Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
wtorek, 30 sierpnia 2016
Festival Glupoty Burkini 2016
Przez ostatnich pare tygodni ogladalismy, no, powiedzmy czytalismy, o festiwalu glupoty, malostkowosci i patetycznosci zaserwowanym nam przez wlodarzy kilku francuskich kurortow ktorzy to chcieli z plaz wyeliminowac burkini.
Co to jest burkini to kazdy chyba wie - stroj kapielowy zakrywajacy cale cialo. Rajcy stwierdzili bowiem... no wlasnie nie wiadomo co stwierdzili, bo ani jednego dobrego argumentu nie slyszalem. Poszlo wiec o to ze to jest przeciwko naszej kulturze i my tego nie chcemy.
Sad najwyzszy na zakaz popatrzyl i musial sie mocno usmiac bo to zakaz rownie glupi co niektore zakazy w Indiach, wiec regulacje wyladowaly w smietniku - szkoda tylko ze nie przed tym jak obiegly swiatowe media.
No, ale wyobrazmy sobie co by sie stalo, gdyby takowy zaklad jednak zaczal obowiazywac: na plazy jest zakaz zakrywania ciala.
Oczywiscie, wszyscy w burkini, wyjazd z plazy. No ale co gdyby siostra zakonna w habicie miala ochote sie poopalac? Sorry, taka sama miarka dla wszystkich. Po siostrach przychodzi kolej na pletfonurkow bo przeciez cali w piankach, no i oczywiscie surferow ktorzy takich uzywaja. Aha, czy zakaz mial jakis czasowy okres? Bo jesli nie to w srodku zimy na plazy nie ma wstepu nikt kto sie do rosolu nie rozbieze. 
Ale idzmy dalej - czym jest burkini a czym nie? Zasloniete wlosy? Czy rece i nogi? Czy moze talia? Bo jesli talia tez to wpuszczamy tylko w bikini. No ale czy bikini moze miec 'spodenki' czy musza byc to stringi? A czy mezczyznom wolno w shortach czy musza miec speedos? A jesli shorty to jak dlugie? No i co z czepkami kapielowymi?
Paranoja moze isc dalej, ale wytluszczania glupoty wlodarzy francuskich miast sobie odpuszcze liczac na troche opamietania a przede wszystkim przynajmniej odrobine zdrowego rozsadku.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Autopromocja
Jakby malo bylo pracy po jak-zawsze-za-wiele-godzin-tygodniowo, kilka dni temu pochwalilem sie swiatu wlasnymi przemysleniami na temat tego co robia centra kariery szkol biznesowych na swiecie i co moglyby robic lepiej.
Na blogu nie bedzie spoilerow, bedzie za to link do artykulu. Polecam.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Niagara Falls
Troche mi to zajelo.. nie wiem czy Niagara (czyt. 'najagra' a nie 'njagara') jest jakims cudem swiata czy czym innym, ale w zasadzie slyszalem o tym od dziecka. Ze taki wspanialy, jedyny i ojezujezu. W Nowym Jorku pomieszkiwalem i kiedy Lavina wpadla w odwiedziny i wymyslila sobie ze pojedzie wodospad zobaczyc, ja wolalem dluzej pospac a przez ostatni rok tez mi jakos nie chcialo sie przesadnie tluc samochodem nieco ponad godzine by zobaczyc o co tyle halo. No, ale zmobilizowany przez wizyte Fereshteh, zebralem sie w sobie i wycieczke nam zorganizowalem.
Tym razem poszedlem na latwizne - wzielismy swoje tudziez pozyczone jednoslady, zapakowalismy sie w lokalny pociag ktory wyrzucil nas nieopodal. Jeszcze kilka minut pedalowania i bylismy na miejscu.
Na pierwszy rzut oka wyglada to calkiem niezle (na drugi z reszta tez). 



Moze najwyzszy to nie jest, ale na pewno najwiekszy pod wzdledem ilosci wody przeplywajacej. Na dobra sprawe jest tak duzy (w ksztalcie podkowy) ze statki wplywaja w srodek i sa w pewnym momencie otoczone mgla wody a fale i wiry wydaja sie tymi statkami rzucac na wszystkie strony jakby zrobione byly z papieru. 



My na statek nie poszlismy, wolelismy isc na nogach pod sam wodospad, a w zasadzie az za niego. Wydrazono bowiem jakies tunele dzieki czemu mozna podejsc blisko pod 'prysznic'. Widok 'zza' jest zupelnie nijaki - ot, sciana szumiacej wody przez ktora nic nie widac, za to jesli stanie sie tuz obok robi sie fajnie.. i mokro. Bardzo mokro. 



Mimo ze oczywiscie nie pod samym strumieniem a moze ze 20m dalej, ale woda pryska jakby stalo sie w mocnym deszczu. Po 30sek jest sie przyjemnie mokrym (szczegolnie gdy na zewnatrz upal). Dopiero z tej perspektywy widac sile wodospadu. W ramach ciekawostki, wspomne ze jest jeden (!) udokumentowany przypadek osoby ktora prpzypadkowo spadla z progu i ocalala - 7-letni chlopak wylowiony zostal przez zaloge statku. Poza nim, ani nikt z jego lodzi, ani z zadnej innej, ani inni plywacy ktorzy wpadli w dol wodospadu, nie przezyl.

Po czesci turystycznej udalismy sie do Marineland czyli parku rozrywki. Raz ze jako dzieci wychowywane w systemach nie-zachodnich w koncu dostepu do takich na codzien nie mielismy, a dwa ze jako fan Orek, nigdy nie zdarzylo mi sie takiej zobaczyc na zywo a wlasnie Marineland jest jednym z niewielu na swiecie ktore takie zwierze posiada. Oprocz orki, byly tez delfiny, belugi i inne stworzenia morskie, ktore to jednak w Vancouver zdarzylo mi sie widziec. 
Na koniec udalismy sie jeszcze na tradycyjne pokazy pt. 'czego to te zwierzeta nie potrafia' i poza tym ze zgodzilismy sie ze trener delfinow to najfajniejsza praca na swiecie, Fereshteh udalo sie zrobic najlepsze zdjecie na swiecie, czyli selfie z delfinem ktory sam podplynal by do tego zdjecia zapozowac. 



