Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
wtorek, 03 lipca 2018
Przeprowadzka
Szanowna Wycieczko, po raz kolejny poprawilem wydawalo sie niepoprawialny rekord ilosci mieszkan w ktorych mialem okazje zyc, tym razem w przeciagu 2 lat:
- Vancouver - Wesbrook Village
- Vancouver - Coal Habrour
- Toronto - Richmond str
- Toronto - Simcoe str
- Toronto - Sumach str
- North Vancouver 
- w koncu: Port Moody
I to wszystko w przeciagu dwoch lat. Niezle.
Zanim jednak to nastapilo postanowilismy nowo zakupione lokum nieco odswierzyc. Fereshteh, jako designerka, architekta i osoba przejawiajaca duzo wiecej zdolnosci w tym temacie przejela wladze nad dobieraniem kolorow i barw, ja dostalem jeden pokoj do urzadzenia - powiedzialem wiec ze robie pokoj muzyczny. 



Sciany ciemne, winyle na scianach, skorzana kanapa, perkusja, takie tam.. na dzis wszystko jest, jednak na pare tygodni wczesniej byla wycieczka do sklepu by mieszac farby a pozniej kilka dni malowania - mialo byc latwo i szybko, okazalo sie jednak ze to zajmuje wiecej czasu niz myslelismy i jest nieco trudniejsze niz wyglada. Na koniec sie jednak udalo, farba wyschla a my zabralismy sie za zbieranie mebli. Bylo znow masa ganiania, noszenie, przenoszenia, kupowania i montowania ale na dzien dzisiejszy wydaje sie ze wszystko jest.



Od dwoch tygodni mieszkamy wiec w naszym wlasnym (no, moze jak tylko prawie $1mln oddamy bankowi) mieszkaniu, gdzie z balkonu widok na ocean i gory przedstawia sie tak ze ciezko skupic sie na meczach ogladanych o 5 rano.



Zapraszamy w odwiedziny - jesliby ktos chcial nas znalezc na mapie, jestesmy przy 160 Shoreline Circle, Port Moody, BC.

20:45, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2018
Checking-in
Dobrze... blog umiera.
W zasadzie juz od dawna nie mam specjalnej ochoty opisywac rzeczywistosci. Moze to ze wzgledu na to ze blogi sa juz od kilku lat passee albo ze wzgledu na to ze tak jak sama koncepcja i autor ktory przeciez juz to co najciekawsze i tak opisal w ksiazce traci wene do pisania i jedyne to nie pozwala wyciagnac wtyczki to prawie 12-letnie dziedzictwo tej strony. Tak, Szanowna Wycieczko, gdyby ten blog byl czlowiekiem bylby bliski ukonczenia podstawowki!
No, ale ze wzgledu na chwilowe momenty wolnego czasu o ktore jednak coraz trudniej, oraz fakt ze akurat Mistrzostwa w Pilke Kopana maja 1-dniowa przerwe, postaram sie strescic pare rzeczy majacych miejsce przez ostatnie miesiace.

22:56, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 maja 2018
Homeowners!
Kilkukrotnie na lamach tego bloga prezentowalem juz realia mieszkaniowe w Vancouver. Miasto ograniczone przez ocean z jednej strony, gory z drugiej, granice panstwa z trzeciek i satelickie miasta z czwartej jest jednoczesnie jednym z najlepszych miejsc do zycia na swiecie. Kazdego roku przybywa tu kilkadziesiat czy moze i kilkaset tysiecy mieszkancow a z w/w powodow przyrost mieszkan jest mocno ograniczony. Do historii przeszly juz artykuly takie ze "to nie prawda - w Vancouver mozna jeszcze kupic cos ponizej $1mln ilustrowane szopa stojaca gdzies na totalnym wygwizdowiu". Przeszly takowe do historii z dwoch powodow - po pierwsze primo to bylo dawno dawno temu, po drugie zas $999.000 czyli cena tej szopy byla jedynie cena wywolawcza, wiec pewnie wlasciwa szopa poszla za cos blizej $1.3mln.. ot, realia lokalne. 


