Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
wtorek, 04 lipca 2017
Farewell EY
Ciezko mi bylo zostawiac kiedys Vancouver i w zasadzie jedynym powodem zeby to zrobic byl fakt ze dolaczalem do EY. Kiedy podpisywalem papiery, EY wydawalo mi sie po prostu jedna z kilku wielkich firm przezuwajacych swoich pracownikow i wypluwajacych na weekend zmeczonych, niewyspanych, za to dobrze ubranych i po praniu mozgu. Po dwoch latach na pokladzie wiem gdzie sie mylilem, gdzie mialem racje, gdzie firma mnie zaskoczyla, gdzie rozczarowala a gdzie oczarowala. Kilka mysli na odchodne, czyli po zostawieniu firmy:
- EY jest co roku wybierany jako jeden z najlepszych pracodawcow, przynajmniej w Kanadzie. To racja.
- Praca w Advisory nie jest dla kazdego - jesli lubisz lekka, latwa i przyjemna prace od 9 do 5, tu sie nie odnajdziesz. Czasami trzeba posiedziec wieczorami albo weekendami
- Tempo pracy jest zabojcze - w zasadzie codzien jest cos do oddania 'na koniec dnia' wiec naogol siedzi sie dopoki sie pracy nie skonczy
- Pracuje sie z najmadrzjszymi ludzmi z jakimi kiedykolwiek pracowalem - naprawde jest sie od kogo uczyc. Jednoczesnie, nie ma tutaj jakis 'kujonow' czy innych nerdow. Nie ma 'ksiazkowych madrali' ktorych kazdy mial w klasie. Tu sa przeinteligentni ludzie ktorych EQ idzie w parze z IQ. Inny wspolny mianownik - wszyscy sa dobrze wyksztalceni, MBA nic tu nie znaczy - mamy ludzi z Chicago Booth, Columbia, Schulich, Rotman no i oczywiscie UBC. Co zas nas wszystkich roznilo, to wszystko inne - doswiadczenie zawodowe (zawodowi konsultanci, prawnicy a nawet byly zawodowy hokeista i olimpijczyk), pochodzenie (w teamie ok. 20 osob bylem ja, Afrykanczycy, Amerykanie, Iranka, Hindusi, Kanadyjczycy, Europejczycy). Imigrantow bylo wiecej niz lokalnych.
- Projekty bywaja fajne lub mniej fajne. Jak ma sie szczescie i wie sie jak zakrecic to nie ma na co narzekac.
- Biuro wyposazone we wszystkie nowe technologie, nienormowany czas pracy oraz generalnie nienormowane miejsce pracy do swietny dodatek do calosci.
- Podroze... eh, zawsze chcialem podrozowac wiecej jednak jakos w tym teamie niespecjalnie nasz Partner promowal poszukiwanie projektow poza okregiem Toronto.
- Na najwiekszy plus zaliczyc mozna jednak ciagla nauke i poglebianie wiedzy i doswiadczenia. Ktos mi kiedys powiedzial ze 1 rok w firmie konsultingowej (sprawdzic czy nie TCS) to jak 3 lata w kazdej innej pracy i cos w tym jest.
Do zobaczenia EY! Jestem pewien ze nie raz sie spotkamy!
Tagi: consulting ey
18:13, karol.krochmal , Sluzbowo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017
Florida Keys

Z pary powodów o których już wkrótce, w kalendarzu zrobiła mi pięciodniowa dziura. Miała być wypełniona początkowo przez podróż samochodem do Vancouver, pózniej wszystko wzięło w łeb bo okazało sie ze wynajęcie będzie kosztowało duzo za duzo wiec zamiast tego popatrzyłem w Kayak by sprawdzić dokąd na najbliższe dni najtaniej możnaby dolecieć. A ze Floryda okazała sie być całkiem przystępna destynacja, jako ze ciepło tam i słonecznie i jako ze serial Netflixowy Bloodline jest w szerokim szeregu moich ulubionych, postanowiłem właśnie uciąć sobie krótkiego trupa na najbardziej na południe wysunięte punkty kontynentalnych stanów zjednoczonych. 

