Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
czwartek, 30 marca 2017
Karino o Delhi, Indiach i weselu w rezimowych radio
Byl film, bylo kino i telewizja, teraz czas na radio.
Okazalo sie jakos ze stary dobry znajomy Brtk napisal co u mnie i jak sie podrozowalo. Wspomnialem ze bylem na weselu i ze bylo cudo (co widac na ponizszych ruchomych obrazkach). Brtk na to ze moze by z tego cos bylo i czy moglbym na szybko poopowiadac. Oczywiscie najpierw chcialem cala historie, wypowiedzi pana mlodego i wojka-diabla-szwagra-brata do tego dolaczyc, ale ze musialo byc na juz juz a panstwo mlodzi wciaz na poweselnym kacu, sam siedziac na lotnisku Heathrow w drodze powrotnej nagralem pare zdan by Brtk mogl podzielic sie tym ze swiatem.
Audycja o Indiach, Delhi i indyjskim weselu na Goa (i troche o mnie samym) jest do odsluchania tutaj. Przez pierwsze pol godziny opowiada Joa o tancu aftykanskim. Joa to nieco postzelona dziewczyna z ktora wspolnie bawilismy sie na Brtkowym weselu w Teheranie, wiec moznaby powiedziec ze pan redaktor i oboje goscie programu sa z jak najbardziej jednej rodziny.

wtorek, 21 marca 2017
Paradisum
No i cos na co wszyscy troje odwiedzajacy rocznie tego bloga z cala pewnoscia czekali czyli pol Lutego w ruchomych obrazkach. Sceny z kilku krajow, kilku wiecej miast i kilkunastu dni.


Komentarze mile widziane.
piątek, 17 marca 2017
Tehran report
Wszystkie 4 dni w Tehranie byly poswiecone glownie na zwiedzanie, odkrywanie oraz poznawanie ludzi i znajomych. Zostalo jeszcze pare rzeczy ktorych nie widzialem wczesniej, wiec sie w tamte wybralismy. Ktoregos dnia udalo nam sie nawet wybrac na jakis na wpol-legalny koncert w piwnicy gdzie kilkoro chlopa z gitarami i innymi instrumentami ktorych nazw nawet nie znam dalo swietny pokaz muzyki lokalnej. Oczywiscie nie bylbym soba gdybym zachecony przez zaproszenie muzykow do nich nie dolaczyl na pare piosenek. Troche pojamowalismy, a pozniej chlopaki stwierdzili ze poakompaniuja mi do wszystkiego co zagram, tak wiec zaczalem spokojnie, od "Heartbreak" Angusa i Julii Stone, przez Blueraincoatowa "Codeine" a zakonczylem na hymnie Father Johna Misty "Only Son of a Ladiesman" w trybucie dla Leo Cohena. Oczywiscie za wyspiewywanie niektorych linijek tego tekstu rzad kraju w ktorym bylem z pewnoscia by mnie wsadzil. Szkoda ze publika nie do konca rozumiala "I'm a steady hand, she's a Dodgers fan, we're a leading brand of a one-night stand. I'm a ladiesman."
Innego dnia znowu pojechalismy wraz z przeurodziwa kolezanka imieniem Sheida na znany juz "Bam-e Tehran" czyli dach miasta. Gdy bylem tam rok wczesniej, byla noc i prawie nikogo w okolicy. Tym razem parkingi byly pelne a w drodze na osniezony szczyt cala masa ludzi - od niedzielnych turystow, przez zaprawionych hikersow z kijami a nawet w rakach, az po ekipy snowboarderow korzystajacych z wyciagow prawie ze w sercu miasta. My dostalismy sie moze wyciagiem do pierwszej stacji a z racji calkowitych brakow sprzetowych, ograniczylismy sie do podziwiania okolicy z tego poziomu. Dziewczyny szalaly z aparatami a mnie trafialo...



Tu nalezaloby rowniez wspomniec ze przez wiekszosc czas to ja robilem za kierowce. Fereshteh, ktora do niedawna uwazala Tehran za najgorsze miejsce do jazdy samochodem, po doswiadczeniach indyjskich i swidoma tego ze ja mialem okazje prowadzic w tym chaosie, oddala mi z czystym sumieniem kierownice a mi, trzeba powiedziec, odrobina szalenczych zmian pasow i generalnie wyscigi po Iranskich autostradach i gorskich uliczkach calkiem przypadly do gustu.
Ostatniego dnia przed wyjazdem wybralismy sie jeszcze do popularnej dzielnicy Darband na wieczorek pozegnawczy gdzie wraz z cala ekipa znajomych Fereshteh spedzilismy milo czas przy shishach, herbatkach i innych daktylach.



