Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
piątek, 20 listopada 2009
No Loo - No 'I Do'
Powiem szczerze - nigdy o czyms takim nie slyszalem, ale skoro pisza o tym powazne media, poswiadcza na swoim blogu ten ktory na Indiach sie zna, musi cos w tym byc.
O Indyjskiej sytuacji...hmmm... toaletowej i powiazaniu tego ze wszechogarniajacym biznesie malzenskim mozna poczytac po polsku tutaj jako przedruk z Washington Post.
10:12, karol.krochmal , Media
Link Komentarze (2) »
środa, 18 listopada 2009
Pomylka!
Od 'zyczliwego' dostalem link ktory mna wstrzasnal do glebi! Zalaczona notka glosila, ze otoz wybrano nowa miss Indii! Kliknalem, z niecierpliwosci zaczalem obgryzac paznokcie spodziewajac sie czegos co zachwialoby moim wielkim uczuciem, a w momencie gdy bylem juz w okolicach lokci a struzki krwi splywaly obficie 2 pietra nizej, oczom moim ukazalo sie... to.
(chwila ciszy)
Ja rozumiem, ze uroda to sprawa wzgledna, ze kazda potwora znajdzie amatora a kazda koza na pochyle drzewo, ale NA BOGA! Wrecz NA BOGOW!!! W kraju gdzie zyje ponad miliard kobiet, ktory na misski, nie tylko swoje ale swiatowe a i universualne, ktory wyniosl takie cuda jak Aishwarya Rai, Priyanka Chopra, ktorego reprezentantki w samym tylko ostatnim dziesiecioleciu ubieglego wieku trzykrotnie zdobywaly tytuly Miss World, z kraju w ktorym idac do klubu trzeba naprawde cwiczyc miesnie karku by glowa nie obrucila sie o 360 stopni, z kraju w ktorym przecietna, atrakcyjna dziewczyna boi sie zalozyc bikini... ok ok, zagalopowalem sie!
Fakty sa jednak jasne - wybor owej... tej tej.. jak jej tam,,, Poojy na Miss Indii porownac moge jedynie do decyzji o odspiewaniu hymnu przez Edyte Gorniak czy wyboru Jarka czy Leszka (sorry, wciaz nie rozrozniam...) na prezydenta. Jak widac, zarowno Polska jak i Indie sa krajami w ktorych pomylki...zdarzaja sie.


08:45, karol.krochmal , Dziennikarsko
Link Komentarze (4) »
środa, 11 listopada 2009
Cyclone w Bombayu???
Wlasnie otrzymalem wiadomosc tresci:

Dzis wieczorem na stan Maharashtra nadejdzie cyklon. W zwiazku z niebezpieczenstwem, wszyscy pracownicy moga udac sie do domow o godz 15.00

Fajnie, nie?? Niestety w Bombayu nie jestem, nie udam sie wczesniej do domu, a co gorsza, nie zobacze na wlasne oczy cyklonu! Przez 3.5 roku w Indiach widzialem wiele - od burz piaskowych i snieznych, przez powodzie, huragany po ataki terrorystyczne, epidemie Dengue Fever i malzenstwa aranzowane, ale cyklonu jeszcze nie. Podobnie jak trzesienia ziemi i dnia bez jakiejs kolorowej, indyjskiej niecodziennosci. Czyli wciaz jest po co sie tutaj uzerac! Hej Ho! :)
10:13, karol.krochmal
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
simply...GOA
Jest jedno takie miejsce.... no dobra, jest moze kilka takich miejsc w Indiach ktore sa jak odskocznia od rzeczywistosci, ktore relaxuja, stymuluja i pozwalaja w pelni naladowac energia. Jednym z takowych, moze i najwazniejszym jest Goa o ktorym to pisalem juz tam, siam i owam.
