjczyk z MOntrealu choc mieszkajacy w Los Angeles nie chcialby zyc w swiecie w ktorym rzadza ludzie pokroju Trumpa? Moze wybral odpowiedni moment by odejsc do lepszego miejsca. Miejsca w ktorym wartosci ktorym schlebial sa lepiej rozumiane. A jesli jest jedna rzecz ktora oba te swiaty laczy, to z pewnoscia jest to absolutne uwielbienie dla talentu mistrza.
Dziekuje za wszystko, Field Commander Cohen. RIP.
Tagi: music rip
21:47, karol.krochmal
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016
Trumped
Wczoraj bylo pozegnanie kolegi. Odchodzi do konkurencji. Przy wieczornym drinku ludzie smiali sie ogladajac wyniki z Kentucky gdzie Trump zmiazdzyl Clinton. Ktokolwiek sie mnie pytal, mowilem ze chcialbym zeby wszystkie sondaze sie spelnily, ale mam przeczucie ze bedzie wrecz przeciwnie. Ze podobnie jak to bylo z Brexitem, "niemozliwe bo przeciez nikt normalny tak nie glosuje" stanie sie realne. 
Pozniej w kilkanascie osob ogladalismy wybory i naprawde chcialbym zeby atmosfera byla taka jak z tego memu.


Nie byla. 
Pal licho to ze Trumpowy protekcjonizm wpedzi Ameryke w spirale wyzszych cen i inflacji. Biedniejsi beda mieli jeszcze gorzej, bogatych to nie ruszy. Podzialy poglebia sie jeszcze bardziej, a winni beda wszyscy tylko nie rzadacy - Meksykanie, Muzulmanie, imigranci, Demokraci i zwolennicy odnawialnych zrodel energii. Tak, brzmi znajomo, prawda?
Nasz PM, Justin Trudeu, pogratulowal zwyciezcy podkreslajac wspolne wartosci ktore lacza oba kraje. No dobrze, ale co jesli tych wartosci nie wyznaje prezydent? Ja naprawde nie mam nic wspolnego z Trumpem. Jest odrazajacy a kazda z jego wypowiedzi to festiwal klamstw, ale takze nienawisci na kazdym mozliwym tle. Nie chce miec zadnych wspolnych wartosci z czlowiekiem rekomendowamym na stanowisko przez Ku Klux Klan, z czlowiekiem ktory w zyciu nie uczynil zadnej poczciwej decyzji. Z kims kto obraza kobiety, mniejszosci, imigrantow na podstawie koloru skory, religii czy czegokolwiek innego.
A co w tym wszystkim dla Polski? Pan Macierewicz, ktory ramie w ramie z Erdoganem i Putinem zachwycil sie wynikiem wyborow, coraz mocniej zdradza ktoremu krajomi naprawde sluzy. Ja zas widze przyszlosc czarno - Rosja w najblizszym czasie przetestuje Ukraine ponownie a jesli tym razem nie dostanie mocnej odpowiedzi, pojdzie dalej - moze Finlandia, moze Litwa a moze Estonia. Polacy beda wymachiwali szabelka, ale faktem jest ze w koncu moze przyjsc kolej i na nas - niekoniecznie doslownie. Wystarczy sama grozba by zniechecic inwestorow i zalamac gospodarke. Dzieki znaczacym sukcesom w 'podnoszeniu z kolan', nikt w Europie nawet na Polske nie spojrzy.

Dzis w biurze atmosfera jest tragiczna. Moja szefowa w Kalifornii napisala mi o 10am (czyli jej 7am) ze pije i zeby zostawic ja w spokoju. Jest smutno i cicho. Ludzie niespecjalnie chca rozmawiac a jedna kolezanka podczas rozmowy o wyborach (w koncu w nie-jej kraju) po prostu sie rozplakala.
Mi jest smutno i przykro. Nie czuje zagrozenia tak bardzo jak obrzydzenie. Jest mi niedobrze na sama mysl ze taki czlowiek moze rzadzic jakimkolwiek narodem.