True story! Najlepsze selfie w historii selfie wyglada tak:



W oczekiwaniu na powrotny pociag ruszylismy jeszcze do jednego z wielu kasyn bez jakiejs przesadnej nadziei na wzbogacenie sie, bardziej na zabicie czasu. I gdy myslielismy ze uda nam sie dotrzec do domu okolo 1am, okazalo sie ze na naszej linii pociag potracil pieszego (?) oczywiscie z wiadomym skutkiem, wiec musielismy przesiadac sie w podstawione autobusy lub pedalowac 30km w srodku nocy, wiec wrocilismy dobrze po 2am.. Dzien pelen wrazen i jeden punkt na liscie 'must-see' odfajkowany.
poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Killarney Provincial Park
Od dziecinstwa kazde prawie wakacje spedzalem nad jeziorami. Albo bylo to jakies bajoro kilka km od miejsca zamieszkania, albo, corocznie prawie - Mazury. Byl kamping, byla kosmiczna nuda, ale jako dziecko zawsze znalazlo sie cos do roboty. Z wiekiem stalem sie duzo bardziej wielbicielem slonej wody, plaz i oceanow i nie mylic prosze z plazami Wladyslawowa (ktore musze wspomniec ze rownierz odwiedzilem.. raz).
Ale los byl okrutny, wywial mnie z Vancouver na druga strone kraju, wiec co robic. Rodzina wrzuca kolejne foty znad Mazurskich jezior, bo przeciez najlepsze sa te miejsca ktore znamy bardzo dobrze, wiec z okazji weekendu wpadlismy na genialny pomysl by rowniez nad jeziorko jakies wypasc. A ze jestesmy w Prowincji Ontario gdzie jezior jest pewnie tyle samo co ludzi, wybor odpowiedniego miejsca sprawial troche klopotu. Ostatecznie jednak wynajelismy jakiegos polterenowca i ruszylismy jakies 500km na polnoc, w sam srodek parku Killarney, nad jeioro George. Prosze nie szuka na mapie - to jedno z setek tysiecy jezior w okolicy. Tak, dokladnie. Setek tysiecy. Mazury przy tamtej okolicy wygladaja jak Baltyk przy Pacyfyku.
Po drodze krajobraz cudnie sie zmienial - jechalismy przez pagorki, pozniej lasy, dalej autostrada biegla przez skalne jeziora, jakies bagna i w koncu ostatnnie moze 80km to jazda przez lokalna jungle gdzie trzeba prowadzic ostroznie by nie wjechac w jakiegos niedzwiedzia albo innego losia, az dotarlismy nad brzeg przecudnego bajorka.



Do calosci sprzetu kampingowego dodalismy jeszcze canoe dzieki ktoremu moglismy sobie smigac z jednego jeziora przez drugie i na trzecie. Calkiem dobrze nam to szlo, choc akurat prowadzenie pod wiatr bywalo ciezkie. A noszenie jeszcze bardziej..



Od czasu do czasu zatrzymywalismy sie wypatrzywszy jakis mily punkt. Tu pionowe skaly byly na tyle interesujace ze mozna bylo sobie z nich poskakac a tam przeciwnie - plaskie i niskie zachecaly do lezenia plackiem w dziesieciocentymetrowej wodzie.





Wieczorem wrocilismy na lad, rozpalilismy ognisko i zaczelismy przygotowywac kolacje. Problemem okazaly sie raccoony, ktore w Vancouver, owszem, bywaly i czasami pokazywaly sie w okolicy UBC starajac dostac sie do smietnikow gdy nikt nie widzial, tutaj jednak te szkodniki rozbestwily sie nie na zarty. Raccoonow w Polsce nie ma, wiec dla nieuswiadomionych, to taki lis wielkosci sporego psa o charakterze malpy. Cholernie sprytne zwierze, wredne i niemile, choc trzeba przyznac calkiem urocze. I wracamy..
Raccoony biegaly tu i tam, widzielismy je wychodzace z lasu i przeganialismy. Niedaleko nas byla rozbita inna grupa i sami sie smialismy jak dwa dorodne osobniki wracaly z ich obozowiska z paczka chipsow w zebach. Problem w tym, ze gdy siedzielismy sobie przytulnie przy ognisku, nie mielismy pojecia co dzialo sie wokol. Czasami slyszelismy jakies halasy, swiecilismy latarka i zdziwione zwierze niechetnie ale zawracalo. Najgorzej robilo sie kiedy wyjmowalismy z ognia kielbaski i zaczynalismy jesc - zapach musial byc nieziemski bo zwierzaki wyskakiwaly z lasu i podchodzily calkiem blisko. Tak wiec tuz po tym jak swojego hotdoga zjadlem, zajalem sie przygotowywaniem banana boats (rozcina sie banana, upycha malenkie kawalki czekolady i pianki i na ogien). Przygotowalem ze dwa, pracowalem nad trzecim gdy nagle czuje kolo nogi jakis ruch. Patrze na dol a tu stoi to bydle z ostatnia surowa kielbasa w zebach, moze pol metra ode mnie. Zaswiecilem latarka mu w oczy, upuscil kielbase i jakby zaczal lapac co mogl zaczynajac od... ladowarki do telefonu. To chyba jednak mu nie podeszlo, wiec chwycil przygotowanego juz banana, wlozyl w zeby i spokojnie sobie poszedl jakby nigdy nic. Cala akcja trwala moze z 5 sekund. Tak beszczelnego raccoona jeszcze nie widzalem i mam nadzieje dlugo nie zobacze...
Obudzilismy sie i nasze mysli powedrowaly do ziemniakow zostawionych na noc w zarze. Zar, gorac bijacy ze srodka - nie ma opcji zeby ktos je zwinal. Taa, jasne. Zar pozostal (rozpalilem od niego ogien bez papieru czy zapalek), ziemniaka nie bylo ani jednego... zjedlismy wiec co mielismy, popilismy po trapersku na ogniu przygotowana kawa i znow ruszylismy na pare godzin na jezioro.





I znow odkrywalismy niesamowite miejsca..