Doleciałem do West Palm Beach, tam miałem wynająć samochód a ze piękny dzien mieliśmy, zapytałem sie ile kosztowałaby mnie dopłata do kabrioletu. Okazało sie ze z moim statusem całkiem wyszło niedrogo wiec na następne dni stałem sie szczęśliwym szoferem takiego oto Mustanga:


Ruszyłem wiec w podróż i wieczorem dotarłem do Miami Beach. Cóż, nie miałem przesadnych oczekiwań wiec i sie nie rozczarowałem - miasteczko to oaza emerytów i 'klubowiczow' tryskająca różem, zielenią i tandeta na każdym kroku. Hotele z lat 80tych znane z Miami Vice, wybudowane wtedy pewnie przez narkotykowe pieniądze. Spędziłem jeden wieczór i mi wystarczyło - ruszyłem na południe. 


Gdy tylko opuściłem aglomeracje, zaczęła sie przygoda - pierwsze kilkadziesiąt mil to przejazd prze Everglades - setki hektarów parku narodowego wypełnionymi lasami mangrowymi, bagnami i wodami zainfestowanymi krokodylami do tego stopnia ze autostrada oddzielona od reszty była przez dwa rzędy płotów: najpierw metalowa siatka a potem betonowy mur. 

Zatrzymałem sie w miejscowości/wysepce Key Largo, wynająłem sobie kajak, panowie zapytali czy znam okolice, przyznałem sie ze ani trochę wiec dali mi mapę bagien (serio!), ulotkę o tym ze krokodyle ludzi nie atakują, chyba ze małych ludzi albo gdy czuja sie zagrożone lub bardzo głodne. Duzo tych 'chyba ze'... Zasiadłem w kajaku i przez kolejne kilka godzin przedzierałem sie przez bagniste magrowiska poszukując słynnych kroków. Widziałem mnóstwo ryb (woda była krystaliczna), często zatrzymywałem sie przy korzeniach i rozglądałem ale nic nie znalazłem. 


Trochę wiec rozczarowany pojechałem dalej by o zachodzie słońca pojawić sie w Key West. 

Key West to ostatnia wysepka i cypelek oddalony jakieś 90mil od Havany - do niedawna nie było tam nic oprócz bazy wojskowej a teraz wyrosła wokół świetna hippisowska wioska która jednak jest znacząco zbyt droga by nazywać sie 'hippisowską wioska'. 

Następnego dnia udałem sie katamaranem moze z godzinę wgłąb morza by ponurkować na rafie koralowej u brzegów Florydy. Było fajnie, choc znów rozczarowująco - korali niespecjalnie duzo a do tego ludzie którzy było tam ze mną uchwycili na kamerze całkiem sporego rekina pływające moze z 2-3 metry pod nimi - mi zaś taka okazja znów przeszła koło nosa - ani rekinów, ani krokodyli, bloody hell :(


Po powrocie spędziłem jeszcze miły wieczór we wiosce a następnego dnia, podążając za sugestiami, zatrzymałem sie na pre godzin w okolicy Bahia Honda Keys - całkiem ładnej plazy. Zjadłem porządna, kubańska kanapkę na lunch i wróciłem w stronę Miami. Jeszcze ostatnia impreza zakończona na plazy robiąc zdjecia nadchodzącej burzy a nazajutrz ruszyłem w ostatnia podróż, tym razem do Fort Lauderdale. Spędziłem chwile na płazy, oddałem samochód po czym wsiadłem w samolot i odleciałem do Toronto. Tam temperatura oscylowała wokół połowy tego co na Florydzie, nie było palm, piasków ani ciepłego morza. 