Zeby lepiej zilustrowac, moja znajoma agentka nieruchomosci sprzedala ostatnio 1-pokojowe mieszkanie w dosc sredniej okolicy za $901.000. Zajelo jej to moze pol dnia - nie trzeba bylo open house'ow i innych, po prostu kupic czekal az cokolwiek w tej okolicy pojawi sie na rynku. 
I w takich to okolicznosciach przyrody, Fereshteh i ja postanowilismy rowniez wejsc w doroslosc i poszukac czegos dla siebie. Na pewno daly nam do myslenia przyklady przyjaciol ktorzy kupili mieszkania 2-3 lata temu i do dzis ich wartosc wzrosla o 20-30%, a moze i wiecej. Tak wiec najpierw poznalismy kilkoro agentow ktorzy takimi rzeczami sie zajmuja i sa dosc pomocni (choc czy ich prowizja siegajaca kilkunastu-kilkudziesiaciu tysiecy dolarow jest tego warta to nie wiem), pozniej zaczelismy sie rozgladac. I tu nastapila pierwsza konfrontacja z rzeczywistoscia: w naszym budzecie, w Vancouver moglismy sobie zafundowac 1 pokoj w okolo 30-40 letnim budynku. Postanowilismy wiec poszerzyc okolice nas interesujace, obnizyc standardy, zwiekszyc budzet itp..
W koncu cos znalezlismy! Wydawalo sie fajne, choc moze nie nowe (ok 25 lat) i do remontu, to jednak warto bylo sprobowac. Zlozylismy oferte oferujac $50'000 ponad cene oczekiwana i czekalismy. Tego samego dnia okazalo sie ze dupa zbita - ktos przebil nas oferujac okolo $130'000 wiecej niz cena oczekiwana. Nawet agent z ktorym wtedy pracowalismy zlapal sie za glowe.
Druga szansa pojawila sie kilka tygodni pozniej - parter z niewielkim patio tuz przy ruchliwej ulicy i stacji metra.Policzylismy ile mozemy dac, zaoferowalismy prawie $30'000 wiecej niz oczekiwana cena i zaraz tego samego wieczora przyszlo zapytanie: jestescie blisko, czy chcecie zaproponowac wiecej? Oczywiscie zaproponowalismy jako ze adrenalina buzowala i szanse na wlasne mieszkanie delikatnie poblyskiwalym na horyzoncie. Po moze 30min dostalismy telefon ze... dupa zbita, sprzedawca oddal komu innemu.
Tu przyblize ja proces sprzedazy wyglada: naogol w weekendy odbywaja sie open house'y, czyli idzie sie i oglada domy/mieszkania. W poniedzialek do ktorejs godziny (4 czy 6pm) sklada sie oferty i tego samego wieczora dowiaduje sie czy oferta zostala przyjeta, czy nie. W zaleznosci od tego czy kupujacy stawia warunki (czyli np zapewnienie gotowki z banku czy fanaberie typu inspekcja domu przed kupnem), kupujacy ma 3 dni na ostatecznie podpisanie dokumentow.
No i wracamy - kolejny weekend, kolejne poszukiwania - zobaczylismy jeden ktory moglby byc 'ok', zobaczylismy drugi - rowniez fajny, a ze bylismy w okolicy pojechalismy do trzeciego ktory wydawal sie za daleko, za drogo i w ogole za "za". Weszlismy, spojrzelismy na widok z balkonu na ocean i gory i wrocilismy do domu myslac sobie "byloby pieknie, haha, ale to nie nasze progi". Postanowilismy jednak zlozyc oferte - dodalismy wszystkie grosze jakie mielismy, wszystkie zalozenia najbardziej optymistyczne na temat tego ile nam moga dac banki, ile i skad pozyczyc, ile moznaby wyciagnac z naszych inwestycji w kryptowaluty i wpisalismy sume. Bez zupelnych nadziei poszedlem spac, nazajutrz po pracy oprowadzalem kolezanke z Californii odwiedzajaca Vancouver, zaparkowalismy w jakims pubie, dzwoni spodziewany telefon od agentki - gratuluje, wasza oferta zostala zaakceptowana. Malo co nie spadlem z krzesla.
Musialem zostawic kolezanke, biec do domu by rozpoczac od razu zalatwianie formalnosci - mielismy 3 dni na zalatwienie pieniedzy z banku, zrobienie calosciowego researchu, potwierdzenia miliona rzeczy i zebrania wymaganego depozytu. Trzy stresujace dni po ktorych nastapily kolejne, nieco tylko mniej stresujace tygodnie poszukiwania kasy na wymagany wklad wlasny. Dzieki pomocy rodziny, przyjaciol, znajomych krolika i troche tez ogolnego szczescia w nieszczesciu (inna historia w ktorej wystepuja prawnicy, sad, odszkodowania, poswiadczanie nieprawdy i prawo lokatorskie), udalo nam sie zapiac wszystkie guziki i tym razem po raz miejmy nadzieje ostatni odwiedzic prawnika z szesciocyfrowym czekiem w rece. Dzis dostalem wiadomosc ze wszystko jest zaklepane i formalnie od jutra stajemy sie wlascicielami mieszkania przy 160 Shoreline Circuit w okolicy Port Moody.
Wprowadzic sie mamy zamiar gdzies w Czerwcu zaraz po tym kiedy obecni lokatorzy sie wyprowadza (znow - zupelnie inna historia). Choc jako ze nie mamy specjalnie mebli ani innych rzeczy zeby mieszkanie zaadoptowac do zycia, wprowadzenie moze w tym wypadku byc rozumianie nieco inaczej. 
Jakby nie patrzec - ufff. Udalo sie. Zapraszamy w odwiedziny - goscinna sypialnia bedzie przygotowana!
poniedziałek, 05 marca 2018
Vinter Wacay w ruchomych obrazkach
I tradycyjnie juz, po powrocie z wakacji, pierwsze dni pochloniete zostaly prawie w zalosci na podsumowywaniu wyjazdu w formie ruchomych obrazkow. Polecam!