Nazajutrz, ku mojej rozpaczy, trzeba bylo wczesnie wstawac, zabierac zabawki i wracac do Toronto. Powrot po ponad 2 tygodniach w Indach i Iranie byl chyba najtrudniejszym koncem wspanialych podrozy jaki pamietam. Bylo ciezko przyzwyczaic sie ponownie do rytmu w pracy, temperatury w miescie i tej zupelnej przewidywalnosci. Wypada wiec jeszcze raz powtorzyc: Although I love Canada, I live to get away from it as much as I can.
środa, 15 marca 2017
Back to Tehran
MOja druga wizyta w Iranie byla zupelnie inna od pierwszej. Wtedy to podrozowalem solo, mialem plan napiety, troche zwiedzalem a glownie poznawalem ludzi i ekscytowalem sie kazda chwila w nowym miejscu, czy to zwiedzajac Shiraz, czy Tehran czy zabawiajac sie na Bartkowym weselu z uroczymi, nowo-poznanymi osobami.
Tym razem bylo inaczej - swierzo zareczony, po wspanialych ekscesach Goanskich, z delikatna opalenizna i zupelnie nie przystosowany do Tehranskiej pogody w Lutym, wyladowalem w miescie po pobycie w Abu Dhabi tak krotkim ze nie warto o nim nawet wspominac. Z reszta - przez wiekszosc czasu i tak spalem.
Aplikowanie na lotnisku o wize majac ze soba Iranke jest po prostu piekne: nagle 'obowiazkowe' ubezpieczenie ktore kazdy obcokrajowiec musi wykupic wcale nie jest obowiazkowe, nie trzeba przechodzic zadnych weryfikacji telefonicznych, a 10 minut ktore zajmuje proces (zamiast ok. 2.5 godziny ostatnim razem i to w srodku nocy) zajmuje przyjazna pogaduszka z panem rzadzacym calym procesem - nota bede tym samym ktory rok wczesniej nie chcial mnie wpuscic bo "pod numerem ktory podalem nikt nie odbiera". O 3am!
Odebrali nas rodzice Fereshteh co bylo pierwsza poza okolicznosciowymi rozmowami na Skypie, mozliwoscia poznania twarza w twarz. Rodzice oczywiscie byli bardzo mili, bardzo ciekawi i, Iranskim zwyczajem, goscinni do przesady. Jednego dnia to, drugiego tamto, zabrali nas na lunch do obrotowej restauracji na szczycie Milad Tower - miejsca do ktorego sam pewnie nigdy bym nie wstapil, ale ciesze sie ze mialem okazje bo widoku naprawde rewelacyjne. Dla zainteresowanych: jedzenie jakos szalenie nie przebija tego jakie mozna dostac w ulicznych knajpkach. 