Tym razem glownym pretekstem do wyprawy prawie 3000 km na poludnie bylo wesele Roshika - towarzysza TCSowej doli i niedoli. Na cale szczescie wybranka owego zostala Priyanka - GOAnka z krwi i kosci. Moze zabrzmi to dosc szorstko ale gdyby wesele mialo miejsce na drugim koncu Delhi, z pewnoscia znalazlaby sie wymowka by sie na nim nie pojawic. Jednak zrezygnowac z 5 dni nad brzegiem cieplego morza, gdzie pogoda jest idealna, drinki tanie a towarzystwo zawsze dopisuje, byloby nie do pomyslenia!
Okazalo sie ze podobnego zdania, oprocz 2 moich wspolpracownikow bylo 11 znajomych z ktorych nikt pana mlodego nie widzial na oczy! Zaden problem! Zorganizowalismy spotkanie integracyjne, by juz tydzien pozniej ubrani w etniczne stroje, razem plasac na jego weselu grubo ponizej zwrotnika!
Po krotce przedstawie bohaterow naszej wybrawy. Reprezentanci HexTax, obok mnie, Ira, Mari, Basia, nasz nowy skarb - Beatriz - zwana tu i owdzie jako FES (odsylam do That 70's Show) oraz permanent resident Rouf polaczyli sily z wyjatkowymi jednostkami spod znaku The Kapoors - Safiye, Yasmina, Yasmine, Simon & Alex wspomagani przez ich 'cousin Kapoor' Jasmin. Calosc okraszona przez obecnosc cudownej towarzyszki, znanej niektorym Laviny tu i owdzie kojarzonej pod pseudonimem Aniolek ktora to cala noc telepala sie autobusem z Bombayu by potowarzyszyc nam w calkowicie dekadenckim spedzeniu kilku dni naszej marnej, indyjskiej egzystencji. 13 osob, 5 kontynentow, 5 dni totalnej rozoszy!
Zeby nie zanudzac, Agenda wyprawy:
Sroda:
Przylatujemy, razem z innymi 'weselnikami' ladujemy na lotnisku Diabolim - umieszczonym na samym brzegu morza na tyle blisko ze ladujac, wydaje sie jakbysmy mieli wodowac. Dokujemy sie w eleganckich hotelach w stolicy Goa - Panjim! Wieczorem kolacja i 'bachelor party' w najlepszym na Goa klubie Tito's. Wracamy do hotelu nad ranem; ja trace glos.
Czwartek:
Ostro spoznieni ladujemy na ceremonii zaslubin w swiatyni niedaleko Margaon na poludniu stanu. Smiejemy sie ze skacowanego Roshika na tronie i dyskutujemy o urodzie jego wybranki. Po poludniu ja wraz z Basia, Roufem i Simonem na krotko wypadamy do Candolim Beach gdzie udaje nam sie wynajac pol pensjonatu na kolejne 3 dni. Zamiast taksowki, w droge powrotna udajemy sie trzema wypozyczonymi motorami. Reszta odwiedza lokalne plaze i poszukuje odpowiedniej slubnej wiazanki. Wieczorem kulminacja - reception party gdzie to z parkietu naszych dziewczyn nie sciagnalby nawet ciagnik z bronami i cala wsia chlopa.
Piatek:
Przenosimy sie do Candolim, spedzamy calutki dzien na plazy, uprawiajac Goanskie sporty tradycyjne: jogging po plazy, podtapianie innych, ucieczki przed jellyfishami, konsumpcje seafoodow przeroznych, bodysurfing (stad moje kolana pozbawione zostaly resztki skory) oraz cale mnostwo Kingfisheringu i tym podobnych. Wieczorem na genialne party do Baga Beach, wrocilismy slaniajac sie na nogach.
Sobota:
Ta mniej przytomna czesc powtarzala kapitalny dzien poprzedni, natomiast odwazni ktorzy postanowili usiasc na dwukolowcach (Ira, Alex, Bea, Simon, Jasmin, Mari, Lavi & myself) ruszyli na podboj polnocnego Goa - zaliczylismy kilka plaz gdzie na niektorych bylismy sami! Lunch na Arambolu, zachod slonca i nocna kapiel w Medrem! Awesome! Po powrocie, jako ze w hotelu nie bylo pradu, chlodzilismy sie przy swiecach w basenie, a nastepnie na dinner & drinks do naszego ulubionego Inferno!
