Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
poniedziałek, 05 marca 2018
Vinter Wacay w ruchomych obrazkach
I tradycyjnie juz, po powrocie z wakacji, pierwsze dni pochloniete zostaly prawie w zalosci na podsumowywaniu wyjazdu w formie ruchomych obrazkow. Polecam!


Jezeli wideo nie dziala, bardzo mozliwe ze jestes w kraju w ktorym odtwarzanie jest zakazane przez prawa autorskie do niektorych piosenek - mimo ze wiekszosc artystow i ich wytworni po prostu bierze kase z reklam wyswietlanych, niektorzy wola moje filmy blokowac - dostalem podobne sygnaly z Meksyku, USA, Kanady i Japonii, ale podobno w Polandii dziala, wiec pieszcze sie ta nadzieja. 
Gdyby jednak cos bylo nie tak - wideo jest dostepne takze na moim Facebooku. Jesli nie masz mnie na Facebooku, sledzisz tego bloga i naprawde chcesz to zobaczyc, to zostaw komentarz i na pewno cos wykombinuje.
Jak zawsze - wszelkie komentarze, prosby i grozby mile widziane.
Vinter Wacay: Manila
Tego posta mialo nie byc. Nie ma co bowiem pisac o Manili - przez poprzednie tygodnie spedzone w wielkich i wspanialych miastach (Tokyo), wielkich miastach-panstwach subiektywnie mniej wspanialych (Singapore), oraz w mniejszych, pieknych miasteczkach i osadach na Filipinach (El Nido), Manila nie przedstawiala sie specjalnie interesuja. Mielismy tutaj tylko jedna noc i w zasadzie niespecjalnie bylo czego zalowac - wielkie, zakurzone, zakorkowane miasto, mimo ze nad woda, to jednak z wody tej korzysta w zasadzie tak samo jak Bombay - glownie trujac ja i odprowadzajac tam scieki. Dobra - nie wiem czy naprawde odprowadza scieki, ale faktem jest ze ani plaz, ani plazowiczow ani plywakow nad zatoka nie stwierdzono.
Mielismy wynajete przyjemne mieszkanie na 45. pietrze wierzy w centrum, wiec ostatni dzien spedzilismy glownie na robieniu zakupow na droge powrotna - lokalne pamiatki takie jak butelka rumu "Don Papa", koszulki za 100 pesos czy nowa fryzura w "fancy" lokalu za 250 pesos gdzie to fryzjer byl mocno rozczarowany faktem ze jestem w zaawansowanym zwiazku z kobieta.
Minelo popoludnie, wieczor, noc i zabralismy sie w podroz powrotna, najpierw na lotnisko, pozniej kilka godzin do Tokyo, przedsiadka i lot przez Pacyfik do Vancouver. Bylo smutno ze trzeba wracac do rzeczywistosci i moze przez to wlasnie lot minal calkiem szybko. A moze to przez to ze, jak to powiedziala moja znajoma, fakt ze to Vancouver jest domem zawsze umila nawet najtrudniejsze powroty.
środa, 28 lutego 2018
Vinter Wacay: Buenavista
Kilka dni w El Nido i okolicach minelo zdecydowanie za szybko - ani sie spostrzeglismy a musielismy zbierac sie w droge powrotna. A ze szczerze mowiac bylismy dosc daleko od jakiejs bardziej przewidywalnej cywilizacji (na calej wyspie nawet internet byl raczej sporadyczny do tego stopnia ze ani razu nie udalo mi sie polaczyc), wsiedlismy najpierw w vana ktorym dotarlismy po paru godzinach do skyzowania Encarnacion gdzie przesiedlismy sie w trzykolowca.
Trzykolowce na Filipinach pelnia role taksowek - przyczepia sie bude do malusienkiego motorka i w ten oto sposob ten motorek zmienia sie w piecioosobowego sedana. Niektorzy nawet ida krok dalej, na lokalna modle dekoruja swoje pojazdy tworzac takie oto koszmarki:



Jugaad jak w morde strzelil!
Tym wiec pociskiem dotarlismy do malej rybackiej wioski zwanej Buenavista. Wioska to w zasadzie kilkadziesiat shackow pozbijanych z czego popadnie nad sama plaza, do kazdej chatki przyczepiona jest lodz ktora jest tez glownym zrodlem finansowania mieszkancow. Nie ma pradu, nie ma biezacej wody, jest za to piekny ocean i plaza. W takich okolicznosciach przyrody postanowilismy spedzic ostatnie kilkanascie godzin na wyspie Palawan. Co ciekawsze, tego tez dnia nad Filipinami przechodzil tajfun, wiec wieczorem a szczegolnie podczas nocy spedzanej w bambusowej chatce mielismy oprocz oczekiwanych odglosow oceanu, rowniez burze, deszcz, przemakajacy dach i tym podobne rarytasy. Brzmi srednio, ale naprawde ostatnia rzecza na jaka mielismy ochote to opuszczenie tej wyspy... 