Podobno kazdy narod ma takiego lidera na jakiego zasluguje. Byc moze. Niestety tym razem oplakane skutki decyzji poprzedniej nocy odczuwalne beda na calym swiecie. A jesli w ciagu najblizszych 5 lat wybuchnie kolejna wojna swiatowa, przypomnijcie sobie kto powiedzial o tym pierwszy.
środa, 05 października 2016
Built to Spill
No i kontynuujemy watki muzyczne.
Dawno dawno temu, kiedy autorowi tego bloga nie snily sie jeszcze miedzynarodowe wojaze, lata w Indiach i za oceanem, podroze po Marokach, Islandiach i Iranach, autor byl dosc mocno uzalezniony od emocji muzycznych. Pod koniec lat 90tych i na poczatku obecnej dekady jezdzilo sie po koncertach i festiwalach by ogladac coraz to nowe zespoly. 
Byl tez zespol Built to Spill ktory to przez wszystkie te lata znajdowal sie w scislym topie najulubienszych formacji a ich album 1997 pt "Perfect From Now On" do tej pory uwazany jest za jeden z najlepszych albumow ever zas ich "Live" to chyba absolutnie najlepsza koncertowka out there. Jakby tego bylo malo, znam ludzi ktorzy potrafia isc w zaparte ze to czy "There's nothing wrong with love" czy to "Keep like like a secret" powinny dzierzyc palme najlepszosci.
Jak wiec widac na zalaczonym obrazku, Built to Spill to kawalek swietnego grania i jeden z wielu zespolow ktory nigdy nie zasluzyl na uwage na ktora zaslugiwal. Moze to po prostu niesprawiedliwosc tego przemyslu a moze po prostu fakt ze Doug Martsch - glowna postac kapeli - nigdy chocby i najmniejszym stopniu nie staral sie byc w centrum uwagi. Nie inaczej bylo w ostatni piatek w Toronto.
Tak. Widzialem na zywo Built to Spill. Dwudziestoletni ja bylby cholernie zazdrosny i dalby sie pokroic, albo przynajmniej sam pojechalby na przeciwny koniec kontynentu zeby ich tylko zobaczyc. 
Zanim jednak glowni bohaterowie pojawili sie na scenie Danforth Music Hall, niespecjalnie jeszcze obudzonej publicznosci zaprezentowala sie formacja "Surinam" o ktorej niespecjalnie warto mowic oraz mlodziak imieniem Alex G o ktorym niedlugo powinno byc glosno w kregach sledzacych granie w stylu Iron&Wine, Seam czy The New Year.
W koncu na scenie pojawili sie muzycy Built to Spill, jednak glownie po to by rozlozyc sobie wlasny sprzet. Ot, pokrecili sie przez 20min, popodlaczali kabelki, zdjeli wierzchnie okrycie i jakby grali dla 12 osob a nie paru tysiecy zaczeli koncert bez zciemniania swiatel, bez budowania napiecia. Ot, popatrzyli po sobie poczym Martsch zaintonowal "Kicked it in the sun". I juz wiedzialem ze bedzie to swietny koncert.



Coz, jesli czegos brakowalo, to na pewno drugiego gitarzysty. Na plytach ilosc zapetlonych gitar przyprawia o bol glowy, zas tutaj gdy Martsch udawal sie w swoje solowe podroze czasami w tle czegos brakowalo. Ale tez calkiem mozliwe ze sie po prostu czepiam, bo cala reszta koncertu byla po prostu znakomita. Swietne brzmienie, akustyka, ba, nawet zupelny brak jakiejs wiekszej interakcji z publika ponad podstawowe 'Thanks' po kazdej piosence mialo tutaj sens. Nie ma gwiazdorzenia, nie ma skakania po scenie, tarzania sie po ziemi. Byly za to zamkniete oczy i granie jakby w prozni, jakby wokol nie bylo tysiaca gardel spiewajacych kolejne szlagiery.