Chyba trzeciego dnia naszego pobytu, troche zafascynowany tym ze nie jestem grillowany na tematy wszelkie, z ciekawosci zapytalem o co chodz. Fereshteh, ktora do tej pory nie wspomniala rodzicom o zareczynach, przyznala sie ze wydala im zakaz zadawania zbyt prywatnych pytan. Moze to ze wzgledu ze podczas swiat w Polsce, Fereshteh musiala opowiadac "jak to jest zyc w Iraku" czy uczyc niektorych "arabskiego". Gdy wiec sprostowalem dziewczyne i powiedzialem ze rodzice sa jak najbardziej mile widziani a wrecz zachecani by pytac, ci nagle zostawili cokolwiek robili, rozsiedli sie wokol na kanapach i polecieli z koksem. Od tego co robie (wierze ze nie zrozumieli bo skoro wlasni rodzice do tej pory nie moga tego pojac a w tym wypadku dochodzilo jeszcze tlumaczenie mojej ukochanej dla ktorej ja jestem 'czyms na ksztalt doradcy finansowego' wiec przytakiwanie glowami jej rodzicow odbieram jako "aha, dobrze choc i tak nie mamy pojecia o czym mowisz". Byly pytani o to dlaczego Kanada a nie Australia (bo ci maja tam krewnych). Nie specjalnie byli zafascynowani moja odpowiedzia o tym ze przeciez w tamtym kraju wszystko co zycje stara sie czlowieka zabic, wszystko jedno czy to ssak, ryba, gad czy owad.
W koncu oczywiscie padlo pytanie o nasza przyszlosc i to co planujemy. Porozumiewawczo sie na siebie spojrzelismy i zaczalem opowiadac.
Tu musze wspomniec ze przed zareczynami nie wykonalem staromodnego gestu proszenia rodzicow o zgode. Koniecznie chcialem by byla to niespodzianka, wiec przetestowalem sytuacje wysylajac jakies mniej wazne pytanie i jednoczesnie proszac o nie dzielenie sie tym z Fereshteh. Gdy wiec ta nastepnego dnia poruszyla temat, wiedzialem ze lepiej dzialac w izolacji.
I wracamy.. tak wiec opowiedzialem ze jestesmy ze soba jakis czas, ze oboje zdecydowani jestesmy zwiazac sie ze soba na stale i ze poprosilem ich corke o reke i jesli oni nie maja nic przeciwko, chcielibysmy zaczac myslec o sobie w kategoriach 'my'. Oczywiscie na twarzach rodzicow pojawilo sie skonfudowanie i obawa ze cos umknelo w translacji, gdy jednak upewnili sie ze to jest prawda uczy im sie zaswiecily ze wzruszenia. Gdy zas Fereshteh pokazala zdjecie z plazy, zaczela sie heca, usmiechy, usciski i zyczenia. Po chwili jednak znow konfudacja, bo przeciez gdzie jest pierscionek - dziewczyna przyznala sie ze schowala i pobiegla przyniesc. Rodzice byli na maksa pozytywnie zaskoczeni, przejeci, wzruszeni i jednoczesnie troche wkurzeni ze oto ich corka przez trzy dni taki fakt przed nimi ukrywala. Ogolnie jednak cale formalne powiadamianie wyszlo calkiem niezle. 
A jak powiadomilismy moich rodzicow, skoro wizyty w Polsce nie planowalismy? Coz, e-mailem. Sadzac po reakcji, chyba wciaz zastanawiaja sie czy my na powaznie. 
Wedding outburst
No dobrze, wszystko bylo planowane juz od dluzszego czasu. Planowane i jednoczesnie trzymane w tajemnicy, bo przeciez takich rzeczy nie wymawwia sie glosno i nie informuje swiata przed faktem.
Dzien po weselu, Fereshteh i ja poszlismy sobie na spacer na plaze. Niby inni mieli isc, ale nie przyszli, wiec sobie siedzielismy, gadalismy i podziwialismy ostatni zachod slonca na Goa jako ze nastepnego wieczora musielismy juz wyjezdzac. Ustawilem aparat, wlaczylem self-timer i zrobilismy sobie cala seryjke zdjec. W pewnym momencie, gdy Fereshteh pozowala do kolejnego, ja postanowilem ja nieco zaskoczyc:



No tak, Szanowna Wycieczko, w takich oto okolicznosciach przyrody autor tego bloga poprosil o reke najwspanialsza dziewczyne ever. Bylo duzo "co to" i "ty chyba sobie zartujesz", "ty to tak na powaznie" a przede wszystkim "a skad ty to wziales". Byl placz, smiech i do tego jakkolwiek Fereshteh by zareagowala. Tak czy inaczej, od 12. Lutego zaczynamy planowac nasze wspolne zycie na powaznie.
No, moze nie tyle co zaczynamy planowac, bo jeszcze nawet slowa o tym nie zamienilismy. Nawet gdy rodzice Fereshteh pytali sie o szczegoly, odpowiadalismy tylko 'nie rozmawialismy o tym', ale faktem jest ze sytuacje osobista mocno mi spowazniala. I tym razem nie jest to primaaprilisowy zart.