Po sniadaniu nastepnego dnia udalo nam sie zakupic recznie robione pamiatki - strugane przez lokalna spolecznosc magnesy na lodowke czy tez recznie robione "windchimes" ktore oprocz rurek i innych takich mialy w sobie duzej wielkosci polerowane muszle ktore pieknie brzmia na wietrze. Uwielbiam takie zakupy - nie dosc ze stosunkowo tanio (choc drozej niz chinska tandeta), to jeszcze dajemy mozliwosc bezposredniego zarobku lokalnym spolecznosciom. Genialne! 
Pozniej jeszcze moze 90-minutowa podroz na lotnisko Puerto Princesa i posrod opoznionych czy uziemionych samolotow dzieki zbierajacemu w sile tajfunowi, udalo nam sie jakos zmienic rezerwacje by w zasadzie nawet i przed czasem opuscic Palawan i udac sie w strone Manili. Szczesliwi nie bylismy.



Szanowna Wycieczko - wspomnialem o tym chyba ze 3 razy i jeszcze pewnie nie raz wspomne - wyspa Palawan to najpiekniejsze tropikalne miejsce jakie w zyciu widzialem. Zawsze wydawalo mi sie ze widzialem juz ich sporo, ale zdajac sobie sprawe ze to tylko jedna z tysiecy wysp na samych tylko Filipinach, wyobrazam sobie jak duzo jeszcze przede mna do zobaczenia. 
Gdybym jednak dzisiaj mial okazje pracowac zdalnie, bardzo mozliwe ze zamiast na Goa, udalbym sie wlasnie gdzies do El Nido, wynajal chatke na zbaczach gory z widokiem na lagune i z wielka ekscytacja zyl w takich wlasnie okolicznosciach przyrody. 
piątek, 23 lutego 2018
Vinter Wacay: ElNido Tour Z
Kolejny piekny dzien w ElNido ktore to jak juz wspomnialem zostalo przeze mnie okrzykniete najpiekniejszym tropikalnym miejscem na swiecie.



O poranku wyjatkowo pyszne sniadanie w przyjemnej knajpce oraz calkiem znosna kawa. Tu nadmienie ze w nistety w porownaniu do innych krajow regionu - czy to Indii, Indonezji, Tajlandii czy Wietnamu, jedzenie na Filipinach nie jest jakies specjalne - ogranicza sie czesto do roznych wersji smarzonej wieprzowiny czy wolowiny z dodatkami warzyw. 



Jesli ryby czy owoce morza to znow - albo przesmarzone albo w niespecjalnej jakosci curry. A kawa? W Japonii pilem pyszna z vending machine na ulicy i sam bylem zdziwiony jej smakiem. Na Filipinach kupilem cos podobnego w sklepie i po malutkim lyku az mnie odrzucilo. Poczytalem co bylo w srodku i zaczalem sie zastanawiac czy zamiast na lodz nie powinienem raczej udac sie do szpitala z podejrzeniem zatrucia jakimis wysokotoksycznymi chemikaliami.

Przezylem. I cale szczescie, bo dzien zapowiadal sie wyjatkowo.
Wlodarze ElNido chcac ukrocic dzikie ograbianie turystow wprowadzily dosc standardowe pakiety wycieczek po okolicznych wyspach: sa do wyboru cztery i kazdy ma z gory przypisana cene. Wszystko ladnie, pieknie i przejrzyscie, choc akurat dla nas wizja tego ze wszystkie lodzie wyplywaja razem i w zasadzie odwiedzaja te same miejsca byla dosc nieprzekonujaca. Spotkalem pewnego Australijczyka o lokalnym pochodzeniu ktory opowiedzial mi co robi, jak podrozowal po okolicy, postanowil zostac, wraz ze znajomym kupili lodz i organizuja tour inny niz wszyscy. "Ultimate island hopping experience" jak to nazwali polega na tym ze z setek pieknych miejsc wybrali nie te najbardziej pocztowkowe, a te najbardziej urokliwe do ktorych inni nie docieraja dzieki czemu mogli spokojnie powiedziec ze "bedziemy jedyna lodzia" w tych miejscach. Co wiecej, sama lodz byla nieco rozbudowana by pomiescic nieco wiecej ludzi (max 40, u nas bylo moze 20), pietrowa oraz przykryta mocnym dachem na ktorym mozna czy to sie opalac, czy z niego skakac do wody! 