Moze i sie starzeje, ale chyba rozumiem tych którzy osiadlaja sie w tamtej części kraju na emeryturze. Kto wie - moze sam tam wrócę za jakieś 30 lat?? :)

wtorek, 20 czerwca 2017
Sigur Ros live w Toronto
W 2003 po raz pierwszy bylem na festiwalu w Roskilde i moznaby powiedziec ze od wtedy moje muzyczne horyzonty zaczely sie szybko i mocno poglebiac i poszerzac. W 2003 headlinerami byli Bjork, Blur, Coldplay, Metallica, Iron Maiden, Dave Gahan. Bonnie Prince Billy, Kaizers Orchestra, NAS, Beth Gibbons, Massive Attack i inni, ja glownie jechalem i tak na Black Heart Procession, ale show calemu zbiegowisku skradli Sigor Ros, ktorzy zrobili absolutna miazge z bialego namiotu, przeorali mozgi wszystkim sluchaczom i wprowadzili ich w jakis nieziemski trans. To wtedy po raz drugi i ostatni widzialem ludzi tarzajacych sie po ziemi przez muzyke ktora tak ich ogarnela.
Dwa lata pozniej, w 2005 widzialem Sigur Ros na tym samym festiwalu i ponownie byl to najlepszy koncert roku. Wiadomo wiec bylo, ze gdy tylko islandczycy zawitali do Toronto, musialem byc na miejscu. Ja - kilkanascie lat starszy ale i muzycy bardziej dojrzali - ciekaw bylem tego clashu.
Po pierwsze - koncert byl plenerowy, na Echo Beach, wiec jeden minus. Dwa - bylo troche cicho, prawie ze kameralnie. A trzy - zespol wystapil jako trio, bez skrzypcow i innych przeszkadzajek co mogloby wypasc in minus, ale generalnie nawet sie bronilo.
No a in plus - setlista! Zagrali kilka kawalkow z mojej najulubienszej plyty "()", w tym ten z numerem 6 oraz numer konczacy (na koniec!) dzieki czemu szczeki opadly absolutnie kazdemu. Nawet mojej kolezance Mojan z ktora tam bylem a ktora to jest troche laiczka jesli chodzi o muzyke - tu byla naprawde pod wrazeniem. Oprocz () bylo kilka innych standardow, przekroj przez wszystkie plyty wlacznie z calkiem dobra, najnowsza "Kveikur", bylo oczywiscie monumentalne "Ny Batteri" ktore chodzi za mna przez dekady.
Nastepna sprawa - Sigur Ros na zywo to nie tylko muzyka - wizualizacje podczas koncertu byly prawdopodobnie najlepszymi jakimi w zyciu widzialem! Polaczenie swiatlowodow z ekranami poprzecznymi i podluznymi dalo niesamowite wrazenie trojwymiarowosci, genialnie jeszcze ilustrujac muzyke.


 
I tylko zal ze moja reintrodukcja z Sigur Ros nie miala miejsca w jakims mniejszym lokalu gdzie wizualizacje bylyby jeszcze bardziej obezwladniajace a muzyka mocniej kopala w uszy. Poza tym, genialne 2 godziny muzyki na zywo. Jesli ktos widzial Sigur Ros, pewnie wie o czym mowie, a jesli nie - goraco polecam!
środa, 26 kwietnia 2017
Vancouver days
Zeby nie bylo tak sucho, podziele sie moze kolejnym wspomnieniem z nieco przedluzonego weekendu w Vancouver. 
Okazalo sie bowiem ze Fereshteh przez kolejne swoje profesjonalne koneksje znalazla prace w tym najlepszym miejscu na swiecie i z jednego dnia na dzien spakowala sie i sie tam przeniosla. Do tego firma dla ktorej pracuje wynajela jej za calkowita darmoche dwupokojowe mieszkanie na wzgorzach Polnocnego Vancouver. Nie bedzie przesada gdy powiem ze sam jej living room jest wielkosci calego mojego mieszkania w Toronto, a do tego dziewczyna ma do dyspozycji dwie sypialnie, dwie lazienki i 'biuro'. 
Jak to czesto w Kwietniu w Vancouver bywa, bylo dosc sporo do roboty i zobaczenia. Jak rowniez bywa, pogoda nie rozpieszczala i przez wiekszosc czasu dosc mocno padalo. 
Pierwszego wieczoru zaprosilismy kilku znajomych ze szkoly na Iranska kolacje - glownie po to by mogli poznac Fereshteh - wiekszosc znajomych do tej pory mysli ze istnieje ona tylko wirtualnie. Jedzenie bylo pycha i dobrze zobaczyc niektorych po prawie dwoch latach. I tak oto  Karim i Sandra spodziewaja sie dziecka i kupili mieszkanie, Ivana i Hani z domem i zareczeni, Onur i Sarah juz date slubu maja zaplanowana (i best man'a wybranego) i tak dalej i tak dalej...
Nastepnego dnia, korzystajac z wiosny i deszczu za oknem, wsiedlismy w auto, przejechalismy moze 10-15km na polnoc i... 