20:59, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2017
The Great Beach Indian Wedding
Na Goa przyjechalismy w celu o ktorym juz wczesniej wspomnialem. Jako ze panstwo Anjalika i Andrew postanowili (w koncu) urzadzic celebracje swojego zwiazku malzenskiego w ktory wstapili juz jakis czas temu, nie moglo mnie tam zabraknac. Inna sprawa ze Goa to moje ulubione miejsce na swiecie a plaza w Mandrem to ulubione kilka tysiecy ton piachu w samym centrum ulubionego miejsca. A&A to zas jedni z ulubionych ludzi, a ja lubie sie tytulowac ich ulubionym znajomym, przynajmniej na tyle by wybrano mnie na jednego z "best menow" tak wiec z samej wielosci uzycia slowa 'ulubiony', po prostu musialem tam byc.



Dzien pierwszy spedzilismy tak jak sie dni na Goa spedza, czyli lezac na plazy, plywajac, biegajac, odpoczywajac, popijajac piwo King's i nastrajajac sie na kolejne dni. Tak naprawde to nawet nie wiem dokladnie co my tego dnia robilismy, bo w koncu to Goa wiec i tak nikt kto szczesliwy sie jakimikolwiek obowiazkami nie przejmuje. 
Kolejnego dnia mialo miejsce pre-party: w naszej Mandali zebrali sie weselnicy przyjechani z calego swiata by zaczac swietowanie i jendoczesnie sie troche poznac. Ja mialem przyjemnosc juz spotkac rodzicow pana mlodego (w Indiach, chyba w 2012), jednego z best menow (w Polsce, chyba w tym samym roku), poza tym innych gosci weselnych - Yasmine, Grete i pare innych sztuk. A tych ktorych nie znalem wczesniej poznalem tego wieczora w Mandali kursujac glownie pomiedzy stoiskiem faceta rozlupujacego maczeta kokosy a barem w ktorym do polowy pustego napelnialem rumem i taka oto tropikalna kompozycja raczylem sie caly wieczor. Woda kokosowa czynila cuda, mimo ze nie pamietam kiedy, o ktorej i w jakich okolicznosciach udalem sie na spoczynek, nastepnego poranka nawet nie mialem wrazenia ze wlewalem w siebie chocby gram trucizny. Moze to magiczne dzialanie kokosa, a moze po prostu GOanskie powietrze?
Nastapil glowny dzien. Pan mlody, ktory zarzekal sie ze nie stresuje sie ani troche, chodzil jak cykajaca bomba, wszyscy 'funkcyjni' starali sie upilnowac zeby wszystko zapiete bylo na ostatni guzik, jesli nawet musieliby sami myc kieliszki, wycierac taleze i rozstawiac szklanki. W koncu jednak wszystko sie udalo. Co zas do "team groom" to przedstawialismy sie tak (brakuje kolegi Paula):



Ceremonia byla przepiekna, urocza, na plazy nad samym morzem o zachodzie slonca, w rytm muzyki Goanskiego zespolu Farafi. Bylo na luzie, ale stylowo. Troche elementow indyjskich ale przede wszystkim motywy takie ktore panstwo mlodzi sami sobie by zyczyli. Piekno!



Oprocz samego miejsca i przebiegu, trzeba wspomniec o strojach - malo kto w garniturze, jednak mimo to bylo to super eleganckie wesele. Popodwijane spodnie, jasne koszule, tu i owdze kamizelki, letnie suknie a przede wszyskim nieziemskie saree nawet (a moze szczegolnie) wsrod kobiet przyjezdnych. Poezja!
Dalej tradycyjna impreza tanczona w rytm muzyki Farafi gdzie ludzie z roznych krajow i kontynentow swietnie sie bawili. Na piasku i pod palmami!



Byly przemowy ojcow panstwa mlodych gdzie pan Jozef, ojciec Andrew przemowil po Angielsku i doslownie chwycil za seducho zas pan Anjan, ojciec Anjaliki, udowodnil ze gdyby nie byl szefem holdenderskiej firmy produkujacej (rowniez) zarowki, mialby gwarantowana kariere w showbiznesie. Przy tych dwoch nijak wypadly przemowy best menow, a kolorytu do calosci dodaly wspominki tych ktorzy ot tak postanowili dodac od siebie pare slow. Bylo wspaniale!
Nastepnego dnia, jak to na prawdziwym weselu, byly poprawiny. Oczywiscie nie mialy tu one nic wspolnego z tandeta, disco z pola i tonami alkoholu - tu po prostu wszyscy razem ruszyli na plaze, uprawiali 'chilling', grali w siatke, rzucali freezbie, kopali pilke, plywali albo po prostu lezeli trupem odpoczywajac po szalenstwach sobotniej nocy.