To byl na pewno niezly catch dla mnie! Na calosc nalozone jeszcze typowe 'australijskie' filtry jak otwarty bar dzieki czemu dzien musial okazac sie wyjatkowy!



I tak wiec od chwili zaladowania sie na lodz, zaczela sie... impreza. Muzyka, slonce, drinki, plywanie, skakanie do wody, nurkowanie, wiecej drinkow... niektorzy pewnie tutaj juz zaczynaja sie zastanawiac czy to jest tak do konca odpowiedzialne by mieszac nielimitowany alkohol ze skakaniem z dachu lodzi do wody czy tez plywaniem miedzy skalami czy eksplorowaniem oceanicznych jaskim.. ja na to pytanie, dyplomatycznie, nie odpowiem.



Bylo za to naprawde fajnie - dobre towarzystwo - francuzi, szwedzi, kilka australijek, kilkoro przedstawicieli kolanych, jacys zagubieni izraelici. Wszyscy mocno sie zintegrowali i bawili razem.



Rejs trwal caly bozy dzien, zachod slonca przywitalismy na lodzi a po calosci, okolo polnocy, co bardziej wytrwali spotkali sie jeszcze na after party w jednym z moze dwoch popularnych barow w ElNido. Jak rzeklby klasyk: dzien-petarda!
czwartek, 22 lutego 2018
Vinter Wacay: El Nido & Duli Beach
Plany wypadu na wyspe Palawan byly w zasadzie krojone na ostatnia minute - ot, znajomy HexTaxianin Alex wspomnial ze Palawan jest piekne, ja zajrzalem na zdjecia w google i od razu zabookowalem bilety. Absolutnie warto. Malo tego - jesli mialbym wymienic najpiekniejsze tropikalne miejsce na ziemi jakie widzialem, zdecydowanie bylaby to wyspa Palawan. Sorry, Goa...
Z przesiadka w Manili dzieki calkiem przyjemnym liniom Cebu Pacific, wyladowalismy w miejscowosci Puerto Princesa i, podobnie jak ostatnim razem, od razu staralismy sie skombinowac transport, tym razem na polnocne krawedzie wyspy, do osady El Nido. Podroz zajela nam dobre 5-6 godzin ktore to ja przecierpialem z koszmarnym bolem glowy. W koncu dotarlismy, a ze znow bylo juz po zmierzchu, postanowilismy przejsc sie po okolicy w poszukiwaniu kolacji. I tak przechadzajac sie natrafilismy na fajny deptak a pozniej na fajna lokalna knajpe. Wrocilismy do wynajetego shacku gdzies na wzgorzach i polozylismy sie spac. 
Wzgorza, ocean, male miasteczko. Spodziewalismy sie ze widok nastepnego dnia moze byc mily, ale nigdy nie myslelismy ze gdzies pomiedzy oceanem a miastem wyrosnie olbrzymia gora pokryta jungla! Od razu nam sie spodobalo.
Bez jakiegos specjalnego planu poszwendalismy sie po miescie robiac rekonesans - na kolejny dzien zaplanowalismy sobie wycieczke na kilka wysp, a w miedzyczasie wynajelismy lokalny motocykl i ruszylismy w poszukiwaniu plazy o nazwie "Nagpan" ktora to miala byc cudna i ojezujezu. Miala tez byc odlegla moze o 30-45min jazdy od miasta. 
Po jakis 30min rozkoszowania sie wiatrem we wlosach i lasami palmowymi wokol, skusilismy sie na moze 30minutowy trek do nieodleglych wodospadow. Nie spodziewalismy sie cudow, ale juz sam trek po jungli, przemierzajac strumien po strumieniu i skaczac po skalach byl wart samego wysilku. 




Jakby tego bylo malo, wokol wodospadu utworzylo sie niewielkie jeziorko do ktorego wskoczylismy i podplynelismy pod sam, dosc niewielki acz przyjemny, wodospad. 



Do tego spotkalismy jeszcze fajnych ludzi z Nowej Zelandii oraz Argentyny, wiec cale doswiadczenie na ogromny plus. Na minus dla mnie niestety bylo zachowanie typowych rodakow cebularzy z pewnej rodziny ktorzy to przyszli z lokalnym przewodnikiem i w slowiankim narzeczu grymasili ze "i on to, k..., nazywa wodospad" zaraz potem dodajac zeby zapomnial o jakiejkolwiek kasie. Podeszlem do przewodnika, zamienilem pare slow, spytalem o jego grupe a ze ten byl dosc dyplomatyczny, przeprosilem w imieniu wszystkich turystow. Wstyd i wiocha.