No wlasnie - kolejne piekno Vancouver. Mount Seymour czyli gorka ktora jest prawie ze w granicach miasta oferowala ponad 2 metry sniegu, 30cm swierzego puchu i swietne warunki. Dla Fereshteh byl to pierwszy raz na deskach, ale po poczatkowych problemach, dosc szybko zalapala o co w tym wszystkim chodzi i byla w stanie przejechac kilkanascie minut w dol trasy bez upadku. Brawo!



Jako ze dla mnie byly to dni pracowite - staralem sie polaczyc normalne obowiazki (ze wzgledu na roznice czasu wstawalem o 5am) ze spotkaniami i kawami z roznymi kontaktami w Vancouver rozpytujac gdzie moznaby sie zahaczyc, nie bylo zbyt wiele czasu na inne zajecia. Na szczescie udalo sie jeszcze spotkac w meskim gronie z Thomasem, Robem i Onurem, oraz wybrac na 'randke' na mecz Canucks. 



I mimo ze zostali dokumentnie zmloceni przez Anaheim, warto bylo zobaczyc ulubiona hokejowa druzyny w towarzystwie mojej ulubionej dziewczyny :)
Ostatniego dnia zlozylem jeszcze wizyte w pracy Fereshteh, poznalem kilka osob w jej biurze - sympatyczni tak samo jak sympatyczna jest droga przez park do jej biura. W Toronto nazwaliby to 'gora' i rozrysowali szlaki wspinaczkowe. No, chyba ze lokalni wlodarze juz dawno by calosc oczyscili i wybetonowali.



W koncu przyszlo sie zegnac, zapakowalem sie w 5-godzinny lot do Toronto i przez okno kokpitu ogladalem wychodzace zza chmur slonce gdzies nad oceanem. To byl znak. Czas wracac na zachodnie wybrzeze!
czwartek, 30 marca 2017
Karino o Delhi, Indiach i weselu w rezimowych radio
Byl film, bylo kino i telewizja, teraz czas na radio.
Okazalo sie jakos ze stary dobry znajomy Brtk napisal co u mnie i jak sie podrozowalo. Wspomnialem ze bylem na weselu i ze bylo cudo (co widac na ponizszych ruchomych obrazkach). Brtk na to ze moze by z tego cos bylo i czy moglbym na szybko poopowiadac. Oczywiscie najpierw chcialem cala historie, wypowiedzi pana mlodego i wojka-diabla-szwagra-brata do tego dolaczyc, ale ze musialo byc na juz juz a panstwo mlodzi wciaz na poweselnym kacu, sam siedziac na lotnisku Heathrow w drodze powrotnej nagralem pare zdan by Brtk mogl podzielic sie tym ze swiatem.
Audycja o Indiach, Delhi i indyjskim weselu na Goa (i troche o mnie samym) jest do odsluchania tutaj. Przez pierwsze pol godziny opowiada Joa o tancu aftykanskim. Joa to nieco postzelona dziewczyna z ktora wspolnie bawilismy sie na Brtkowym weselu w Teheranie, wiec moznaby powiedziec ze pan redaktor i oboje goscie programu sa z jak najbardziej jednej rodziny.

wtorek, 21 marca 2017
Paradisum
No i cos na co wszyscy troje odwiedzajacy rocznie tego bloga z cala pewnoscia czekali czyli pol Lutego w ruchomych obrazkach. Sceny z kilku krajow, kilku wiecej miast i kilkunastu dni.