Niedziela:
Czesc ktora zakochala sie w polnocnym Goa wyruszyla na powtorke z rozrywki, jednak jako ze Jasmin po drodze miala bliskie spotkanie z pojazdem innej marki, cala wycieczka przeniosla sie do szpitala w Vagatore - skonczylo sie na jednym (slownie: jednym) szwie, strata paznokcia u nogi i pokaznych zadrapaniach na calym ciele. Oddzial zoologiczny naszej grupy zdecydowal sie na wyprawe w morze na podziwianie delfinow oraz barbeque na jakiejs calkowicie opuszczonej plazy.
Poznym popoludniem jeszcze wspolny obiad, ostatnie shoty Fenny - lokalnej wodki robionej na orzechach Cashew i powrot do smutnej rzeczywistosci Gurgaon.
Jak bylo?? Polecam przeczytac powyzsza agende po raz kolejny, przejrzec zdjecia i zastanowic sie nad zasadnoscia zadanego pytania :)

16:07, karol.krochmal , Globetrotter
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 listopada 2009
Celebryty
Po jakims czasie w Indiach, przecietnie aktywny ekspata staje sie celebryta. W Delhi jak w calych Indiach panuje kult slawy, kazda gazeta, dziennik, magazy, strona internetowa i telegazeta pewnie tez, chca miec na swoich lamach slaw wypowiedzi, zdjecia, przeslania i kazania. A ze slaw w kraju jest jak na lekarstwo, pozycje te staraja sie wlasnych celebrytow 'tworzyc'.
W dzisiejszym odcinku przedstawie wiec Szanownej Wycieczke przepis na 'Celebryte z Importu'.
Do uprzednio przygotowanego egzemplarza meskiego tudziez zenskiego dodajemy wzglednie wygladajace okrycia wierzchnie i wystawiamy na 3-4 godziny do ktoregos z modnych lokali w Delhi. Tam jednostka dojrzewa, czyli gada, socjalizuje sie, tanczy itp czyli robi dokladnie to co zwykla jednoczesnie sprawiajac radosc i dajac prace bandzie fotoreporterow ktorzy to masowo okupuja co bardziej zatloczone miejsca o reputacji powyzej przecietnej.
Takim wiec sposobem, Karino kilkakrotnie juz zostal spostrzezony na lamach Delhi Times, Hindustan Times czy innych jeszcze India Times (o co im chodzi z tym 'times'??). Karino w bialych okularach i kapeluszu w otoczeniu dwoch lasek, karino z kolezanka, w koncu tez (o zgrozo!) zdjecie ilustrujace artykul 'Girls Night Out' gdzie Karino wraz ze znanym i lubianym Malym Tomem rozprawiaja o czyms, sadzac po zaagnazowaniu w dyskusje, z pewnoscia bardziej ciekawym niz otaczajace klimaty.
Do pelni celebrytyzmu brakuje juz niewiele, lecz jednak - z jakiegos niezrozumialego powodu indyjscy dziennikarze zwani tudziez paparazzi maja wielki problem z moim - dosc prostym przeciez, imieniem. Byl okres ze pisano poprawnie: (za DelhiTimes) 'Karolowi udalo sie wygladac cool jak nikomu innemu' (hehe, serio!!!!), lecz ostatnio jakas jezykowa impotencja ogarnela journalistow: najpierw zamiast mojego imienia wstawiono 'Poland' (WTF?!?!) by nastepnie, wykazujac sie naprawde spora doza kreatywnosci podpisac mnie imieniem Learol - moje najszczersze gratulacje!
Jako pointa niech zatem bedzie cytat - jak to jedno ze znajomych stwierdzilo 'ja nie siedze ostatnio w bollywoodzie wiec nie znam tych lasek wokol ciebie'.