Po wszystkim jeszcze kilka godzin powrotu do Toronto i bylismy z powrotem. Prawie 1000km samochodem i moze ze 15km w canoe w 2 dni. Meczaco, za to wspanialy odpoczynek dla umyslu. 
piątek, 22 lipca 2016
Soccer, znany tez jako football
Dawno nie bylo tekstow niepodrozniczych czy tez niepolitycznych, czy moze po prostu lekkich, latwych i przyjemnych tudziez odmozdzajacych. Not to nadrabiam.
Co niektorych moze zdziwic, Kanada to nie do konca kraj w ktorym nic tylko zima, zimno i hokej, ale jednak kraj w ktorym uprawiane sa tez dyscypliny sportu w ktorych snieg nie jest potrzebny. Taki soccer na przyklad. Kopia wszyscy, malo tego - oglada tez spora gawiedz.
Zdarzylo mi sie pojsc na mecz Toronto FC kiedy podejmowali Vancouver Whitecaps i co?? Liga Mistrzow to nie jest, ale Ekstraklasa nie jest tym bardziej. Nie chodzi nawet o to ze w lidze MLS graja nazwiska calkiem znane (David Villa, Frank Lampard, Steven Gerrard a zbieznosc ze zwyciezcami Lig Mistrzow, La Liga i Premiership zupelnie nieprzypadkowa), ale generalnie sam poziom gry jest calkiem niezly. Wezmy na przyklad takie licho-druzyne jak Toronto FC ktorym raczej nie kibicuje. Ostatnio z bramki wypchany zostal Julio Cesar, czyli jakby nie patrzyl prawie mistrz swiata z Brazylia. Wyzej gra uczestnik kilku mundiali Jose Altidor, w ataku rzadzi i dzieli Sebastian Giovinco sciagniety z... Juventusu a w obronie jakies ogony gra znany z reprezentacji polski Damien Perquis. Tym wieksza przyjemnosc byla ogladac niniejsza druzyne dostajaca becki od 'moich' czyli Vancouver Whitecaps. HIghlighty sa do obejrzenia tu
A jakby tego wszystkiego bylo malo, oto trzy kolejne powody dla ktorych warto kibicowac Vancouver Whitecaps. Powod pierwszy  i powod drugi. No tak, to jeszcze powod trzeci. 
Generalnie nie jest wiec zle. 
Gdzie za to jest zle to w oddziale nazewnictwa ktore jest dosc przewidywalne i malo kreatywne, a szczegolnie w dziedzinie logo. I wlasnie w tych kategoriach bede przyznawal nagrody imienia Krysi Pawlowicz.
Przedwalka, czyli wyroznienia za najdziwniejsze nazwy:
3 - Orlando City. Generalnie Orlando to bardziej wies niz miasto, wiec moze chciano sobie dodac splendoru.
2 - Sporting Kansas City. To tak dziwna zbitka slowna ze ustepuje im nawet "Queens Park Rangers"
1 - San Jose Earthquakes. Nie wiem dlaczego druzyna mialaby sie nazywac tak jak kleska zywiolowa.. wkrotce spodziewajmy sie druzyn Powodz Bogatynia i Gradobicie Boguchwaly.
Wyroznic mozna nazwy majace cos wspolnego z lokalnymi klimatami: Vancouver Whitecaps, Portland Timber czy Kolorado Rapids.
Natomiast w kategorii glupich logo nagrody glupiego pocieszenia otrzymuja:
3 - Real Salt Lake - moglby byc nominowany tez za dziwna nazwe, ale fakt ze ich logo przypomina butelke Kanadyjskiej whisky przebija wszystko.

2 - Columbus Crew - czyli troche jestesmy jak Borussia Dortmund, ale nie umiemy grac tak dobrze. Rysowac i projektowac tez do konca nie umiemy.

Natomiast nagroda za najgorsze logo w MLS wedruje do:
1 - New England Revolution. 

MOznaby wreczyc za sam fakt bycia z New England, ale polaczenie logotypu amerykanskiej flagi ze slowem 'revolution' i do tego dodanie loga Champions League z instagramowym filtrem 'vintage' to po prostu za duzo dla kazdego kto ma chocby odrobine gustu.
 

Tagi: football mls
22:02, karol.krochmal , Dziennikarsko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 lipca 2016
Dziesiec lat!!!!!
Okolo 10 lat temu wracalem akurat z festivalu Roskilde 2006 w znakomitym towarzystwie Jesusa, Eleo, Brtka, Barborki, Marasa i jeszcze kilku innych indywidulanosci. Nie wysiadlem we Wroclawiu jako ze musialem jechac do Warszawy zalatwiac sprawy wizowe, zas moj samochod z powodow ktorych juz nie do konca pamietam byl w Katowicach. Po nieprzespanej nocy, bladym switem przesiadlem sie wiec z Jesusowego Cheerokee to wlasnej Corsy, zabralem ze soba Brtka i od razu w droge do stolicy. Tam w te pedy do Indyjskiej ambasady finalizowac sprawy wizowe - musialem wyjasnic co i jak, pan od wiz stwierdzil zebym wpadl na 3 godziny przed wylotem i odebral paszport z wiza.
Oczywiscie paszport nie byl gotowy, musialem sie ostro naklocic, ale ostatecznie wszystko sie udalo, zapakowalem sie w samolot do Istanbulu, pozniej do Bombayu i tak oto 8. Lipca 2006 wyladowalem w Indiach na roczny projekt. Z roku zrobilo sie kilka lat, po Indiach byly inne kraje i tak przez dokladnie 10 ostatnich lat.
Dziesiec lat podczas ktorych moi przyjaciele z tamtej podrozy pozmieniali swoje zycia dokumentnie - Jesus i Barborka maja kilkuletnia corke, Eleo mieszka w Australii z mezem Pakistanczykiem, Maras wkrotce zeni sie a z Brtkowego wesela w Teheranie dopiero niedawno co wrocilem.
Dziesiec lat przez ktore ja objechalem kule ziemska kilkakrotnie, zwiedzilem (prawie) wszystkie kontynenty, pracowalem w kilku krajach, ukonczylem dodatkowe studia i ogolnie mowiac zylem w taki sposob jaki nawet nie staralem sobie wyobrazac. Spelnialem jedno marzenie po drugim, wiekszosc rzeczy sie udawala, niektore nie do konca, ale moze to i lepiej. Obserwowalem zycie znajomych z polskich studiow, z miasteczka gdzie wyroslem czy nawet dalszych i bliskich krewnych i za kazdym (prawie) razem mowilem sobie to samo: jakie ja mam szczescie ze moje zycie wyglada inaczej.
Dziesiec lat. Prawie 1/3 mojego zywota spedzilem na walizkach, przemierzajac kraje i kontynenty. Mieszkalem w pewnie okolo 15 roznych domach, z ponad 50 roznymi ludzmi ktorzy stali sie moja wieksza 'rodzina', poznalem tysiace osob z ktorych znaczna czesc jestem szczesliwy nazywac przyjaciolmi. Spotkalem osoby ktore wywarly na mnie ogromny wplyw i mam nadzieje ze rowniez i ja jakies tam pietno na co niektorych odcisnalem.
Dziesiec lat podczas ktorych moze i zmienilbym calkiem sporo rzeczy gdybym mial szanse, ale jedno jest pewne - samej koncepcji wyjechania, mieszkania w niesamowitych krajach, poznawania najrozniejszych ludzi z calego swiata i uczenia sie od nich; w koncu tez wzbogacania siebie i swojego sposobu myslenia, codziennego wychodzenia poza swoja comfort zone nie zmienilbym na pewno. Jestem szczesliwy i wdzieczny za kazdy dzien i kazda chwile przezyta w sposob ktorego nie moglem sobie wyobrazic. Za kazde rozdroza i kazda decyzje ktora musialem podjac by ostatecznie byc w miejscu w ktorym jestem dzisiaj - dokladnie 10 lat po opuszczeniu Polski.
Dziesiec lat of Turning Global Dreams Into Reality.
Euro2016 z domu gospodarza
Nadszedl kolejny w Kanadzie dzien nardowy (nie mylic z dniem narodowcow) czyli Canada Day polaczony jednoczesnie z zakonczeniem tygodnia Pride. Firma rozdawala dodatkowe dni wolne, Kanadyjskie slonce prazylo, ludzie planowali weekendy na plazach i przy jeziorach, a ci co zostali w miescie dolaczali do premiera Justina i szli w Paradzie Pride, ktora to w Polskolandzie zwa Paradami Rownosci i ktore to wygolone matolki w imie rownosci obrzucaja taka sama iloscia kamieni tak z prawa jak i z lewa patrzac od czola parady. W Kanadzie natomiast cala impreze otwieral sam premier dajac nardowi przyklad jak swietowac, gdy zas zostal zapytany dlaczego tu jest, w tradycyjny dla siebie sposob, z lekko udawanym zdziwieniem odpowiedzial, ze on w paradach tego typu chodzil od zawsze i dziwi sie ze ktos moze uwazac obecnosc glowy panstwa na takiej imprezie za w jakikolwiek sposob niewlasciwe, zas on sam jak i czlonkowie jego gabinetu beda chodzili co roku. Dziwne? Czy moze po prostu normalne..