W drodze powrotnej jeszcze nieco spragnieni staralismy sie otworzyc kokosa co bylo prawdopodobnie najzabawniejszym momentem calej wycieczki. Coz, nie prosto jest rozbic kokosa uderzajac go o palme! Jednak po kilku(dziesieciu) probach orzech pekl, mleko w wiekszosci sie rozlalo za to miazsz byl znakomity!
Wrocilismy na droge i znow w podroz.. przejechalismy jakies dobrego kolejne 45min bo milo sie jechalo, w koncu zatrzymalismy sie na jakiejs plazy i okazalo sie ze jestesmy daleko za daleko.



Po jakims czasie wiec znow w droge powrotna. Po drodze troche pobladzilismy, brakowalo nam paliwa ktore to kupilismy w lokalnym warzywniaku przy drodze, az  w koncu ktos powiedzial ze plaza ktorej szukamy jest w tej bocznej drodze, ot tam... pojechalismy wiec. Po pol godziny przedzierania sie polna, kamienista droga, gdy juz ogarnialo nas zwatpienie, ujrzelismy blask oceanu i po jakims czasie znalezlismy sie na plazy. Jakie bylo nasze zdziwienie ze zamiast na "Nagpan beach" bylismy na czyms zwanym "Duli beach". Duli okazalo sie calkowicie prawie opuszczonym skrawkiem piaszczystej plazy otoczonej z dwoch koncow wysokimi klifami. Wygladalo absurdalnie pieknie, tym bardziej ze nie bylo tam doslownie zadnych sladow powazniejszej cywilizacji. Jedyne co widzielismy to malutki shack i kilka desek surfingowych. 
Wskoczylismy do wody a jako ze oprocz nas byly w zasiegu wzroku moze 3 inne osoby, zaczelismy rozmowe. I tak oto okazalo sie ze wlascicielem tej sklecionej napredce bazy jest okolo 40-letni Filipinczyk imieniem Torno ktory postanowil w tym rajskim miejscu w srodku niczego zalozyc szkole surfingu. A ze w srodku niczego dalej nie ma nic, nawet pradu, idzie mu to dosc powoli. Najwazniejsze jednak jest - sa fale, jest pogoda, jest swietne nastawienie do kazdego kto zawita w okolice. Do tego Mira - zona Torno goruje kapitalne jedzenie a sam gospodarz wyciaga zimne San Miguel z coolera sprytnie schowanego w cieniu. Siedzac, gadajac i oceniajac szanse na rozwoj biznesu zapadl wieczor. Poszukalismy suchych lisci palmowych z ktorych rozpalislismy ognisko na plazy i gdyby nie to ze musielismy oddac motor zanim jego wlasciciele pojda spac, pewnie zostalibysmy w Duli beach na cala noc.



Szanowna Wycieczko - jesli ktokolwiek, kiedykolwiem bedzie na wyspie Palawan, szczegolnie w jej polnocnej czesci, wizyta w Duli beach bedzie bardzo mozliwe najlepsza czescia tej wyprawy. Dla przepieknej plazy otoczonej jungla, dla turkusowego oceanu a przede wszystkim dla atmosfery ktora tworza dwoje rezydentow tego rajskiego miejsca - warto! Polecam to wideo nakrecone przez jednego z tych ktorzy mieli szczescie, podobnie jak my, zagubic sie w tej czesci wyspy. 
środa, 21 lutego 2018
Vinter Wacay: Borocay
O Borocay slyszalem wiele. To na tej malekiej filipinskiej wyspie moj szkolny znajomy poslubil swoja wybranke. To tamtejsze plaze czesto wybierane sa za najpiekniejsze na swiecie. I widocznie cos w tym jest, skoro oprocz nas na tym skrawku ladu na ktory doplynac trzeba pajeczakowa lodka oprocz nas bylo dobrych kilka tysiecy ludzi wliczajac w to zorganizowane wycieczki z calego swiata. 