Byly autografy, byly wywiady, tylko czekac wiec na wizyty w zakladach pracy!

PS. Na dowod powyzszego, linki do artykulow/zdjec zostana podpiete juz wkrotce.
09:04, karol.krochmal , Media
Link Komentarze (2) »
środa, 28 października 2009
nieMoje Indie
I jeszcze jeden watek prywatny - moj byly kolega z pracy (oddzial Kolkata), zapalony hinduso-polak i pierwszy w kolejce do sformalizowania swojego zwiazku z urocza (z pewnoscia, choc nie dane mi bylo poznac) Hinduska, udzielil ostatnio wywiadu ktory goraco polecam.
Konrad prowadzi rowniez swietna strone o Indiach do zobaczenia tutaj, oraz jest autorem najlepszych fotek jakie widzialem - do obejrzenia!

07:58, karol.krochmal , Media
Link Dodaj komentarz »
Confusionus Gigantus: Sweety
Bohaterka dzisiejszego wpisu jest osoba nieprzecietna, wybitna ze wzgledu na wszystko co sie wokol niej dzieje. No, ale czy ktos kto na imie ma... SWEETY moze byc zwyczajny?? A jakby tego bylo malo, pelne imie i nazwisko naszej bohaterki brzemi Sweety Kumar. Wystarczajaco smieszne??
Rodzice Sweety pochodza z Indii, wyemigrowali przed dziesiatkami lat do Afganistanu, tam tez urodzila sie Sweety. W wieku 3 lat wszyscy przeniesli sie do Niemiec i tam przez lata wzbogacali spora diaspore emigrantow.
Tu nastepuje klucz do calej zagadki, czyli sposob wychowania Sweety, ktora generalnie wmawia ze jest calkowicie Niemiecka, nie zna i nie rozumie niczego co dzieje sie w Indiach, no a Hindusi to w ogole sa nie do odgadnienia, kraj jest dziwny itepe itede.
I wszystko byloby normalne, bo w koncu kto czasami takich przemyslen nie ma, tyle ze Sweety mowi plynnie w Hindi! Lepiej niz po Angielsku, spedza cale dnie ze swoimi hinduskimi znajomymi, jest zadowolona z mieszkania w gueszthousie gdzie sluzba wokol niej skacze, pierze po niej, zmywa i gotuje.
No dobrze, to jeszcze wciaz nic wielkiego - tu jednak nastepuje final - Sweety zycie uczuciowe. Nawiazala internetowy romans z Kanadyjczykiem, ktory to jak znaczna czesc tego narodu pochodzi z Punjabu. Mlodzi nie spotkali sie chyba ani razu, mimo to Sweety jest smiertelnie zakochana i rozczarowana jednoczesnie slowami ukochanego ze ten ozenic sie planuje dopiero za 2 lata, musi wiec bic sie z wlasnymi myslami, czy wierzac w wielka i jedyna milosc, trwac w zwiazku (ekhmm.. czym???) czy moze zaczac rozgladac sie za czyms co w Indiach moznaby zaaranzowac. Bo co do tego ze Sweety chce Hindusa jest ona, jej rodzina jak i wszyscy wokol przekonani. Efektem tego jest grozba wiszaca nad znajomymi, ze dziewcze, calkiem w koncu niebrzydkie, zainteresuje sie kazdym kto pojawi sie w zasiegu, ma skore ciemniejsza od ogolnie przyjetej 'bialej', wlosy dalekie od blonde i potrafi sklecic conieco w Hindi.
Znawcy Indii powiedza, ze znaja historie podobne - ja pewnie sam potrafilbym wymienic, daleko nie szukajac, skladowe jej czesci, jednak calosc tego pietrowego tortu zdaje sie przebijac wszystko co do tej pory moj umysl byl w stanie pojac. A jako wisienki na torcie niech pozostana dwa slowa: Sweety Kumar.