A tych bylo naprawde sporo. Bylo "Reasons", "Virginia reels around the fountain", niesamowite "Carry the Zero", "Some", "The Plan" i inne smakolyki ze wszystkich plyt. W koncu byly tez bisy i koncowka na ktora zesorwowano "Randy describes eternity" oraz "Car" po czym zapalono swiatla, czesc tlumu zaczela wychodzic a zespol zabral sie za pakowanie wlasnych instrumentow. Panowie podeszli pod krawedz sceny, przywitali sie z kilkudziesiecioma osobami ktore tam jeszcze staly, Martsch zas mile lecz stanowczo odmawial z dosc kwasna mina pozowania do zdjec czy innych selfies. 
To moznaby zacytowac slowa Franka Turnera: "There's no such things are rock stars, there's just people who play music". Dla Built to Spill muzyka jest wszystkim czego chca zas slawa, glamour czy inne celebrity ich nie interesuja. I dopoki zespoly takie jak ten przyciagac beda na niespecjalnie tanie koncerty tysiace osob, dopoty wierzyc bede ze rock'n'roll ma sie calkiem dobrze.

And I found a place
Where I know I'll always be tethered
And I knew when I woke up
Rock and roll will be here forever

wtorek, 20 września 2016
Sometimes I Need a Revelation
Jakos przez dlugie lata mojej pogoni za muzyka postac Glena Hansarda gdzies mi umykala. Ciezko powiedziec czy to dosc nieortodoksyjne miejsce pochodzenia (Irlandia, choc przeciez takiego Damiena Rice'a sie oczywiscie znalo i cenilo) czy moze to ze takie granie bylo zbyt klasyczne. Mniejsza o to - faktem jest ze przynajmniej od ostatnich paru lat osoba tego muzyka byla dosc wysoko na mojej liscie do-zobaczenia. 
Glen Hansard byl kiedys wokalista calkiem zacnej formacji The Frames, pozniej jeszcze jako efekt swojej niedoprecyzowanej relacji z niejaka Czeszka Marketa Irglova zalozyl duo The Swell Season bo w koncu stac sie bardem, songwriterem i produkowac piosenki pod swoimi imieniem. W mieczyczasie jeszcze, razem z w/w pania Irglova zdarzylo im sie zagrac czy tez zaspiewac glowne role w filmie Once ktory przyniosl slawe, pieniadze i pewnie jeszcze spore tantiemy od musicali ktore na jego podstawie i z muzyka Hansarda powstawaly.
I tak wiec wczorajszego wieczora Karino wyladowal w pieknej sali The Massey Hall w Toronto by zobaczyc ryzego faceta z broda.



Koncert byl po prostu piekny. Glen jest mistrzem pogadanek, opowiadal pijackie historie rodzinne, przyjacielskie, o tym jak zwinal butelke podobno drogiego wina z garderoby Damiena Rice'a oraz o jego fascynacjach poezja Leonarda Cohena. 
No ale przeciez nie dla pogadanek hala wypelnila sie do ostatniego siedzenia. Ponad 20 utworow i rowne 2.5 godziny muzyki wypelnionej pelnym przekrojem tworczosci Hansarda. Z poprzedniej plyty bylo m.in. "Love don't keep me waiting", "Maybe not tonight" i "Bird of Sorrow" a z nowej, kapitalnej Didn't He Ramble piekne "My Little Ruin", "Paying my way", niesamowicie zaaranzowane "McCormack's Wall" i konczace calosc "Her Mercy". Jedyne co rozczarowalo troche to wykonanie "Lowly Deserters" ktore zaaranzowali troche wolniej, bez tego folkowego kopa, ale nie mozna przesadnie sie dziwic, jako ze artysta nie wzial tym razem ze soba zadnego perkusisty. Mimo to, sekcja skrzypaczek razem z pianinem, odrobina loopow, basem i szalejacym momentami na akustyku Hansardem wprowadzila momentami naprawde wiele czadu.
Poza kawalkami firmujacymi nazwisko Hansarda i niekoniecznie wartymi wspomnienia coverami, byly tez oczywscie 'crowdpleasery' z czasow Swell Season czy Once, czyli "When your mind's made up" i "Falling Slowly", choc ten drugi moznaby tez podpisac pod The Frames podobnie z reszta jak Star Star czy chyba highlight nocy dla mnie, trzyosobowe gitarowo-skrzypcowo-kontrabasowe wykonanie "Revelate".