Zanim jednak objelo mnie obrzydzenie, wsiedlismy w jedyny mozliwy bezposredni lot z Singapuru na wyspe Panay, dokladnie do miasta Kalibo. Lot obslugiwany byl liniami o wdziecznej nazwie Scoot, wiec latwo sie domyslec ze samo lotnisko w Kalibo rowniez nie przedstawialo sie wyjatkowo - samolot ladowal prawie otoczony budynkami mieszkalnymi a do odprawy paszportowej czekalismy w znacznym stopniu na plycie lotniska. 
Jak tylko odebralismy bagaze, zalatwilismy sobie transport do odleglego o moze 150km miasteczka Caticlan skad co chwile odplywaja promy na Borocay. Jako ze bylismy juz w poludniowej Azji, przejechanie 150km zalelo ok. 4 godzin, dzieki czemu na lodke wstepowalismy przy pieknym zachodzie slonca. Podczas moze 10minutowej podrozy poznalismy litewskiego kiteboardziste oraz amerykanskiego backpackera i razem spedzilismy wieczor przechadzajac sie bulwarami Borocay, popijajac tanie (w porownaniu do Singapuru: darmowe) piwo San Miguel oraz bedac co chwila nagabywani przez lokalne ladyboys.
Nastepnego dnia moja niechec do wszelkiego rodzaju turystow obudzila sie ze zdwojona sila, wiec na gwalt staralismy sie zrobic cos by uniknac tlumow. Jakims cudem udalo mi sie dogadac z pewnym bezzebnym starszym panem ktory zaoferowal swoja minizaglowke na ktorej to Fereshteh i ja spedzilismy pol dnia zeglujac z jednej wyspy na druga, snorklujac w pieknych okolicach a kiedy juz mielismy dosc, po prostu poprosilismy by wyrzucono nas gdzies hen hen daleko od glownych plaz i tak oto wyladowalismy w apsolutnie przepieknej lagunie gdzie palmy zwisaly nad plaza a wokol pietrzyly sie skaly. 



Dopiero tam moglismy naprawde przyznac ze Borocay to jednak, cholera, jest piekne miejsce, a byloby jeszcze piekniejsze gdyby dzikie hordy turystow nie najezdzaly w tuzinach w miejsce gdzie nie ma ani infrastuktury ani pojemnosci by takie tysiace pomiescic.


Jeden dzien w Borocay to bylo dla nas wystarczajaca, wrocilismy wiec na glowna wyspe do Caticlan skad udalo nam sie zlapac maluski samolot do Puerto Pricesa na wyspie Palawan. Kolujac na pasie startowym oczom naszym ukazal sie nowy terminal tego 'polnego' lotniska ktory juz budowany jest z mysla o kolejnych setkach tysiecy turystow kazdego roku najezdzajacych Borocay w poszukiwaniu znanych z pocztowek bialych piaskow, palm prawie zahaczajacych o ocean i blogiego spokoju. I tak jak to pierwsze i drugie moze jeszcze przeswituje pomiedzy tlumem, tak trzecie juz prawie ostatecznie wyginelo.
wtorek, 20 lutego 2018
Vinter Wacay: Singapore
Kolejny przystanek na trasie mielismy w Singapurze. Mowie przystanek bo ciezko powiedziec zebysmy planowali jakos dluzej tu zabawiac. 
Nie lubie Singapuru za bardzo, podobnie jak Dubaiu, Doha czy innych sztucznych "placow zabaw dla bogaczy" gdzie ludzie zarabiaja kokosy, zyja w dostatku i placa co drugi dzien $250 za kolacje oraz $100,000 za podstawowy samochod (to akurat fakt) i zdaja sie nie widziec calej masy ludzi ktorzy ledwo co wiaza koniec z koncem pracujac na dostatek klasy sredniej i przesylajac cokolwiek zostanie z zarobionych pieniadzy do swoich krajow pochodzenia. Nie moj klimat.


(Karl is not impressed)

No, ale w koncu bilet do Singapuru byl wiec trzeba bylo cos z tym zrobic. Wyjalem wiec ksiazke adresowa... hahaha, ta, jasne.. wszedlem na Facebooka, zobaczylem kto obecnie tam pomieszkuje, pozniej jeszcze zweryfikowalem kto bedzie mial wolna sypialnie i tak oto okolo 2 w nocy objawilismy w domu mojego bylego wspolpracownika z czasow EY, Stanleya. Stanley wraz z zona SuFern mieszkaja w jakims bloku na przeciwnym koncu kraju co lotnisko, wiec podroz Uberem zajela nam prawie... 25minut. Wzielibysmy metro, ale o tej porze juz nie jezdzi.



KOlejnego dnia troche powloczylismy sie po kraju, glownie jednak ekscytowalismy sie tropikalnym klimatem ktory to po zimnie i sniegu Tokyo przyjelismy z wielka przyjemnoscia. Odwiedzilismy glowne 'turystyczne' okolicy Marina Bay, pozniej troche jeszcze spaceru w strone Chinatown i w zasadzie dzien minal. 