07:32, karol.krochmal , Prywata
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 października 2009
Bieda
Jak powszechnie wiadomo, wielkie, zacne i powszechnie szanowane organizacje miedzynarodowe uzurpuja sobie prawo do wszechwiedzy i ustanawiania wszechpraw panujacych na swiecie. Nie ma z tym problemu dopoki wszystkim pasuje to o czym Superagencja prawi. Jak niektorym nie pasuje, to albo siedza cicho, albo krytykuja pod nosem (patrz ostatnie decyzje Komitetu Noblowskiego), albo... wlasnie! I dochodzimy do sedna!
Granica ubostwa wedlug ONZ jest 1USD/dzien/czlowieka. Dyskusyjne? Oczywiscie, jednak wiekszosc swiata nad taka sobie decyzja przeszla do porzadku dziennego - swiat rozwiniety usmiechnal sie pod nosem myslac ze 'przeca nie ma nikogo kto zyje ponizej', a swiat trzeci z porownywalnym usmiechem parsknal ze 'u nas nie ma nikogo kto taka fortune posiada'.
Jest jednak na swiecie kraj, ktoremu decyzje ONZ nie wsmak czemu juz nieraz dali wyraz.
Sprytni Hindusi, po o nich w koncu mowa, wzieli kalkulatorki i liczydla, przekalkulowali, przemnozyli i wyszlo im ze... 70% narodu zyje ponizej uchwalonego progu. A Indie jakie sa - kazdy widzi - jak fakty przecza naszym teoriom, tym gorzej dla faktow. Ustanowiono wiec rzadowym rozporzadzeniem wlasny prob ubostwa. Stwierdzono ze 'to nasze, przez nas zrobione i to nie jest nasze ostatnie slowo' i siuuuupppp... wystrzelono z liczba 10 rupii indyjskich / dzien.
Tutaj oszczedze Szanownej Wycieczce koniecznosci przeliczania - to jest okolo 70 groszy czy 20 centow.
Co mozna za to kupic - padnie pytanie - otoz nie bede zlosliwy i nie powiem krotko 'NIC', jako ze szczesliwy posiadacz podobnej fortuny moze sobie zafundowac do wyboru: bilet autobusowy wewnatrz gurgaon, 2 przejazdy dzielonymi rikszami do ktorych wchodzi po 15 osob naraz, dwie herbaty male tudziez 10 pudelek zapalek.
W ten oto sprytny sposob rzad indyjski stwierdzil ze "u nas nie jest tak zle a te glupie ONZty moga sobie dalej gadac ze 70% nas jest biedna! Prh! Zadne 70% tylko 20%!!! I CO PANOWIE NA TO?!?!". No gwozdzia zabito... jedynie 300 mln ludzi zyje za 10 INR dziennie.....
Lecz zanim Szanowna Wycieczka zacznie rozdzierac szaty i psioczyc na ekstrawaganckich ekspatow wydajacych na drinki jednego wieczora roczne pensje niektorych mieszkancow kraju, prosze o uwage: to nie jest tak ze tutaj ludzie umieraja z glodu! W zasadzie nie znam ZADNEGO przykladu ludzi z dochodami chocby do tych zblizonymi. Dlaczego ow szubrawiec i wyprany z emocji dran tak mysli?
Powszechnie wiadomo, ze zebranie w Indiach potrafi byc niezlym interesem, wiec te grupe pomijam. Obskurni chlopaczkowie majace wlasne 'zaklady' jak np przydrozne wulkanizacje znajdujace sie doslownie co kilkaset metrow ciesza sie niezmiernym powodzeniem - co pare minut ktos zawita by dopompowac kola i rzuci 10 rupii napiwku. Za dnia zbierze sie kilkaset co da kilka-kilkanascie tysiecy miesiecznie.