No, ale nie dane mi bylo przybic piatki Justinowi jako ze pare dni wczesniej, korzystajac z dziwnie taniego biletu, udalem sie do Paryza. Okazje byly trzy: jak wiadomo w kraju bylo Euro i jak pisalem wczesniej - w momencie kupowania biletu przekonany bylem ze Polska wlasnie w Paryzu rozgrywac bedzie cwiercfinal (i to w dodatku z Hiszpania - oj, moja znajomosc pilki kopanej), po drugie primo, moj bardzo dobry znajomy, wspollokator, dystrybutor materialow edukacyjnych PUA, wspolnik biznesowy, podroznik i motorowiec o kryptonimie operacyjnym Frenchie wlasnie zdecydowal sie wrocic z emigracji z Nowej Zelandii i gdzies pomiedzy weekendem w Belgii a kilkoma dniami w Grecji udalo nam sie ze dwa razy spotkac. W koncu tez korzystajac z mozliwosci jakie daje Ryanair, z Florencji zjechala Fereshteh, wiec niczego wiecej dodawac nie trzeba.



Ciekawa realizacja nastapila juz przy wyborze noclegowni - okazalo sie bowiem ze mieszkania w Paryzu na AirBnB sa duzo tansze niz np w Toronto. Calkiem przyjemne lokum w ktorym zatrzymalismy sie kosztowalo nas ok. C$70 za noc, natomiast w Toronto trzeba liczyc sie z wydaniem co najmniej C$150. Za $70 to nawet spod mostu nas wyrzuca... 
Pierwszego dnia przyszlo nam isc do fanzony na mecz Polska-Portugalia. Fanzona olbrzymia, kontrola bezpieczenstwa chyba wieksza niz na lotniskach co w obecnych warunkach nawet sie chwali. Natomiast co dzieje sie w srodku to juz inna historia - tak jakby gospodarzy interesowalo tylko to by nikt sie nigdzie nie wysadzil, wiec wpuszcza jakies 100 tys typa z dwoch narodow na mecz i licza ze wszystko bedzie wporzadku. Oczywiscie nie bylo, bo przeciez matoly z bialo-czerwonymi szalikami na szyjach musialy gdzies pomiedzy ryczeniem "sedzia chuj", "fuck Ronaldo" a "jeszcze polska nie zginela" musieli rzucac plastikowymi lecz dosc twardymi kubkami wypelnionymi przynajmniej do jakiegos poziomu piwem (mam nadzieje) w innych. A ze oberwac takim lecacym czyms rowna sie od razu rozcieta glowa, dosc szybko doszlo do przepychanek, zaraz po nich w ruch poszly gaz ktory ktos przemycil i, naturalnie, piesci. W koncu w srodek tlumu wpuszczono kilkudziesieciu uzbrojonych po zeby policjantow z tarczami i towarzystwo sie, przynajmniej troche, uspokoilo. Generalnie wiec wrazenie ktore powinno byc swietne (wielka impreza, wielki ekran tuz pod wierza Eiffela, tysiace ludzi spiewajacych i dopingujacych) zostalo zniszczone przez jakis procent ciemniakow. A jesli chodzi o sam mecz to bylo nerwowo do konca, emocje przy serii karnych wydawaly sie wibrowac nad cala fanzona, ale niestety po zakonczeniu meczu to Portugalczycy swietowali.. No, ale zeby nie bylo, kibicki druzyny polskiej (nie mylic z polskimi kibickami) i tak wygraly:



Dwa dni pozniej wrocilismy w to samo miejsce by ogladac zmagania Niemcow i Wlochow. Tym razem bylo nieco kulturalniej, spokojniej, choc akurat Wlosi i tak troche nadmiernie egzaltowali swoje emocje. Fereshteh, jako przetransplantowana Wloszka, oczywiscie z wymalowanymi policzkami i wloska flaga wykrzykiwala cos w tamtym narzeczu, ja po cichu kibicujacy Niemcom owiniety bylem we flage Kanady jako ze poprzedniego dnia celebrowano Canada Day. A czemu nie! 



Problem z byciem Kanadyjczykiem we Francji jest jednak spory: kazdy przyjmuje ze mowie po francusku i za kazdym razem gdy tlumaczylem ze to tylko 'maly' kawalek kraju mowi po francusku a ich jezyk w Vancouver jest moze 5. najpopularniejszym (po mandarin, cantonese, punjabi i oczywiscie angielskim) nie moga w to uwierzyc i czuja sie wysoce rozczarowani.



Gdzies pomiedzy tymi meczami, zwiedzaniem i romantycznymi randkami z butelka wina w deszczu pod Sacre Coer na wzgorzu Montmartre, zostalem prawie sila zabrany na wycieczke do Disneylandu, o ktorej moze za duzo nie bede mowil. Moze ktoregos dnia tam wroce zeby pokazac to dzieciom - dla jednej czy dwoch calkiem fajnych kolejek (pozostale 'fajne' rzeczy byly w remoncie) chyba nie warto tracic dnia.