No i jeszcze wypada wspomniec o swietnej atmosferze na koncercie. Publika ktorej srednia wieku pewnie bliska byla 40-stki spiewala, klaskala a kiedy trzeba bylo siedziala cicho do tego stopnia ze Hansard w pewnym momencie odpial gitare, podszedl pod krawedz sceny i zupelnie bez naglosnienia wynucil "Stay The Road" ktore w tej majestatycznej hali wypelnionej przeciez ponad 2500 ludzi brzmialo jakby facet spiewal sobie sam w kosciele.
Tak wiec, Szanowna Wycieczko, jesli ktos nie jest zapoznany z osoba Glena Hansarda - polecam. A jesli bedzie okazja zobaczyc go na zywo - polecam jeszcze bardziej.
Tagi: music toronto
15:42, karol.krochmal , Dziennikarsko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016
Karino goes Hollywood
Kiedys juz bylo o tym ze autor niniejszego tekstu went Bollywood troche w przenosni. Pozniej byly nawet jakies flingi z bollywoodem i nawet nie wylacznie z bolywoodzkimi poczatkujacymi aktoreczkami (z ktorych przynajmniej jedna radzi ostatnio sobie calkiem dobrze). Byly tez bardzo dobre znajomosci z para rezysersko-producencka na pewno najwiekszego bolly-hitu tego roku i jednego z najwyzej ocenianych bolywoodow ever.
No ale to bylo kiedys - dzis mowa o holywood - i to nie wizycie w Los Angeles i ponownym skupianiu sie na tym co to miasto ma do zaoferowania. 
Wszystko jednak laczy sie w calosc. Zaczelo sie od tego ze znajoma z czasow Delhijskich, byla czlonkini AIESEC in Delhi, przybyla do Toronto na TIFF (Toronto International Film Festival) z Nowego Jorku gdzie obecnie mieszka. Nie dziwilem sie, bo skoro Leo di Caprio, Scarlett Johanson, Ryan Gosling i inne slawy wlocza sie po miescie, ludzie chca pewnie zdobyc autografy czy cos... Spotkalismy sie wiec na kolecji i dopiero wtedy okazalo sie jak mocno sie mylilem.
Kolezanka imieniem Mallika pracuje bowiem w 21st Century Fox jako asystentka samego James Murchocha. Tak, tego Murdocha z tych Murdochow. Tego samego ktorego sam premier Wielkiej Brytanii probowal scigac na komisje sledcze. Wiec na poczatku sie troche posmialem, ponabijalem, ale gdy nagle sprawdzila mejla i powiedziala ze 'oto wlasnie Wes Anderson przeslal mi swoj nowy scenariusz' malo co nie zsunalem sie z krzesla. 
Postanowilismy sobie dokonczyc rozmowe w jakims barze i calkiem przypadkowo trafilismy na jakas (podobno) zamknieta impreze dla autorow scenariuszy. Zupelnym przypadkiem, ale skoro bylismy to zaczelismy rozmawiac z ludzmi - ja na potrzeby chwili wymyslilem sobie ze pracuje tez w jakims production housie i moim zadaniem jest upewnianie sie ze filmy maja racje biznesowego bytu - sciemnianie w tej kwestii przychodzilo mi na tyle latwo ze kolezanka byla ze mnie wyjatkowo dumna, ludzie sie slinili a ja bawilem sie w najlepsze.
W koncu Mallika mowi ze dolacza do nas jej znajomi w tym facet z ktorym sie nieoficjalnie spotyka. Dolaczyla do nas trojka, a ja przez pierwsze minuty przygladalem sie jednemu z nich bo jakos dziwnie znajomo mi wyglada. Juz podczas wstepnych rozmow okazalo sie bowiem ze przynajmniej tymczasowym wybrankiem mojej znajomej jest scenarzysta i rezyser filmowy ktory ma na koncie scenariusz do filmu z Mattem Damonem, rezyserie filmu z Mattem Damonem oraz scenariusz do filmu z Mattem Damonem, Bradem Pittem i George'm Clooneyem zas na TIFFie jest akurat premiera jego nowego filmu (o ile mi wiadomo, bez Matta Damona). Pogadalismy sobie jakis czas, posmialismy ale jako ze czlowieka rozpoznano w barze dosc szybko i zostalismy otoczeni przez gromade zombie-pisarzy-amatorow, nasza piatka (przyjmujac po drodze dziesiatki wizytowek) przeniosla sie do nieco bardziej cichego baru gdzie posiedzielismy sobie jeszcze z pol nocy, po czym jak gdyby nigdy nic zamowilismy ubera, odwiozlem towarzystwo do ich hotelu, dostalem zaproszenie na premiere filmu dnia nastepnego od samego jego rezysera i wrocilem do domu.