Nasza sluzaca zarabia kokosy jako ze nalezy do... ekhm,... zwiazku!!! Dostaje od nas 1500INR miesiecznie a podobnych mieszkan ma kilka. Do tego dochodzi cala masa przedsiebiorcow przeroznych - kowali, slusarzy, stolarzy, wspomnianych wulkanizatorow czy sprzedawcow orzeszkow i wody-kranowy. To nie jedyna subtelna roznica miedzy Indiami a Polska - w porownaniu do naszej pieknej ojczyzny, tutaj nie sposob znalezc pijanych w sztok meneli czy cpunow zbierajacych 'na pociag'. Kazdy orze jak moze a wspolnym mianownikiem tego calego rynku jest fakt calkowitego braku jego rejestracji.
W Indiach dzialalnosc gospodarcza (jakze to dumnie brzmi...) prowadzic moze kazdy bez zbednych formalnosci do pewnego pulapu finansowego na tyle wysokiego, ze przecietny przedsiebiorca uliczny, rikszarz czy sprzedawca nigdy sie tym nie zainteresuje. Sa jednak wyjatki do ktorych prowadzi powszechna w narodzie akceptacja i pochwala nienawidzonego u nas 'prywaciarstwa' - coraz wiecej jednostek odnosi rzeczywisty sukces, wyrywa sie z biedy i dolacza do eksplodujacej wrecz klasy sredniej - na dzis dzien te ocenia sie na 300 mln osob a wskazniki rosna.

12:28, karol.krochmal
Link Komentarze (3) »
środa, 14 października 2009
TCS Delivery Model
Bedziemy mowic powaznie, o pracy, o firmach globalnych, outsourcingowych, IT i innych ktore podbijaja swiat, choc pol tego swiata chorem glosi ze kryzys sie ma w najlepsze i dobija.
Dobija dokad - zapytala niewiasta pracujaca jako sekratarka prezesa indyjskiej firma, ktorej to najwiekszy problem to znalezc setki pracownikow potrafiacych wykonac prace ktora zakontraktowano z klientami. Sekretarka firmy takiej jak np Delhijski HCL ktory to musi znalezc dodatkowych 150 pracownikow do swojej siedziby w Gdansku. Jak wypowiada sie General Manager HCL dla Economic Times: 'Planujemy rozszerzac dzialalnosc w Polsce jako ze tamtejszy rynek gwaltownie sie rozwija (...) a my widzimy tam ogromny potencjal'. Dalej dowiadujemy sie jeszcze ze Polacy sa duzo bardziej utalentowani jezykowo od Hindusow a kazdy z nich mowi w 3-4 jezykach obcych. I bylbym jeszcze w stanie uwierzyc w te wszystkie insynuacje gdyby nie podsumowujace zdanie ze oto 'Polskie firmy BPO sa duzo wieksze niz Indyjskie'. Tak, wszyscy pracownicy 150-tysiecznego TCS moga zaczac sie smiac.
Tata Consultancy Services sie zmienia - od zawsze byla to firma IT ktora Business Consulting tolerowala jako zlo konieczne - przychodzi taki, tylko gada, nic nie produkuje a trzeba mu placic dwa razy wiecej niz prawdziwemu, profesjonalnemu, co prawda nie specjalnie komunikatywnemu i umiejacemu zrobic pozytek ze wszystkich swoich 11 szarych komorek, ale produkujacemu tasmowo kody geekowi IT.
Cos sie jednak przelamalo - wladcy GCP (Global Consulting Practice) stwierdzili, ze dlugo tak nie pociagna i ze warto miec ludzi cennych. Zaczelo sie od kupienia calej firmy robiacej Management Consulting w Australii, pozniej uwaga skupila sie na US. Zatrudniono ludzi ktorzy z niejednego pieca chleb jedli, w ich CV lista klientow jest rownie imponujaca co uczelnie jakie pokonczyli (wspolpracowalem z pewnym jegomosciem ktory mial tytuly jednoczesnie Cambridge i Harvard!).
W Europie praktyka rzadzi facet ktorego sluchanie o teoriach Change Management i biznesie jest czysta przyjemnoscia, natomiast ostatnio cala GCP przejal jegomosc ktory w karierze byl senior managerem w PWC, partnerem w PA Consulting i CEO w K2. Jakies pytania??