Szanowna wycieczko, byl czas kiedy twierdzilem ze to czy tamto wesele bylo najlepszym na jakim bylem. Od przeszlo dwoch lat stwierdzilem ze nie ma sensu porownywac wesela siostry we Wloszech z niesamowita atmosfera tego w Iranie czy absolutnie fantastyczna lokalizacja na Goa. Ot, po prostu kolejne z wyjatkowych chwil celebrujacych dwoje wyjatkowych ludzi, w wyjatkowym miejscu na swiecie.
22:16, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 marca 2017
Delhi -> Bombay -> Goa by train
Nastepnego poranka Fereshteh jakos srednio sie czula - przypaletalo sie jej jakies przeziebienie po zimnym dniu w Agrze czy to nocnych szalenstwach w Delhi. Przesiedziala wiec poranek w lozku zajadajac sniadaniowe Chole Bhature. Dopiero kiedy musielismy sie juz wynosic z hotelu i wspomnialem ze wartoby odwiedzic moj ulubiony market na calym swiecie, dziewcze sie jakby lepiej poczulo... :|
Ruszylismy wiec na Sarojini Nagar. Szanowna Wycieczko, gdy mieszkalem w Indiach, Sarojini bylo mekka zakupowa kazdego expaty. Kupowalo sie tam wszystko, glownie ciuchy. A jako ze bazar ten byl jakby na uboczu, jako ze nie odwiedzaly go hordy bialych turystow przemierzajacych miasto z Lonely Planet w reku, na Sarojini nie bylo tez prob oszustwa na masowa skale, wysrubowanych cen i setek naciagaczy. Sa dziesiatki, ale te mozna zniesc.
Im dalej w stoiska szlismy, tym lepiej Fereshteh sie czula, a gdy nabyla swoje upragnione saree, do tego jeszcze zmatchowane bangle, bindi i wszystko inne czego potrzebowala by wygladac bosko-indyjsko, byla juz zdrowa, lsniaca i szczesliwa. 
Zeby nie bylo - sam rowniez dalem sie nieco porwac: nabylem pare butow czy sandalow czy obie za laczna sume 500rs oraz talerzyk chicken momos. Po tych dobrodziejstwach wrocilismy na Paharganj, zabralismy tobolki i udalismy sie na stacje New Delhi.
Jak do Bombayu to wiadomo ze najlepiej pociagiem. A jak ciopagiem, to zadnym innym jak Mumbai Rajdhani odjezdzajacym z Delhi o zawsze tej samej 16:20 a przyjezdzajacym do Bombayu o 8:10am czyli w zasadzie nigdy przed 9am. Nie wazne. Zasiedlismy, pojedlismy, pogadalismy, po czym polozylismy sie w wyrkach pod swierzymy poszewkami i zasnelismy w rytm kolyszacego sie pociagu.



Obudzilismy sie w Bombayu, zjedlismy sniadani i pociag dotoczyl sie do stacji Bombai Central.
Stamtad udalismy sie do domu znajomych by zostawic bagaze, tudziez wziac szybki prysznic. Dalej do Ville Parle na spotkanie z moja rodzina chrzestna. Panstwo Paul milo nas ugoscili, pogadalismy pierwszy raz od chyba 5 lat i po moze godzinie znow bylismy w pociagu lokalnym wsrod tlumow stojacych, siedzacych i wiszacych za oknem pasazerow. Dla Fereshteh byl to na pewno maly szok!
Prawie godzina w pociagu i bylismy na samym poludniu miasta. Maly spacer, znow odwiedzanie stoisk i bazarow zamiast Gateway of India czy Taj Mahal Hotel. Malo tego - nawet nie zajrzelismy do Leopold's czy Mondegard's a to zakrawa juz na maly skandal. Wypilismy szybka kawe z Lavina i znow w pociag powrotny. W znanej i lubianej dzielnicy Bandra poszwendalismy sie sklepach i knajpkach po czym wrocilismy do domu Raja i Anu - zaprzyjaznionej pary Bollywoodzkich celebrytow, ktorzy przez lata od kiedy ich ostatnio widzialem wybili sie w celebrytosci jeszcze bardziej, ale jesli jest sie rezyserem i producentka jednego z 3. najbardziej kasowych filmow roku w Indiach, to jest to jakos zrozumiale. 