No i co? Celebryci mi nie imponowali nigdy, choc tu akurat bylo fajnie, zabawnie, choc momentami i snobowato. Nawet nie bede wspominal o tym ze 50-latek spotyka sie (podkreslam: nieoficjalnie) z 29-latka bo to akurat chyba na porzadku dziennym i nic mi do tego, ale pare razy doszlo do ostrej dysputy na temat oczywisty czyli USA vs Canada - mimo wszystko bylo zabawnie. Ciekawe doswiadcznie, choc i tak najbardziej co mi uktwilo w glowie to fakt ze widzialem (choc nie czytalem) na wlasne oczy najnowszy scenariusz napisany i wyslany przez Wesa Andersona - filmu ktory pewnie w kinach pojawi sie za jakies 3 lata a ja wtedy opowiadal bede historie zeszlej nocy...
23:29, karol.krochmal
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 sierpnia 2016
Festival Glupoty Burkini 2016
Przez ostatnich pare tygodni ogladalismy, no, powiedzmy czytalismy, o festiwalu glupoty, malostkowosci i patetycznosci zaserwowanym nam przez wlodarzy kilku francuskich kurortow ktorzy to chcieli z plaz wyeliminowac burkini.
Co to jest burkini to kazdy chyba wie - stroj kapielowy zakrywajacy cale cialo. Rajcy stwierdzili bowiem... no wlasnie nie wiadomo co stwierdzili, bo ani jednego dobrego argumentu nie slyszalem. Poszlo wiec o to ze to jest przeciwko naszej kulturze i my tego nie chcemy.
Sad najwyzszy na zakaz popatrzyl i musial sie mocno usmiac bo to zakaz rownie glupi co niektore zakazy w Indiach, wiec regulacje wyladowaly w smietniku - szkoda tylko ze nie przed tym jak obiegly swiatowe media.
No, ale wyobrazmy sobie co by sie stalo, gdyby takowy zaklad jednak zaczal obowiazywac: na plazy jest zakaz zakrywania ciala.
Oczywiscie, wszyscy w burkini, wyjazd z plazy. No ale co gdyby siostra zakonna w habicie miala ochote sie poopalac? Sorry, taka sama miarka dla wszystkich. Po siostrach przychodzi kolej na pletfonurkow bo przeciez cali w piankach, no i oczywiscie surferow ktorzy takich uzywaja. Aha, czy zakaz mial jakis czasowy okres? Bo jesli nie to w srodku zimy na plazy nie ma wstepu nikt kto sie do rosolu nie rozbieze. 
Ale idzmy dalej - czym jest burkini a czym nie? Zasloniete wlosy? Czy rece i nogi? Czy moze talia? Bo jesli talia tez to wpuszczamy tylko w bikini. No ale czy bikini moze miec 'spodenki' czy musza byc to stringi? A czy mezczyznom wolno w shortach czy musza miec speedos? A jesli shorty to jak dlugie? No i co z czepkami kapielowymi?
Paranoja moze isc dalej, ale wytluszczania glupoty wlodarzy francuskich miast sobie odpuszcze liczac na troche opamietania a przede wszystkim przynajmniej odrobine zdrowego rozsadku.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Autopromocja
Jakby malo bylo pracy po jak-zawsze-za-wiele-godzin-tygodniowo, kilka dni temu pochwalilem sie swiatu wlasnymi przemysleniami na temat tego co robia centra kariery szkol biznesowych na swiecie i co moglyby robic lepiej.
Na blogu nie bedzie spoilerow, bedzie za to link do artykulu. Polecam.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Niagara Falls
Troche mi to zajelo.. nie wiem czy Niagara (czyt. 'najagra' a nie 'njagara') jest jakims cudem swiata czy czym innym, ale w zasadzie slyszalem o tym od dziecka. Ze taki wspanialy, jedyny i ojezujezu. W Nowym Jorku pomieszkiwalem i kiedy Lavina wpadla w odwiedziny i wymyslila sobie ze pojedzie wodospad zobaczyc, ja wolalem dluzej pospac a przez ostatni rok tez mi jakos nie chcialo sie przesadnie tluc samochodem nieco ponad godzine by zobaczyc o co tyle halo. No, ale zmobilizowany przez wizyte Fereshteh, zebralem sie w sobie i wycieczke nam zorganizowalem.
Tym razem poszedlem na latwizne - wzielismy swoje tudziez pozyczone jednoslady, zapakowalismy sie w lokalny pociag ktory wyrzucil nas nieopodal. Jeszcze kilka minut pedalowania i bylismy na miejscu.
Na pierwszy rzut oka wyglada to calkiem niezle (na drugi z reszta tez). 