Komentarze mile widziane.
piątek, 17 marca 2017
Tehran report
Wszystkie 4 dni w Tehranie byly poswiecone glownie na zwiedzanie, odkrywanie oraz poznawanie ludzi i znajomych. Zostalo jeszcze pare rzeczy ktorych nie widzialem wczesniej, wiec sie w tamte wybralismy. Ktoregos dnia udalo nam sie nawet wybrac na jakis na wpol-legalny koncert w piwnicy gdzie kilkoro chlopa z gitarami i innymi instrumentami ktorych nazw nawet nie znam dalo swietny pokaz muzyki lokalnej. Oczywiscie nie bylbym soba gdybym zachecony przez zaproszenie muzykow do nich nie dolaczyl na pare piosenek. Troche pojamowalismy, a pozniej chlopaki stwierdzili ze poakompaniuja mi do wszystkiego co zagram, tak wiec zaczalem spokojnie, od "Heartbreak" Angusa i Julii Stone, przez Blueraincoatowa "Codeine" a zakonczylem na hymnie Father Johna Misty "Only Son of a Ladiesman" w trybucie dla Leo Cohena. Oczywiscie za wyspiewywanie niektorych linijek tego tekstu rzad kraju w ktorym bylem z pewnoscia by mnie wsadzil. Szkoda ze publika nie do konca rozumiala "I'm a steady hand, she's a Dodgers fan, we're a leading brand of a one-night stand. I'm a ladiesman."
Innego dnia znowu pojechalismy wraz z przeurodziwa kolezanka imieniem Sheida na znany juz "Bam-e Tehran" czyli dach miasta. Gdy bylem tam rok wczesniej, byla noc i prawie nikogo w okolicy. Tym razem parkingi byly pelne a w drodze na osniezony szczyt cala masa ludzi - od niedzielnych turystow, przez zaprawionych hikersow z kijami a nawet w rakach, az po ekipy snowboarderow korzystajacych z wyciagow prawie ze w sercu miasta. My dostalismy sie moze wyciagiem do pierwszej stacji a z racji calkowitych brakow sprzetowych, ograniczylismy sie do podziwiania okolicy z tego poziomu. Dziewczyny szalaly z aparatami a mnie trafialo...



Tu nalezaloby rowniez wspomniec ze przez wiekszosc czas to ja robilem za kierowce. Fereshteh, ktora do niedawna uwazala Tehran za najgorsze miejsce do jazdy samochodem, po doswiadczeniach indyjskich i swidoma tego ze ja mialem okazje prowadzic w tym chaosie, oddala mi z czystym sumieniem kierownice a mi, trzeba powiedziec, odrobina szalenczych zmian pasow i generalnie wyscigi po Iranskich autostradach i gorskich uliczkach calkiem przypadly do gustu.
Ostatniego dnia przed wyjazdem wybralismy sie jeszcze do popularnej dzielnicy Darband na wieczorek pozegnawczy gdzie wraz z cala ekipa znajomych Fereshteh spedzilismy milo czas przy shishach, herbatkach i innych daktylach.