środa, 22 czerwca 2016
Euro2016 zza wielkiej kaluzy
Wydawac sie moze ze dopiero co goscilismy Euro w Polsce, a tu juz gramy ponownie. Choc na dobra sprawe, w miedzyczasie nasz wspolgospodarz mial ze dwie rewolucje i jedna wojna gdzie na codzien spokojni mieszkancy wschodnich regionow wyprowadzili ukryte zapewne wczesniej i przygotowane na taka okazje czolgi, armaty i wyrzutnie Buk by dac znac wladzom w Kijowie ze skoro Euro za nami to oni chca do Rosji, bo tam mistrzostwa swiata juz wkrotce.
W Polsce nie lepiej - zdarzylo nam sie wybrac jednego co na niczym sie nie zna i kilkuset ktorzy maja siano zamiast mozgu i mamy kwiatki, mamy nacjonalizmy, napady na ludzi z zagranicy i pokazywanie palcami tych ktorzy wygladaja inaczej. Mamy tez wysylanie na Bliski Wschod naszych zardzewialych F-16 z amerykanskiego demobilu na 'misje szkoleniowa' - nie wiem w jaki sposob moze F-16 kogos szkolic, no ale przeciez ja nie wszystko musze wiedziec. 
Z ogladaniem Euro w Kanadzie jest problem - nie tyle ze nie ma, bo jest wszedzie! Nie ma to Copa America ktora jest w miedzyczasie (gratulacje dla obu federacji), za to Euro w kazdym barze i w kazdej telewizji. Przyjemnie sie to wszystko oglada, przyjemnie kibicuje Polskiej druzynie ktora dla odmiany nie notuje honorowych porazek i zwycieskich remisow, tylko wyciska 1:0 gdzie sie da, a jak sie nie uda, to wydaje sie byc tym faktem mocno rozczarowana. 
Milo sie patrzy na takie Wegry, Walie, Islandie czy nawet Polnocna Irlandie ktorzy graja jak moga, rzucaja sie i gryza trawe choc nie przeciwnikow i dogryzli sie do 1/8. Niespodzianki sa dobre i ciekawe, choc pewnie niedlugo sie skoncza - obstawiam final Chorwacja vs Niemcy.
No a autor niniejszego postu stwierdzil ze skoro zeszle Euro bylo takie fajne i fajnie byloby zobaczyc jakis mecz live, wyliczyl sobie ze jesli Polacy pokonaja Szwajcarow a jednoczesnie Hiszpania odprawi jakis amatorow z 3. miejsca, to w przyszly weekend w Paryzu te dwie reprezentacje sie spotkaja. Ale jako ze niekt nie spodziewal sie Chorwackiej inkwizycji i kolejnego juz w karierze spartolonego karnego Ramosa, tak tez autor popelnil drobny blad w kalkulacjach ktory wykryty zostal juz po zakupie biletow. Tak wiec nie dosc ze ewentualny mecz zdarzy sie nie niedziele a we czwartek, to jeszcze ne w Paryzu a w Marsylii... well done son.
piątek, 27 maja 2016
Ciao Italia

W tym poscie bedzie tyle dziwnych, randomowych rzeczy ze w zasadzie ciezko powiedziec jakie musialoby byc prawdopodobienstwo zajscia tego wszystkiego, gdyby czlowiek chcial sobie to wyliczyc. Lubie wiec myslec ze to nasz Wszechswiat pogrywa sobie z nami, czasami dajac w pysk, czasami spuszczajac na nas rzeczy niemozliwe.

Pierwsza jednak mysl jest nie z gaunku metafizycznych, ale bardziej ludzkich, ekonomicznych. Bo niech ktos mi wytlumaczy bez uzywania krzywej popytu i podazy, jak to jest mozliwe ze bilet lotniczy z Toronto do Wenecji z przesiadka w Montrealu kosztuje mniej niz bilet z Toronto do Vancouver, tym bardziej ze sam powrotny odcinek Toronto-Montreal naogol bylby w cenie jakis 50% calosci? No coz - znalazlem, zakupilem, wylecialem!

W Montrealu zadzwonilem jeszcze do kolezanki Amiry ktora to akurat miala przylatywac na lotnisko z Algieru, ale okazalo sie ze opuscila juz terminal 15min temu, wiec pierwszego randomowego punktu tego nieco przedluzonego weekendu nie zrealizowano.

Dla nieuwaznych czytaczy czuje sie zobowiazany przytoczyc glowny powod calego Wloskiego zamieszania - bedac w Tehranie poznalem pewna niewiaste imieniem Fereshteh - w Iranie spedzilismy razem kilka godzin na lodach, shishy i ogolnym wloczeniu sie, ale dosc szybko stwierdzilismy ze bardzo fajnie byloby spotkac sie ponownie. A ze kolezanka mieszka na stale we Florencji, plan wydawal sie calkiem wykonalny. No i wracamy....

Nie wiem jak to sie stalo ale dotychczas nigdy nie bylem w Wenecji. To znaczy bylem, ale w Venice Beach w Californii ale nie o tym mowie. We Wloszech bywalem czesto i gesto, ale jakos chyba naogol poza tymi turystycznymi destynacjami. Dolecialem, zostalem odebrany przez moja towarzyszke nastepnych dni, po czym zadokowalismy w jakims przecudnym B&B z pieknym, wielkim ogrodem gdzie z czysta przyjemnoscia mozna bylo posiedziec w towarzystwie wysmienitego wina, dobrej muzyki, suszonych na sloncu pomidorow w zalewie, oliwek i innych pysznosci.

Wenecja jaka jest kazdy wie - bardzo urocze miasto, czy 'piekne' to nie wiem, za to przyjemne do pochodzenia, wloczenia sie z baru do baru i z pizzerii do pizzerii a im dalej od glownych ulic tym lepiej. 




Pierwszego dnia bylo pochmurno a nawet deszczowo, wiec wydawalo sie jakby turystow bylo sporo mniej. Wciaz byly tlumy, ale moze tlumy mniejsze. Drugiego dnia bylo za to istne szalenstwo w pieknym sloncu, wiec po moze 2 godzinach w miescie zapakowalismy sie we wloski mikro-samochod i udalismy sie do Florencji.




We Florencji bylem na szkolejnej wycieczce jakies 19(!) lat temu. I z tego co pamietam, porownujac wspomnienia do tego co widzialem, miasto nie zmienilo sie specjalnie. No ale przeciez tu nie tyle o miasto chodzilo co o towarzystwo - znow wiec cale dnie wypelnione mielismy zwiedzaniem i krzataniem sie po okolicy na modle turysty-we-wloszech, zas noce wyly wyjatkowe Perskie - w piatek Fereshteh organizowala urodzinowa impreze na ktorej z tylko niewielka przesada, to ja bylem ten ktorym zainteresowani byli jej wszyscy znajomi. A jako ze ja generalnie z Iranczykami (i Irankami) dogaduje sie calkiem dobrze, impreza byla fajna.

W sobotnia noc natomiast w miescie gral koncert podobno jakis bardzo znany Iranski artysta imieniem Ebi. Nie znam czlowieka, zasugerowalem ze moglibysmy pojsc, ale okazalo sie ze bilety byly wyprzedane juz od dawien dawna. Zamiast tego odwiedzilismy jakis hipsterski bar serwujacy swietne drinki, a nastepnie udalismy sie na pokoncertowe after party. Tam okazalo sie ze Fereshteh to cos na ksztalt lokalnej gwiazdy i celebrytki w swiatku Iransko-Florenckim co akurat podejrzewalem: zna kazdego, kazdy zna ja i inaczej niz 'gwiazda' sie o niej nie wyraza. True story. Wrocilismy z imprezy po 5am kiedy juz na dobre bylo jasno.