Moze najwyzszy to nie jest, ale na pewno najwiekszy pod wzdledem ilosci wody przeplywajacej. Na dobra sprawe jest tak duzy (w ksztalcie podkowy) ze statki wplywaja w srodek i sa w pewnym momencie otoczone mgla wody a fale i wiry wydaja sie tymi statkami rzucac na wszystkie strony jakby zrobione byly z papieru. 



My na statek nie poszlismy, wolelismy isc na nogach pod sam wodospad, a w zasadzie az za niego. Wydrazono bowiem jakies tunele dzieki czemu mozna podejsc blisko pod 'prysznic'. Widok 'zza' jest zupelnie nijaki - ot, sciana szumiacej wody przez ktora nic nie widac, za to jesli stanie sie tuz obok robi sie fajnie.. i mokro. Bardzo mokro. 



Mimo ze oczywiscie nie pod samym strumieniem a moze ze 20m dalej, ale woda pryska jakby stalo sie w mocnym deszczu. Po 30sek jest sie przyjemnie mokrym (szczegolnie gdy na zewnatrz upal). Dopiero z tej perspektywy widac sile wodospadu. W ramach ciekawostki, wspomne ze jest jeden (!) udokumentowany przypadek osoby ktora prpzypadkowo spadla z progu i ocalala - 7-letni chlopak wylowiony zostal przez zaloge statku. Poza nim, ani nikt z jego lodzi, ani z zadnej innej, ani inni plywacy ktorzy wpadli w dol wodospadu, nie przezyl.

Po czesci turystycznej udalismy sie do Marineland czyli parku rozrywki. Raz ze jako dzieci wychowywane w systemach nie-zachodnich w koncu dostepu do takich na codzien nie mielismy, a dwa ze jako fan Orek, nigdy nie zdarzylo mi sie takiej zobaczyc na zywo a wlasnie Marineland jest jednym z niewielu na swiecie ktore takie zwierze posiada. Oprocz orki, byly tez delfiny, belugi i inne stworzenia morskie, ktore to jednak w Vancouver zdarzylo mi sie widziec. 
Na koniec udalismy sie jeszcze na tradycyjne pokazy pt. 'czego to te zwierzeta nie potrafia' i poza tym ze zgodzilismy sie ze trener delfinow to najfajniejsza praca na swiecie, Fereshteh udalo sie zrobic najlepsze zdjecie na swiecie, czyli selfie z delfinem ktory sam podplynal by do tego zdjecia zapozowac. 



True story! Najlepsze selfie w historii selfie wyglada tak:



W oczekiwaniu na powrotny pociag ruszylismy jeszcze do jednego z wielu kasyn bez jakiejs przesadnej nadziei na wzbogacenie sie, bardziej na zabicie czasu. I gdy myslielismy ze uda nam sie dotrzec do domu okolo 1am, okazalo sie ze na naszej linii pociag potracil pieszego (?) oczywiscie z wiadomym skutkiem, wiec musielismy przesiadac sie w podstawione autobusy lub pedalowac 30km w srodku nocy, wiec wrocilismy dobrze po 2am.. Dzien pelen wrazen i jeden punkt na liscie 'must-see' odfajkowany.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
Archiwum
Zakładki:
Tagi