Fereshteh byla zachwycona architektura i iloscia zieleni w betonowej jungli; mnie przekonywalo to wszystko srednio - bardziej zainteresowany bylem politycznymi i ekonomicznymi uwarunkowaniami Singapuru ktorym z checia poswiecilbym osobny wpis, ale nie poswiece bo A) za duzo innych rzeczy do opisania i B) bylaby to amatorszczyzna bo szczerze mowiac oprocz tego ze maja armie poza krajem, kare smierci za narkotyki i zakaz sprzedazy i importowania gumy do zucia, niewiele mi o panstwie-miescie wiadomo.
Wieczorem zaprosilismy Stanleya i Fern na kolacje - zamowilismy typowe Singapurskie jedzenia okolonoworoczne (nowy rok ksiezycowy wlasnie nadchodzi) w postaci nudli, jakis przekasek oraz kraba i nawet bez zadnych alkoholi rachunek zakotwiczyl na okolo $270 za 4 osoby. Po tym jeszcze na spotkanie z Simonem - bylym Kapoorzaninem (dalsza rodzina HexTax) ktory po raz drugi dal szanse Singapurowi. Ten zacny Anglik zamieszkuje w przyjemnej dzielnicy chyba poza calym tym oszolomskim centrum wraz ze swoja malzonka Tiara (rodem z Indonezji) ktora to oczekuje ich wspolnej pierworodnej corki lada miesiac. Tak, ostatnio gdy widzialem Simona wspolnie rozmawialismy "o zaletach kobiet" ktore biesiadowaly z nami tamtej nocy w Londynie - dzis jeden zonaty i prawie z dzieckiem; drugi zareczony.Czas leci. Za poltora rundy drinkow zaplacilismy tym razem $75. Oh, Singapore....



Nastepnego dnia, bez przesadnego zalu (ja) lub z odrobina zalu ze tak krotko (Fereshteh) pojechalismy metrem na przeciwny koniec kraju, zapakowalismy sie w samolot linii Scoot do miejscowosci Kalibo. 
Jakich linii i co to jest Kalibo bedzie w kolejnym poscie.
piątek, 16 lutego 2018
Vinter Wacay - 10 ciosow karate w strone Japonii
Wiadomo ze nie da sie opisac wszystkiego co widzialem, zaobserwowalem czy zanowalem o Japonii. Jest tego od cholery i jeszcze troche. Zamiast tradycyjnej opowiastki o tym co robilismy dzien po dniu, oto lista najciekawszych faktow wartych podzielenia sie na blogu. Bez specjalnej kolejnosci czy spojnosci.

1. Transport publiczny. Juz wczesniej o tym pisalem - takiej siatki polaczen kolejowych roznej natury nie widzialem nigdzie - metro, pociagi, pociagi pospieszne, do tego expresy Shinkansen, wszystko to krzyzujace sie i wymijajace. Ze co? Autobusy? A pewnie! Tez sa, choc akurat tymi nie jezdzilismy.
Co ciekawe, nie jest jakos przesadnie tloczno - a przynajmniej sie nam nie zdarzylo zeby legendarni panowie 'upychacze' musieli interweniowac. Choc oczywsicie na stacjach sa. Jest zato bardzo cicho, przyjemnie. Kultura nakazuje by miejsce transportu publicznego bylo miejscem odpoczynku, tak wiec ludzie nie rozmawiaja, proszeni sa o nie rozmawianie przez telefony i o zachowanie ciszy. Mi sie podoba.
Co jeszcze bardziej mi sie podoba to to jak proste jest nawigowanie miastem. Wszystko dziala na czas, a jak sa opoznienia to dobrze o tym ludzie sa informowani. Inofrmacji jest cala masa, ale wszystko podane na tyle prosto ze osoba nie mowiaca po japonsku sie polapie. Podczas pobytu nie zgubilismy sie ani razu!