Niedziela byla ostatnim moim dniem we Florencji wiec mentalnie bylo troche ciezko - znow troche zwiedzania podczas dnia a Fereshteh zabrala mnie na niesamowity lunch do knajpy serwujacej najlepsze wloskie miesa. 




Wieczorem mielismy plan odwiedzenia jeszcze iranskiej restaurancji na pozegnalna kolacje. Kiedy powoli przygotowywalismy sie do wyjscia, ja spostrzeglem ze na instagramie znajomego ze szkoly pojawilo sie zdjecie Florenckiej katedry. To ze z Jose nie rozmawialem pewnie od czasu kiedy widzielismy sie na graduacji nie robi problemu - zadzwonilem, zapytalem jak leci, jak zona i corka (duzo sie w jego zyciu przez ostatni rok zmienilo) i w koncu wypalilem czy on aby przypadkiem nie jest we Florencji. No byl. Kolacja i drinki za godzine?? Wow, swiat jest maly.

Spotkalismy Jose na jakims placu i przez pol nocy smialismy sie z tak przypadkowego spotkania. Polak mieszkajacy w Toronto spotyka we Wloszech Meksykanina ze stolicy a obaj studiowali razem w Vancouver. Zabralismy faceta do knajpy, juz na dzien dobry zamiast 'buonassera' rzucilismy 'salaam, chetori' a pan restaurator/barman/kelner przypatrzyl sie mi dokladnie i musial zadac weryfikujace pytanie w Farsi by upewnic sie ze tak jak myslal, nie jestem wyjatkowo blond Iranczykiem mimo ze moje 'man khoobam' i 'khosh vaghtam' mogly zabrzmiac przekonujaco. Dobre iranskie jedzenie dobrze kombinowalo sie z wloskim winem i miedzynarodowym towarzystwem.




Do domu wrocilismy okolo 2am, trzeba bylo sie pakowac i niestety zegnac bo okolo 5am musialem juz byc w drodze powrotnej do Wenecji by lapac stamtad samolot do Toronto.

Piec dni minelo rewelacyjnie, choc oczywiscie za szybko. Bylo duzo dziwnych sytuacji, ale kazda z nich miala w sobie cos pozytywnie dziwnego, tak jakby wszechswiat staral sie dac znac ze oto gwiazdy ustawiaja sie w linii, planety zmieniaja swoje bieguny magnetyczne, kosmici staraja sie nawiazac kontakt i ze to wszystko bedzie mialo dlugotrwaly wplyw na tych na ziemi ktorzy sa w stanie sie w tym wszystkim odnalezc. 




Ja z wielka ciekawoscia bede czekal by zobaczyc co wszechswiat dokladnie mial na mysli :)

sobota, 14 maja 2016
10 Ciekawostek Iranskich
To nie bedzie jeden z tych artykulow do ktorych widzicie linki na swoim facebooku, artykulow na ktorych musicie kliknac niezliczona ilosc razy tylko po to by przejsc do kolejnej strony na ktorym ujrzycie kolejne zdjecie i dwa zdania tekstu za to z milion reklam ktore pojawiaja sie i znikaja po kazdym odswierzeiu sie strony. To nie bedzie taki artykul z dwoch powodow. Po pierwsze i najwazniejsze - nikt nie chce reklamowac sie na moim blogu bezposrednio a nie widze zadnego powodu zeby dawac zarobic googlowi tylko dlatego ze to oni beda mogli mi strone zasmiecac, po drugie primo - nie chce tutaj zadnych zewnetrznych smieci, chyba ze bede dostawal $1 za kazde ukazanie sie smiecia, wtedy sam ewoluje ten blog w maszynke do placenia za moje weekendowe drinki.
Tak czy inaczej, oto 10 ciekawostek z Iranu. Ta lista moglaby isc w nieskonczonosc, ale skupie sie na tych dziesieciu.

Waluta. Obowiazujaca waluta w Iranie jest Rial. Jeden Rial jest wart doslownie nic, generalnie operuje sie w tysiacach, setkach tysiecy czy milionach. Zmyslni Iranczycy wiec wymyslili sobie ze 'uproszcza' calosc wprowadzajac cos co nazywaja 'Tomany' i tak wiec 1Toman = 10Riali. Ot, taka werbalna waluta w ktorej wszyscy wszystko wyrazaja, ale pisza tylko w Tomanach. Jak wiec latwo sie domyslec, dla przybywajacego po raz pierwszy do Iranu, fakt ze taksiarz mowi ze zabierze cie gdzies za 75'000 a zabiera za 750'000 moze sie wydawac praktyka bardzo 'indyjska', jednak nie ma tutaj nic z proby oszwabiania nikogo. Nie wiem czemu zamiast tego jednego zera nie obcinaja trzech, wtedy 1 Toman = 1000 Riali. A tak obecnie 25 tysiecy Tomanow = pol miliona Riali i konia z wozem temu kto wpadnie na to o ktora kase gosciowi chodzi. Jakby tego nie wystarczylo, Iranskie banknoty o tych samych nominalach potrafia wygladac zupelnie roznie i miec rozne kolory. Po jakims czasie ja po prostu wyjmowalem plik i prosilem sprzedawce by po prostu sobie wybral czego potrzebuje.

Sankcje. Jak wiadomo na Iran nalozone sa sankcje gospodarcze za... no wlasnie nie do konca wiadomo za co. Pewnie mozna sie doszukiwac przyczyn w rewolucji Islamskiej sprzed 40 lat (!!). Niektorzy, szczegolnie niepamietni czasow wojny Europejczycy mogliby powiedziec ze moznaby dac juz temu krajowi spokoj, jedna nieublagani Amerykanie trwaja przy swoim, od czasu do czasu dajac tylko jakies liberalizujace ochlapy. Otoz Iran ma to nieszczescie ze siedzi na pokaznych zlozach ropy, do tego ma calkiem niezle prosperujaca gospodarke mimo ze tylko na wlany uzytek. Kraj nie moze przeprowadzac zadnych finansowych transakcji z zewnetrzym swiatem - w Iranie karty kredytowe sa zupelnie bezuzyteczne itp. Nie dla tego ze Iran nie wpuszcza do siebie np Visy czy MasterCard tylko dlatego ze firmy te dzialac tam nie moga. Ktos moglby zapytac o co do cholery zatem chodzi?! Coz, oczywiscie chodzi o polityke - Iran sasiaduje m.in z Izraelem, Turcja, Irakiem i Arabia Saudyjska a wszystkie te kraje sa bliskimi sojusznikami USA. Jest jasne ze gdyby dac Iranowi szanse na otwarcie i mozliwosc handlu z zagranica, Iran w krotkim czasie stalby sie nie tylko regionalna ale moze i globalna potega i moglby dyktowac warunki wszystkim wokol. Nie jest tez zadna tajemnica ze Iranu stosunki z sasiadami sa delikatnie mowiac 'napiete', wiec Amerykanska dyplomacja trzyma Iran na smyczy jak tylko moze glownie tez po to by wkupic sie w Tureckie, Izraelskie czy Saudyjskie laski.