Na szczescie towarzystwo dalej bylo znakomite, kuchnia Anu to poezja, Raja za to zawsze poopowiada ciekawe historie z branzy. Powspominalismy podroze i czasy kiedy spotkalismy sie czystym przypadkiem podczas wspinaczki na szczyt Wayna Picchu w Peru. Ot, takie tam.. Na droge wypislismy jeszcze po szklaneczce cholernie przyzwoitej whisky i ruszylismy w dluga podroz znow na poludnie miasta, tym razem na stacje Victoria. Jesli ktos zna Bombay, zrozumie jak wiele km tego dnia przebylismy.
Kolejny aktywny dzien zakonczony kolejna noca w pociagu. Tym razem wspolpasazerowie byli jacys bardziej namolni, glosni i upierdliwi, ale jak tylko wstalo slonce i lasy palmowe przeswitywaly spoza kanionu w ktorym wykuto tory na potrzeby Konkan Railways, zasiadlem sobie w drzwiach by podziwiac widoki i cieszyc sie krajobrazem. 


W koncu odliczylismy stacje do konca, wysiedlismy na stacji Pernem, czyli po srodku niczego, dogadalismy sie z jakims dobrym czlowiekiem by podrzucil nas do miasteczka Mandrem i oto po trzyletniej przerwie objawilem sie ponownie w najlepszym na swiecie resorcie, czyli "osrodku wczasowym" The Mandala. 


Tak, w koncu bylismy na Goa!
wtorek, 07 marca 2017
Taj Mahal
Nie lubie Agry. Nigdy nie lubilem i lubic nie bede. 
Problem jednak w tym ze tam wlasnie postawiono ten caly Taj Mahal, wiec jesli z partnerka zdecydowano sie juz na odwiedzenie Indii, nie ma opcji zeby do tego miasta nie pojechac.
Wybralismy pociag o 6am, ktory do Agry dojezdzal planowo ok 8:10am czyli gdzies kolo 9:30 Indyjskiego czasu. Przedostalismy sie dosc szybko do Ground Zero i jakze mile nas zaskoczyl fakt ze bylo praktycznie pusto. Pusto jak na Indie, tak wiec wciaz ludzie tu i tam, ale ani kolejek ani zadnego przepychania sie. Moze mial na to wplyw fakt ze pogoda tego poranka byla dosc paskudna - chlod, ziab i mgla do tego stopnia ze ciezko bylo w ogole ujrzec cokolwiek, a sam budynek monumentalnie rozplywal sie w bialej mgle.



Na szczescie podczas dnia zaczelo sie wypogadzac i udalo sie zrobic zdjecie czy dwa na ktorych cokolwiek widac.



Po obowiazkowej wizycie udalismy sie na pochodzenie 'po miescie' co oczywiscie bylo zlimitowane do 5minutowego deptania po srednie ciekawej i smierdzacej okolicy, wiec zakotwiczylismy zamiast tego w jakiejs kawiarence, po czym udalismy sie do Agra Fortu.
Fort, jak wszystko w Agrze, jest ostro przereklamowany ale ze nie ma w okolicy zupelnie nic innego a Fatehpur Sikri jest nieco daleko, przyciaga turystow wszelkich. Poszwendalismy sie troche bez entuzjazmu po czym wsadzilismy sie w pociag powrotny do Delhi.

poniedziałek, 06 marca 2017
Delhi - take one
Nastepny dzien przeznaczony byl na zwiedzanie. Ale jakos sie okazalo, nie ostatni raze podczas tego wyjazdu, ze przeciez krecenie sie po bazarach i shopping czesto bardziej jest przyjemny, a od czasu do czasu i krecenie sie ze znajomymi po miescie rowniez jest nie mala atrakcja. Tak wiec o poranku, czyli w okolicach lunchu, przed ktorym biegalem po Paharganju szukajac na gwalt suszarki do wlosow, ruszylismy do jakiejs calkiem sympatycznej knajpki w okolicach Pragati Maidan by spotkac sie z conieco znajomymi. W tym wypadku byla to moja ulubienica Bint wraz z malzonkiem i urocza corka Emma oraz, troche z innej czapy, ale Rufus ktory okazal sie rowniez juz byc hajraten i to z perskim niewiesciem imienem Fahra. Jakims wiec wypadkiem okazalem sie w tym tlumie byc jedynym nie-prawie-muzulmaninem co i tak nikomu nie przeszkadzalo wpieprzac wieprzowinki! Cala masa wspanialych ludzi uwidoczniona ponizej. Alez milo bylo sie spotkac!