2. Spoleczenstwo japonskie to ciekawy przypadek. Jak dla mnie wszystkie narody beda mniej wiecej tak wygladac za moze 50 lat. Mam tu na mysli z jednej strony rozwoj technologiczny zastepujacy interakcje personalne gdziekolwiek to jest mozliwe (nawet zamawiajac w restauracji korzysta sie glownie z maszyn) a z drugiej powiazane jest to z ogromnym szacunkiem dla drugiego czlowieka i wzajemna godnoscia. I moze to bardziej w moim wypadku fascynacja niz uwielbienie, ale i tak cholernie mi sie to podoba! Mozna zyc nie rozmawiajac z ludzmi wcale. Japonia potrafi czlowiekowi uzmyslowic ze tak naprawde to innych ludzi on nie lubi :)

3. Tlok. Chyba troche legendarny - to znaczy rzeczywiscie sa miejsca gdzie ludzi sa morza - czy to slynne przeciez skrzyzowanie Shibuya, czy zaklebie mlodziezowe Harajuku. Ale sa tez miejsca duzo spokojniejsze i mimo ze kazdy centymetr miasta wykorzystany jest do maksimum, mimo ze czasami weranda sluzy jako parking a mieszkanie 20 metrowe to wyjatkowy komfort, niespecjalnie mi to przeszkadzalo. 



4. Architektura Tokyo to ciekawy mix - z jednej strony olbrzymie, choc troche sztampowe biurowce w niektorych dzielnicach (Gyonza, Shinjuku) to jednak kilka blokow dalej wstepuje sie na przeuroczne, miniatorowe uliczki z niewielkimi domkami wypelniajacymi przestrzenie pomiedzy wiekszymi budynkami przy glownych skrzyzowaniach. W tak ogromnym miescie znajdowanie takich urokliwych miejsc w okolicy Shin-Okubo gdzie mieszkalismy zawsze milo mnie zaskakiwalo.

5. Turystycznie w Tokyo mozna spedzic tak dlugo jak dlugo sie chce a i tak pewnie nie bedzie wystarczajaco. Moja znajoma Algierka imieniem Navel do Tokyo przybyla 5 lat temu i mimo ze juz od 3 lat stamtad wyjezdza, jakos sie jej jeszcze nie udalo uciec. Nie ma sensu wyliczac tego co warto zobaczyc - dla mnie przechadzanie sie po miescie, zasiadanie w lokalnych jadlodajniach i patrzenie na lokalnych podczas zwyklych czynnosci bylo tak samo interesujace jak spacery po parkach imperatora czy chodzenie wte i wewte po skrzyzowaniu Shibuya. Tak, to jest naprawde niezle!



6. Kuchnia japonska to jeden z tych powodow dla ktorych warto tam przyjechac. Jako czlowiek ktory niespecjalnie przywiazuje wage do tego co je, Japonia zawsze mnie ciagnela swoimi rybami i owocami morza wszelkiej postaci - to i owszem, dostalem. Co ciekawe, sushi jest dosc powiedzialbym prymitywne w swojej prostocie (choc bardzo dobre) - bez jakis pokombinowanych rolli, za to zaskoczyla mnie ilosc makaronow a przede wszystkim wolowiny. Japonczycy w zasadzie jedza wszystko, czesto na pikantnie i czesto w wersji zupy/ramen. Na pewno w tym temacie jest jeszcze wiele do odkrycia - nie jadlem dalej ruszajacych sie osmiorniczek i ryby fugu.



7. Koszty o dziwo nie sa przerazajace. Jak powiedzialem juz wczesniej, Japonia nie jest droga. Ba - jest duzo tansza od Kanady. Wiadomo - mozna tutaj stracic duzo kasy, ale nie jest to konieczne. I tak np za mieszkanie w AirBnB w swietnym miejscu placilismy moze $50 za noc, transport publiczny w cenach porownywalnych, lunch to koszt $5-$10, piwo w barze mozna miec za $5-$7 a w zasadzie wszyskie potrzeby zakupowe mozna zrobic w sklepach typu "wszystko po 100Yen" (100 Yen to w przyblizeniu $1). W porownaniu do takiego Singapuru to prawie polowe taniej na wszystkim!

8. Kultura kraju jest tak bogata i skomplikowana ze az prosta - w zasadzie wszystko rozbija sie o cene osobistego honoru. Oczywiscie drazylem wszedzie jak moglem co to jest w zasadzie ten ich honor, ale srednio bylem w stanie sie dowiedziec. Generalnie porazka jest niehonorowa - tak bylo w czasach samurajow (bylismy w muzeum samurajow gdzie mocno chwalilem sie wiedza o czasach podboju Mongolow pod wladza Kublaia, wplywem sanskryty i hinduizmu na japonski buddyzm (pewna brytyjska indianka az mnie wziela na spytki bo nie wierzyla ze bialy az tyle moze wiedziec), roli shogunow w spoleczenstwie czy nawet stylistyce i symbolice koszulek japonskiej druzyny narodowej - true story!). W czasach obecnych niehonorowe jest np. nieznalezienie pracy w wielkiej firmie czy zawiedzenie oczekiwan, z tym ze od zwyczaju harakiri w tych wypadkach sie odstepuje.