Gospodarka. A skoro mamy sankcje i zadne pieniadze granicy nie przekraczaja, cala gospodarka Iranu jest oparta na wewnetrznym popycie i podazy. W kraju mamy wiec wszystko lokalne - od producentow chleba i klamerek az po marki samochodow o ktorych nikt nigdy nie slyszal (choc okazjonalne Peugeoty na starych, wygaslych licencjach sie zdarzaja), mamy banki ktore nigdzie indziej nie istnieja i naprawde niewiele jest firm miedzynarodowych ktore w jakikolwiek sposob w Iranie istnieja. 



Sa co prawda dziwne kwiatki typu Coca Cola ktora ni to na licencji, ni to bez niej produkowana jest w kraju, czy na przyklad napoj Canada Dry Cola. Tak, Szanowna Wycieczko, musialem pojechac do Iranu zeby sprobowac czegos takiego - Canada Dry to znany napoj slodzony o smaku gingerowym, w Iranie natomiast wystepuje w wersji Cola. Pic tego nie sposob. Nie wiem co myslec. Wracajac jednak do tematu - jako ze kraj ma w zasadzie mozliwosc wyprodukowania wszystkiego na wlasne potrzeby, gdyby tylko pozwolono mu handlowac i eksportowac, cala rzeka pieniedzy naplynelaby do Pesji w taki sposob ze wszystkim wokol robiloby sie cieplo, a najbardziej mieszkancom samego Iranu. Tu dodac jeszcze musze, ze w Iranie nie widzialem chyba zadnych zebrakow, biedy na poziomie krajow rozwijajacych sie itp. Ot, glownie klasa srednia - czasami nizsza, czasami nieco wyzsza, ale generalnie bez skrajnosci w dol. I to wszystko bez miedzynarodowy koncernow, bez kart kredytowych (Visa i MasterCard sa bezuzyteczne), bez tego wszystkiego co wydaje sie niezastapiane w innych miejscach. Za to z kilkoma liniami naprawde porzadnego metra. In your face, Toronto!



Polityka. Zeby jednak nie bylo tak wesolo - politycznie Iran to panstwo opresyjne, okrutne i dobijajace swoich obywateli uzywajac do tego jeszcze hasel i srodkow religijnych (brzmi znajomo?). Sa mniej czy bardziej obiecujace sygnaly poluzowania, ale to wszystko tylko swiatelka w tunelu. Kraj rzadzony jest przez religijnych fundamentalistow ktorzy, podobnie jak rzad pewnego srodkowoeuropejskiego kraju, widza wrogow wszedzie wokol i najlepiej czuja sie w cieple wlasnego metanu. A to ze ludzie moga widziec sprawy nieco inaczej, tym gorzej dla nich - miastami rzadzi bowiem religijna policja przestrzegajaca by najglupsze nawet prawa byly przestrzegane. Wczesniej juz pisalem jak wzbudzilismy ich zainteresowanie przez nieco tylko nieodpowiedni ubior kolezanki, slyszalem za to od znajomych historie uciekania przed panami w uniformach moro i zielonych samochodach, od Fereshteh slyszalem historie jej aresztowania za zbyt krotka spodnice (pewnie pokazujaca kostki??), przesluchania, traktowanie jak kryminalistki i koniecznosc podpisywania przeroznych papierow, a to przeciez tylko pojedyncze przyklady. To jest po prostu kraj opresyjny, rzadzony przez fanatykow i faszystow ktorzy za nic maja dobro swoich obywateli, ktorzy wola kontrolowac i decydowac za wszystkich niz wsluchac sie w to czego naprawde spoleczenstwo chce. 

Terroryzm. Czy ktokolwiek kiedys slyszal o terroryscie pochodzenia Iranskiego? Nikt, dziekuje, nastepne pytanie prosze.

Kultura. Nie sadze bym mogl cokolwiek madrego na ten temat napisac w kilku zdaniach. Iran juz w latach '60 i '70 byl jednym ze spolecznie najbardziej rozwinietych krajow na swiecie, nic wiec dziwnego ze nawet obecnie Iranska kultura jest niezwykle silna a ich wartosc sa bezkompromisowe. To co uderza na dzien dobry to, o dziwo, otwartosc, ciekawosc i autentycznosc kazdej poznanej osoby. Tu nikt nie udaje czegos by osiagnac jakies wlasne cele. Ludzie sa bardzo bezposredni, ale jednoczesnie mili i przyjacielscy na kazdym kroku. Przecietny iranczyk jest raczej cichy, spokojny, wywazony, politycznie poprawny i taktowny. Raczej nie spotyka sie ludzi mowiacy podniesionym tonem czy wrogich w stosunku do innych. Jak juz przy paru okazjach wspomnialem, goscinnosc Iranska to juz calkiem odrebny temat i poziom nieosiagalny dla zadnego innego narodu. Na domiar calosci, Iranczycy to ludzie bardzo artystyczni - wiekszosc interesuje sie muzyka, poezja (poeci tacy jak Hafez czy Sa'adi to przeciez postacie znane na calym swiecie), moze troche z braku rozrywek typu bary i puby, bardzo wiele osob interesuje sie wyrabianiem roznego rodzaju rekodziela czy wyplataniem dywanow dla rozrywki. Telewizja nie jest specjalnie popularna. 
Iranczycy wykuli nawet slowo oznaczajace wlasne podejscie do innych ludzi - tak zwane 'taarouf', czyli absolutna, fundamentalna uczynnosc poprowadzona do rozmiarow kosmicznych - czasami sklepikrz czy taksiarz powie wiec ze nie wezmie pieniedzy za usluge. Oczywiscie w ramach tego samego 'taaroufa' klient powie ze zaplaci i wywiazuje sie zazarta lecz bardzo grzeczna dyskusja. Podobnie jest na kazdym kroku i o wszystko. Dla czystej praktyki staralem sie za kazdym razem przepuszczac kazdego w drzwiach i bardzo dumny bylem z siebie kiedy to Iranczyk (albo Iranka!) ustapil(a) i to ja wszedlem jako ostatni. Jak zwyklem mowic: I taaroufed this shite!



Kobiety. Dotychczas moj prywatny ranking przedstawial sie nastepujaco: 1. Brazylia 2. Maroko 3. India. Co do pieknosci przedstawicielek Iranu nie mialem watpliwosci przez pomieszkiwanie w Vancouver gdzie ta mniejszosc jest calkiem pokazna. Nie chodzi jednak o jednostki a o calosc.. no i jak okazuje sie jednak - jednostki ktore dane mi bylo poznac bardzo dobrze przedstawiaja ogolne trendy. Gdybym mial umiejscowic Iranki gdzies na skali, ze skali spadlyby Indie ktore jeszcze jakies 5 lat temu zajmowaly pierwsze miejsce (zanim na dobre zaczalem jezdzic po swiecie), wiec moze zostawimy rankingi i calkowicie subiektywnie i z glebi serca przyznam: Iranki sa piekne. Zdarzylo mi sie zakochac ze 3 razy w jeden tydzien. True story.