Najedzenie i wysciskani ruszylismy na dodatkowe zwiedzanie - najpierw zahaczylismy o Lodhi garden. 



Ale ze robilo sie pozno i nie dalibysmy rady ani do Akshardham ani do Lotus Temple, udalismy sie na kawe z Javedem do Khan Market a nastepnie w okolice CP czy prawie juz Old Delhi (tak, duzo zwiedzania!) na kolacje z Davidem oraz jego Hiszpanskimi pobratynczykami. Molto HexTax i sporo niesamowitego indyjskiego jedzenia. Javed naprawde ma smykalke do wyajdywania interesujacych miejsc.



Poznym wieczorem, gdy inni udawali sie na jakies balety, my udalismy sie do hotelu by 'po bozemu' polozyc sie spac okolo polnocy jako ze pobudke na nastepny poranek planowalismy na 4:30am. 
Back to India
I oto wrocilem! WOW! To chyba najdluzsza przerwa bez Indii - od Marca 2014 do Lutego 2017 wiec prawie 3 lata bez odwiedzania, bez przepysznego jedzenia, bez klaksonow na kazdym kroku, bez rikszy, ulubionych knajp i innnych miejscowek.
Na szczescie abstynencja dobiegla konca.
Piatek w pracy oczywiscie byl goracy, ale gdzies w srodku czulem juz absolutna ekscytacje. Kiedy w koncu opuscilem biuro, z wielkim usmiechem na twarzy pobieglem do domu, zamienilem garnitur na moje ulubione spodnie 'podrozne' i taka sama koszulke, buty garniturowe na letnie trampeczki, zarzucilem letnia kurteczke i mimo ze taki stroj srednio pasowal do temperatury w Toronto, zabralem plecak, wskoczylem w metro i udalem sie na wyjatkowo pustawe lotnisko Pearson. Chwile zabawilem w terminalu po czym zasiadlem w bezposrednim samolocie relacji Toronto-New Delhi. Tak, Szanowna Wycieczko, jesli ktos zna sie troche na geografii jest w stanie wyobrazic sobie ile taka podroz zajmuje. 
Samolot startuje i kieruje sie prosto na polnoc, zachacza o Grenlandie i tnie kolo podbiegunowe zeby wyleciec z drugiej strony w okolicach Norweskiego Tromso. Dalej na wschod, lot nad Murmanskiem, Symeria, Omskiem dalej chyba nad Kazakhstanem i innymi -stanami prosto do Delhi od polnocy. Dzieki temu 'skrotowi' nad biegunem, lot trwa 'jedynie' 13.5 godziny. Wylecialem o 21:20, przylecialem o 21:40... nastepnego dnia.
A ze byla to sobota i komitet powitalny w postaci Javeda i Fereshteh typowo indyjskim zwyczajem sie spoznil, ja udalem sie wprost do zaprzyjaznionej knajpy gdzie zaprzyjazniony DJ Rufus prowadzil typowa Delhijska podtancowke. Bylo wysmienicie!



Pewnie gdzies tak okolo polnocy pojawili sie w koncu zagubieni Fereshteh i Javed oraz po jakims jeszcze czasie David - znany i lubiany HexTaxianin ktory rowniez w tym czasie postanowil odwiedzic Delhi. 
Gdy juz po wyjsciu i przejsciu dobrego kilometra staralismy sie lapac riksze, przybiegl jakis facet i pyta sie czy ja jestem Karol. No jestem. Ten mi mowi ze tutaj jest adres i jest impreza i ze jestesmy zaproszeni a on jest przyjacielem Reshaada. Spoko, idziemy. Problem byl tylko taki ze sie nieco pogubilismy i na impreze doszlismy moze ok. 3 rano gubiac jeszcze po drodze Javeda i Davida. Dowloczyslismy sie do hotelu w turystycznej i smierdzacej dzielnicy Paharganj ok. 5am - dla mnie w totalnym jetlagowym letargu bylo to maximum na co moglem sie zdac po jakis 50 nieprzespanych godzinach. Tak, bylem ponownie w Indiach!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
Archiwum
Zakładki:
Tagi