(tak - to powyzej to ja w oryginalnym samurajskim helmie i z oryginalnym mieczem. Banzai!)

9. Automatyzacja wszystkiego jest po prostu piekna! Czy to wspomniane zamawianie jedzenia przez automat a posilek sam podjezdza na stolik, czy rozmowa w banku z humanoidem Pepper. Dobrze nie musiec rozmawiac z ludzmi :)

10. Werdykt? Wow! Na pewno olbrzymia fascynacja krakjem, ludzmi i kultura. Za krotko by powiedziec wiecej, wiec juz planuje pojawic sie w Japonii w 2020 na czas igrzysk w Tokyo! Tak wiec ten temat na lamach bloga z cala pewnoscia bedzie kontynuowany!

Vinter Wacay: Tokyo
W Tokyo zabookowany mielismy AirBnB. Dolecielismy wieczorem i znajac legendy o podrozowaniu po miescie, nawet taki trooper jak ja obawial sie nieco podrozowania po miescie transportem publicznym bez dostepu do map online. Z jakiegos powodu natomiast Japonia zabrania korzystania z applikacji mapowych offline.
Nie trudno sie bowiem dziwic skoro mapa metra wyglada tak:

Related image

Malo tego - oprocz metra, w Tokyo jest jeszcze cala siec pociagow oznaczanych symbolami JR. Na szczescie tych jest mniej. Ich mapa wyglada tak:



Po naniesieniu na siebie tych dwoch w/w oraz calej masy jeszcze pomniejszych linii operowanych przez inne firmy, znalezienie mikroskopijnego mieszkania i dojazd tam mogl a nawet samo kupno biletu na taki przejazd wydawac sie nie lada problemem.
Niepotrzebnie. 
Jak sie wkrotce zorientowalem, Japonia oraz samo Tokyo jest krajem tak zorganizowanym, prostym i logicznym ze nawet tam gdzie nie ma angielskich napisow (a zdarza sie to jednak wyjatkowo rzadko) i przy dosc nijakiej znajomisci angielskiego lokalsow, przez caly czas spedzony w stolicy, nie mielismy najmniejszego problemu z podrozowaniem, znajdowaniem drogi oraz ogarnianiem japonskich realiow, ktore trzeba przyznac byly cholernie imponujace.
Tak wiec do domu dostalismy sie najpierw Monorailem, pozniej pociagiem JR do stacji Shin-Okubo, choc w przyszlosci glownie podrozowalismy ze stacji metra Shinjuku-Hitachi jako ze byla nieco blizej.
Przez kolejne 5 dni mielismy typowo turystyczne zwiedzanie polaczone z poznawaniem ludzi i uczeniem sie o Japonii - historii o ktorej wiedzialem niewiele, kulturze o ktorej wiedzialem jeszcze mniej oraz probowach porozumiewania sie po lokalnego - z tego szczerze mowiac nie wyszlo nic ponad standardowe "arigato gosaimas" co i tak czesto spotykalo sie z bardzo szczerym usmiechem Japonczykow (z uwzglednieniem uroczej kobiecej czesci tego narodu). Udalo sie na szczescie spotkac z jakimis znajomymi-znajomych ktorzy tam mieszkaja i maja pojecie o tym jak ten narod dziala.
18:29, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lutego 2018
Vinter Wacay: prologue
Korzystajac z faktu ze obecny (wciaz) pracodawca daje pare dni wolnego wiecej niz poprzedni, postawilismy rozejrzec sie juz jakis czas temu za ciekawymi opcjami podrozniczymi. A ze udalo sie znalezc calkiem tani bilet do krajow wczesniej nieodwiedzanych na okres wczesnolutowy - wiec taki w ktorym szczegolnie milo opuscic deszczowe Vancouver - zabookowalismy taki oto odcinek: Vancouver - Tokyo - Singapore oraz Manila - Vancouver. Wszystko w cenie 580 CAD czyli moze jakies 350 Euro. Niezle.
W dziure pomiedzy Singapurem a Manila wcisnelismy jeszcze Borocay i Palawan czyli dwie z tysiecy wysp na Filipinach po czym spakowalismy plecaki, ruszylismy na lotnisko, zapakowalismy sie w japonskiej linie ANA ktore od tamtego lotu staly sie chyba #1 liniami ktorymi kiedykolwiek lecialem po to by po okolo 9 godzinach po raz pierwszy postawic stope w wyspiarskim kraju po przeciwnej stronie Pacyfiku. Konichiwa Japan!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83
Archiwum
Zakładki:
Tagi