Zycie nocne. Cytujac "lonely planet": Zapomnij.
No i na tym moznaby temat zakonczyc, ale przeciez Iran to kraj tak wielowymiarowy ze nie sposob tak lekko przejsc do calosci. Bo mimo ze faktycznie brakuje klubow, barow czy pubow w ktorych moznaby spedzac wieczory, nie znaczy to ze mlodzi w miastach chodza spac z kurami. Pisalem juz wczesniej o zwyczaju dur-durowania czyli wozenia sie nocami po Tehranie i probach poznawania innych ludzi. Inna opcja socjalizowania sie z nieznajomymi jest wysiadywanie ze znajomymi w niezliczonych coffee-shopach. Mimo ze kawe serwuja naogol niepijalna, zawsze jest tam szansa nawiazania jakis stosunkow towarzyskich. Dla bardziej otwartych zawsze istnieja opcje przesiadywania w shisha-barach. Te sa glownie popularne wsrod mezczyzn, ale chyba w kazdym z takich barow ktory odwiedzilem (a kilka ich bylo) byly rowniez przedstawicielki plci przeciwnej, naogol w sytuacjach wskazujacych na randki. 



Tyle jesli chodzi o sfere publiczna. Co natomiast dzieje sie za prywatnymi plotami to juz zupelnie inny swiat - od spotkan rodzinnych, przez imprezy tanczone przy muzyce pop (przypominam ze zarowno taniec jak i muzyka niereligijna nie jest przez rzad dobrze widziana) az po imprezy przyozdabiane kusymi i obcislymi ubraniami, zakrapiane alkoholem i narkotykami. Coraz czesciej takze zdarzaja sie imprezy 'ustawiane' gdzie wyjatkowo skryta poczta pantoflowa przekazywane sa informacje na ktorej okolicznej pustyni bedzie sie odbywala nielegalna i sekretna impreza na ktorej wszystko co na codzine niedostepne i niedozwolene bedzie jak najbardziej mile widziane. Oczywiscie takie rzeczy sa mocno planowane i ochraniane przez zaufanych ludzi na wypadek gdyby przypadkiem policja religijna dowiedziala sie o calym zajsciu i postanowila wzbogacic sobie statystyki zatrzyman.

Chusty. Tak, Iran jest prawdopodobnie jednym z dwoch krajow (drugi to Arabia Saudyjska) gdzie wszystkie kobiety powyzej ilustam lat (chyba 11 ale prosze nie cytowac) musza, oprocz oczywiscie niepokazywania ciala ani nawet jego ksztaltow, musza takze zaktywac wlosy. Tyle teorii. W praktyce bardzo czesto do luznych tunik przeroznych mlode kobiety dobieraja sobie paski ktore w razie potrzeby mozna poluzowac czy sciagnac skracajac koszule na tyle by pokazac obcisle jeansy albo tez ogolne linie ciala. Co zas do wlosow, to widzialem juz chyba wszystko - od zakrywania tylko jakiegos malego koka z tylu glowy az po calkowite zapomnienie o chuscie i przewieszenie sobie jej przez szyje w miejscach gdzie ani nazi-policja ani co bardziej ortodoksyjni fani rewolucji sie nie pojawiaja, jak np w nocnej porze w gornych czesciach polnocnego Tehranu. Wszedzie indziej jednak, w kazdych miejscach publicznych chusta jest obowiazkowa czy zima czy lato. 



Jak wiadomo, wieksza czesc kraju ma tego serdecznie dosyc i wyraza sie w rozmowach o tym dosc dobitnie, sa jednak takze i jednostki ktore, moze z powodow religijnych, a moze z przyzwyczajenia, zakladaja chusty nawet w domu, jezeli w towarzystwie jest mezczyzna z ktorym nie sa w jakis tam sposob zwiazane. Oczywiscie w miejscach prywatnych kazdy robi co chce, nosi co chce, czy jest to hijab czy mini. Generalnie z tym 'co wolno a co nie' w sferze publicznej jest dosc skomplikowana sytuacja. Przechadzajac sie z kolezanka po Shirazie, ta zlapala mnie za reke co oczywiscie oprocz usmiechu na mojej twarzy zaowocowalo pytaniem o legalnosc takiego publicznego dotyku. Kolezanka powiedziala ze oczywisie ze to jest nielegalne ale w zasadzie jest OK. Od tamtego momentu mialem gesty metlik w glowie na temat tego co jest nielegalne ale wszyscy to robia nalogowo, nielegalne ale jest OK, co jest nielegalne i robic tego nie wolno a tym co jest legalne ale raczej niemile widziane i nikt tego nie robi. Zrozumienie tych wszystkich zasad wymaga miesiecy jak nie lat praktyki, wiec podczas pobytu zdawalem sie na swoj rozum i subiektywna ocene.

Protokoly rodzinne. Tu powstalaby kolejna ksiazka. W rodzinie iranskiej kazdy ma rozpisane role, kazdy wie gdzie jego pozycja w stadzie, co komu wolno i w jakiej kolejnosci. Mimo ze przebywajac z rodzina iranska mozna odniesc wrazenie ze wszyscy sa razem i na takich samych zasadach, to jednak calosc rozpisana jest na role i obrysowana takimi zasadami ze nawet nie bede staral sie tlumaczyc. Podczas slubu i wesela to najstarszy brat panny mlodej pelnil role ojca ktory slubu niestety nie dozyl. To on wital gosci, to on robil za 'glowe rodziny' choc moze nie byl najstarszy. Gdy Hamed odwiozl nas do domu Mahdieh, poprosilismy zeby wszedl z nami, ten jednak wykpil sie jakimis obowiazkami, jednak gdy tylko ktos z domownikow o to poprosil, ten byl na gorze w ciagu kilku sekund. Kazdy wie gdzie jego miejsce, co wolno a co nie, komu mozna odmowic, komu odmawiac nie wypada a w ktorym miejscu zajechac taaroufem i odmowic ze trzy razy po to by za czwartym z przyjemnoscia skorzystac. Oczywiscie trzeba do tego duzo wyczucia i doswiadczenia ktorego ja nie mialem, ale byli i gorsi - zaobserwowalem scenke gdy przez waska bramke przechodzil widoczny bialy turysta z Iranska niewiasta: turysta szarmancko przepuszcze dame przodem, ona usmiecha sie i pokazuje by ten szedl pierwszy a facet... pcha sie przodem zostawiajac lekko zestrofowana kobiete za plecami. Komentarz grupki siedzacej wokol mnie nieopodal spuentowal calosc znajomicie: "nie skumal kolo taaroufa".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78
Archiwum
Zakładki:
Tagi