Nazajutrz, ku mojej rozpaczy, trzeba bylo wczesnie wstawac, zabierac zabawki i wracac do Toronto. Powrot po ponad 2 tygodniach w Indach i Iranie byl chyba najtrudniejszym koncem wspanialych podrozy jaki pamietam. Bylo ciezko przyzwyczaic sie ponownie do rytmu w pracy, temperatury w miescie i tej zupelnej przewidywalnosci. Wypada wiec jeszcze raz powtorzyc: Although I love Canada, I live to get away from it as much as I can.
środa, 15 marca 2017
Back to Tehran
MOja druga wizyta w Iranie byla zupelnie inna od pierwszej. Wtedy to podrozowalem solo, mialem plan napiety, troche zwiedzalem a glownie poznawalem ludzi i ekscytowalem sie kazda chwila w nowym miejscu, czy to zwiedzajac Shiraz, czy Tehran czy zabawiajac sie na Bartkowym weselu z uroczymi, nowo-poznanymi osobami.
Tym razem bylo inaczej - swierzo zareczony, po wspanialych ekscesach Goanskich, z delikatna opalenizna i zupelnie nie przystosowany do Tehranskiej pogody w Lutym, wyladowalem w miescie po pobycie w Abu Dhabi tak krotkim ze nie warto o nim nawet wspominac. Z reszta - przez wiekszosc czasu i tak spalem.
Aplikowanie na lotnisku o wize majac ze soba Iranke jest po prostu piekne: nagle 'obowiazkowe' ubezpieczenie ktore kazdy obcokrajowiec musi wykupic wcale nie jest obowiazkowe, nie trzeba przechodzic zadnych weryfikacji telefonicznych, a 10 minut ktore zajmuje proces (zamiast ok. 2.5 godziny ostatnim razem i to w srodku nocy) zajmuje przyjazna pogaduszka z panem rzadzacym calym procesem - nota bede tym samym ktory rok wczesniej nie chcial mnie wpuscic bo "pod numerem ktory podalem nikt nie odbiera". O 3am!
Odebrali nas rodzice Fereshteh co bylo pierwsza poza okolicznosciowymi rozmowami na Skypie, mozliwoscia poznania twarza w twarz. Rodzice oczywiscie byli bardzo mili, bardzo ciekawi i, Iranskim zwyczajem, goscinni do przesady. Jednego dnia to, drugiego tamto, zabrali nas na lunch do obrotowej restauracji na szczycie Milad Tower - miejsca do ktorego sam pewnie nigdy bym nie wstapil, ale ciesze sie ze mialem okazje bo widoku naprawde rewelacyjne. Dla zainteresowanych: jedzenie jakos szalenie nie przebija tego jakie mozna dostac w ulicznych knajpkach. 


Chyba trzeciego dnia naszego pobytu, troche zafascynowany tym ze nie jestem grillowany na tematy wszelkie, z ciekawosci zapytalem o co chodz. Fereshteh, ktora do tej pory nie wspomniala rodzicom o zareczynach, przyznala sie ze wydala im zakaz zadawania zbyt prywatnych pytan. Moze to ze wzgledu ze podczas swiat w Polsce, Fereshteh musiala opowiadac "jak to jest zyc w Iraku" czy uczyc niektorych "arabskiego". Gdy wiec sprostowalem dziewczyne i powiedzialem ze rodzice sa jak najbardziej mile widziani a wrecz zachecani by pytac, ci nagle zostawili cokolwiek robili, rozsiedli sie wokol na kanapach i polecieli z koksem. Od tego co robie (wierze ze nie zrozumieli bo skoro wlasni rodzice do tej pory nie moga tego pojac a w tym wypadku dochodzilo jeszcze tlumaczenie mojej ukochanej dla ktorej ja jestem 'czyms na ksztalt doradcy finansowego' wiec przytakiwanie glowami jej rodzicow odbieram jako "aha, dobrze choc i tak nie mamy pojecia o czym mowisz". Byly pytani o to dlaczego Kanada a nie Australia (bo ci maja tam krewnych). Nie specjalnie byli zafascynowani moja odpowiedzia o tym ze przeciez w tamtym kraju wszystko co zycje stara sie czlowieka zabic, wszystko jedno czy to ssak, ryba, gad czy owad.
W koncu oczywiscie padlo pytanie o nasza przyszlosc i to co planujemy. Porozumiewawczo sie na siebie spojrzelismy i zaczalem opowiadac.
Tu musze wspomniec ze przed zareczynami nie wykonalem staromodnego gestu proszenia rodzicow o zgode. Koniecznie chcialem by byla to niespodzianka, wiec przetestowalem sytuacje wysylajac jakies mniej wazne pytanie i jednoczesnie proszac o nie dzielenie sie tym z Fereshteh. Gdy wiec ta nastepnego dnia poruszyla temat, wiedzialem ze lepiej dzialac w izolacji.
I wracamy.. tak wiec opowiedzialem ze jestesmy ze soba jakis czas, ze oboje zdecydowani jestesmy zwiazac sie ze soba na stale i ze poprosilem ich corke o reke i jesli oni nie maja nic przeciwko, chcielibysmy zaczac myslec o sobie w kategoriach 'my'. Oczywiscie na twarzach rodzicow pojawilo sie skonfudowanie i obawa ze cos umknelo w translacji, gdy jednak upewnili sie ze to jest prawda uczy im sie zaswiecily ze wzruszenia. Gdy zas Fereshteh pokazala zdjecie z plazy, zaczela sie heca, usmiechy, usciski i zyczenia. Po chwili jednak znow konfudacja, bo przeciez gdzie jest pierscionek - dziewczyna przyznala sie ze schowala i pobiegla przyniesc. Rodzice byli na maksa pozytywnie zaskoczeni, przejeci, wzruszeni i jednoczesnie troche wkurzeni ze oto ich corka przez trzy dni taki fakt przed nimi ukrywala. Ogolnie jednak cale formalne powiadamianie wyszlo calkiem niezle. 
A jak powiadomilismy moich rodzicow, skoro wizyty w Polsce nie planowalismy? Coz, e-mailem. Sadzac po reakcji, chyba wciaz zastanawiaja sie czy my na powaznie. 
Wedding outburst
No dobrze, wszystko bylo planowane juz od dluzszego czasu. Planowane i jednoczesnie trzymane w tajemnicy, bo przeciez takich rzeczy nie wymawwia sie glosno i nie informuje swiata przed faktem.
Dzien po weselu, Fereshteh i ja poszlismy sobie na spacer na plaze. Niby inni mieli isc, ale nie przyszli, wiec sobie siedzielismy, gadalismy i podziwialismy ostatni zachod slonca na Goa jako ze nastepnego wieczora musielismy juz wyjezdzac. Ustawilem aparat, wlaczylem self-timer i zrobilismy sobie cala seryjke zdjec. W pewnym momencie, gdy Fereshteh pozowala do kolejnego, ja postanowilem ja nieco zaskoczyc:



No tak, Szanowna Wycieczko, w takich oto okolicznosciach przyrody autor tego bloga poprosil o reke najwspanialsza dziewczyne ever. Bylo duzo "co to" i "ty chyba sobie zartujesz", "ty to tak na powaznie" a przede wszystkim "a skad ty to wziales". Byl placz, smiech i do tego jakkolwiek Fereshteh by zareagowala. Tak czy inaczej, od 12. Lutego zaczynamy planowac nasze wspolne zycie na powaznie.
No, moze nie tyle co zaczynamy planowac, bo jeszcze nawet slowa o tym nie zamienilismy. Nawet gdy rodzice Fereshteh pytali sie o szczegoly, odpowiadalismy tylko 'nie rozmawialismy o tym', ale faktem jest ze sytuacje osobista mocno mi spowazniala. I tym razem nie jest to primaaprilisowy zart.

20:59, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2017
The Great Beach Indian Wedding
Na Goa przyjechalismy w celu o ktorym juz wczesniej wspomnialem. Jako ze panstwo Anjalika i Andrew postanowili (w koncu) urzadzic celebracje swojego zwiazku malzenskiego w ktory wstapili juz jakis czas temu, nie moglo mnie tam zabraknac. Inna sprawa ze Goa to moje ulubione miejsce na swiecie a plaza w Mandrem to ulubione kilka tysiecy ton piachu w samym centrum ulubionego miejsca. A&A to zas jedni z ulubionych ludzi, a ja lubie sie tytulowac ich ulubionym znajomym, przynajmniej na tyle by wybrano mnie na jednego z "best menow" tak wiec z samej wielosci uzycia slowa 'ulubiony', po prostu musialem tam byc.