Oczywiscie takim ludziom firma musi odpowiednio wynagrodzic wole przejscia do TCS, ale akurat firma w temacie placenia 'seniorom' zawsze miala dooozoooo do powiedzenia.
A jaki ma to wszystko wplyw na mnie? Coz, z jednej strony dobrze wiedziec ze interesy w US sa w dobrych rekach a EU sie rozwija - predzej czy pozniej przyjdzie mi pracowac z tymi ludzmi a to bedzie czysta przyjemnoscia. Z drugiej jednak strony, smietanka z tortu zlizywana jest przez ludzi ze znaczym doswiadczeniem i coraz rzadziej bedzie sie zdarzac ze 'nie mamy nikogo z 20 latami w CM w Niemczech wiec wyslemy Karino bo on tez jest blond'.
Ogolnie calosc jest na plus - trzeba sie odpowiednio zakrecic, dac poznac z dobrej strony i tylko czekac jak jedna oferta bedzie plynac za druga z roznych stron swiata :)

08:49, karol.krochmal , Sluzbowo
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 października 2009
Roxy's Curse
Korzystajac z dlugiego weekendu i dobrodziejstwa M.G. ktory to akurat 2/10 postanowil przyjsc na swiat, wybralismy sie na weekendowa motorowa ekspedycje w niedalekie gory. Mialo byc milo, latwo i przyjemnie. Nie bylo.
Juz przed wyjazdem wielka nieobecna - Basia - wygarnela ze skoro jedzie Little Tom i zabiera swoja piekna, kilkudziesieciokonna Roxy, bedziemy mieli problem. Odprychnalem ze klatwe zlamiemy i w droge!
Problemy zaczely sie juz kilkadziesiat kilometrow za Delhi klatwa Roxy siedzaca cicho na tylnim siedzeniu i wyraznie jeszcze niedobudzona przez poranny wyjazd zaczela sie przeciagac dajac znad do rozpoczedzia dzialanosci szabotazowej - spod siedzenia, niedaleko akumulatora Roxy zaczal wyciekac olej. Na poczatku lekko, pozniej coraz mocniej do tego stopnia ze juz po drodze musielismy w jej silnik wlac 2 dodatkowe litry. Szczesliwie dojechalismy jakos do Nainital, zaokretowalismy sie w hotelu, spedzilismy milo wieczor i noc. Nazajutrz wyruszylismy w strone Bhimtal zahaczajac po drodze o mechanika - ten rozkrecil wszystko, przedmuchal przeczyscil i...gitara! Dziala, huczy i buczy a Roxy znow w pelnej formie! W Bhimtal, spedzajac noc w bungalowie na wzgorzu ponad jeziorem bylo cudnie!
Gdy przyszlo wracac, klatwa wyraznie poruszona knockdownem dnia poprzedniego postanowila pokazac ze nikt nie bedzie klatwie w kasze dmuchac! Zaczelo sie od wycieku paliwa z mojej Jezebel! Do cholery, jak paliwo moze wyciekac z baku?!?! Po licznych probach i staraniach udalo sie jakims sposobem zakleic dziure, lecz w tym samym momencie okazalo sie ze zgubilem srube zabezpieczajaca os trzymajaca caly motor w kupie. Z tym sobie rowniez poradzilismy dokupujac zbedna srubke.
Tego jednak klatwie bylo juz za wiele! Tuz po zjechaniu z gor Tomowa Roxy zaczela koszmarnie dymic dajac wyrazny sygnal ze nie lubi spalac oleju zamiast benzyny. Postanowilismy sie nie poddawac - dokupujac olej co jakis czas dojechalismy po kilkunastu godzinach do Delhi, a jakby malo nam bylo dymiacego potwora, Rouf stracil predkosciomierz a ja...ponownie te sama srubke.. :/

Klatwa Roxy ma sie dobrze, pozdrawia!

Zdjecia do obejrzenia tutaj.
10:26, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37