Dzien pierwszy spedzilismy tak jak sie dni na Goa spedza, czyli lezac na plazy, plywajac, biegajac, odpoczywajac, popijajac piwo King's i nastrajajac sie na kolejne dni. Tak naprawde to nawet nie wiem dokladnie co my tego dnia robilismy, bo w koncu to Goa wiec i tak nikt kto szczesliwy sie jakimikolwiek obowiazkami nie przejmuje. 
Kolejnego dnia mialo miejsce pre-party: w naszej Mandali zebrali sie weselnicy przyjechani z calego swiata by zaczac swietowanie i jendoczesnie sie troche poznac. Ja mialem przyjemnosc juz spotkac rodzicow pana mlodego (w Indiach, chyba w 2012), jednego z best menow (w Polsce, chyba w tym samym roku), poza tym innych gosci weselnych - Yasmine, Grete i pare innych sztuk. A tych ktorych nie znalem wczesniej poznalem tego wieczora w Mandali kursujac glownie pomiedzy stoiskiem faceta rozlupujacego maczeta kokosy a barem w ktorym do polowy pustego napelnialem rumem i taka oto tropikalna kompozycja raczylem sie caly wieczor. Woda kokosowa czynila cuda, mimo ze nie pamietam kiedy, o ktorej i w jakich okolicznosciach udalem sie na spoczynek, nastepnego poranka nawet nie mialem wrazenia ze wlewalem w siebie chocby gram trucizny. Moze to magiczne dzialanie kokosa, a moze po prostu GOanskie powietrze?
Nastapil glowny dzien. Pan mlody, ktory zarzekal sie ze nie stresuje sie ani troche, chodzil jak cykajaca bomba, wszyscy 'funkcyjni' starali sie upilnowac zeby wszystko zapiete bylo na ostatni guzik, jesli nawet musieliby sami myc kieliszki, wycierac taleze i rozstawiac szklanki. W koncu jednak wszystko sie udalo. Co zas do "team groom" to przedstawialismy sie tak (brakuje kolegi Paula):



Ceremonia byla przepiekna, urocza, na plazy nad samym morzem o zachodzie slonca, w rytm muzyki Goanskiego zespolu Farafi. Bylo na luzie, ale stylowo. Troche elementow indyjskich ale przede wszystkim motywy takie ktore panstwo mlodzi sami sobie by zyczyli. Piekno!



Oprocz samego miejsca i przebiegu, trzeba wspomniec o strojach - malo kto w garniturze, jednak mimo to bylo to super eleganckie wesele. Popodwijane spodnie, jasne koszule, tu i owdze kamizelki, letnie suknie a przede wszyskim nieziemskie saree nawet (a moze szczegolnie) wsrod kobiet przyjezdnych. Poezja!
Dalej tradycyjna impreza tanczona w rytm muzyki Farafi gdzie ludzie z roznych krajow i kontynentow swietnie sie bawili. Na piasku i pod palmami!



Byly przemowy ojcow panstwa mlodych gdzie pan Jozef, ojciec Andrew przemowil po Angielsku i doslownie chwycil za seducho zas pan Anjan, ojciec Anjaliki, udowodnil ze gdyby nie byl szefem holdenderskiej firmy produkujacej (rowniez) zarowki, mialby gwarantowana kariere w showbiznesie. Przy tych dwoch nijak wypadly przemowy best menow, a kolorytu do calosci dodaly wspominki tych ktorzy ot tak postanowili dodac od siebie pare slow. Bylo wspaniale!
Nastepnego dnia, jak to na prawdziwym weselu, byly poprawiny. Oczywiscie nie mialy tu one nic wspolnego z tandeta, disco z pola i tonami alkoholu - tu po prostu wszyscy razem ruszyli na plaze, uprawiali 'chilling', grali w siatke, rzucali freezbie, kopali pilke, plywali albo po prostu lezeli trupem odpoczywajac po szalenstwach sobotniej nocy.



Szanowna wycieczko, byl czas kiedy twierdzilem ze to czy tamto wesele bylo najlepszym na jakim bylem. Od przeszlo dwoch lat stwierdzilem ze nie ma sensu porownywac wesela siostry we Wloszech z niesamowita atmosfera tego w Iranie czy absolutnie fantastyczna lokalizacja na Goa. Ot, po prostu kolejne z wyjatkowych chwil celebrujacych dwoje wyjatkowych ludzi, w wyjatkowym miejscu na swiecie.
22:16, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
Archiwum
Zakładki:
Tagi