Jezeli wideo nie dziala, bardzo mozliwe ze jestes w kraju w ktorym odtwarzanie jest zakazane przez prawa autorskie do niektorych piosenek - mimo ze wiekszosc artystow i ich wytworni po prostu bierze kase z reklam wyswietlanych, niektorzy wola moje filmy blokowac - dostalem podobne sygnaly z Meksyku, USA, Kanady i Japonii, ale podobno w Polandii dziala, wiec pieszcze sie ta nadzieja. 
Gdyby jednak cos bylo nie tak - wideo jest dostepne takze na moim Facebooku. Jesli nie masz mnie na Facebooku, sledzisz tego bloga i naprawde chcesz to zobaczyc, to zostaw komentarz i na pewno cos wykombinuje.
Jak zawsze - wszelkie komentarze, prosby i grozby mile widziane.
Vinter Wacay: Manila
Tego posta mialo nie byc. Nie ma co bowiem pisac o Manili - przez poprzednie tygodnie spedzone w wielkich i wspanialych miastach (Tokyo), wielkich miastach-panstwach subiektywnie mniej wspanialych (Singapore), oraz w mniejszych, pieknych miasteczkach i osadach na Filipinach (El Nido), Manila nie przedstawiala sie specjalnie interesuja. Mielismy tutaj tylko jedna noc i w zasadzie niespecjalnie bylo czego zalowac - wielkie, zakurzone, zakorkowane miasto, mimo ze nad woda, to jednak z wody tej korzysta w zasadzie tak samo jak Bombay - glownie trujac ja i odprowadzajac tam scieki. Dobra - nie wiem czy naprawde odprowadza scieki, ale faktem jest ze ani plaz, ani plazowiczow ani plywakow nad zatoka nie stwierdzono.
Mielismy wynajete przyjemne mieszkanie na 45. pietrze wierzy w centrum, wiec ostatni dzien spedzilismy glownie na robieniu zakupow na droge powrotna - lokalne pamiatki takie jak butelka rumu "Don Papa", koszulki za 100 pesos czy nowa fryzura w "fancy" lokalu za 250 pesos gdzie to fryzjer byl mocno rozczarowany faktem ze jestem w zaawansowanym zwiazku z kobieta.
Minelo popoludnie, wieczor, noc i zabralismy sie w podroz powrotna, najpierw na lotnisko, pozniej kilka godzin do Tokyo, przedsiadka i lot przez Pacyfik do Vancouver. Bylo smutno ze trzeba wracac do rzeczywistosci i moze przez to wlasnie lot minal calkiem szybko. A moze to przez to ze, jak to powiedziala moja znajoma, fakt ze to Vancouver jest domem zawsze umila nawet najtrudniejsze powroty.
środa, 28 lutego 2018
Vinter Wacay: Buenavista
Kilka dni w El Nido i okolicach minelo zdecydowanie za szybko - ani sie spostrzeglismy a musielismy zbierac sie w droge powrotna. A ze szczerze mowiac bylismy dosc daleko od jakiejs bardziej przewidywalnej cywilizacji (na calej wyspie nawet internet byl raczej sporadyczny do tego stopnia ze ani razu nie udalo mi sie polaczyc), wsiedlismy najpierw w vana ktorym dotarlismy po paru godzinach do skyzowania Encarnacion gdzie przesiedlismy sie w trzykolowca.
Trzykolowce na Filipinach pelnia role taksowek - przyczepia sie bude do malusienkiego motorka i w ten oto sposob ten motorek zmienia sie w piecioosobowego sedana. Niektorzy nawet ida krok dalej, na lokalna modle dekoruja swoje pojazdy tworzac takie oto koszmarki:



Jugaad jak w morde strzelil!
Tym wiec pociskiem dotarlismy do malej rybackiej wioski zwanej Buenavista. Wioska to w zasadzie kilkadziesiat shackow pozbijanych z czego popadnie nad sama plaza, do kazdej chatki przyczepiona jest lodz ktora jest tez glownym zrodlem finansowania mieszkancow. Nie ma pradu, nie ma biezacej wody, jest za to piekny ocean i plaza. W takich okolicznosciach przyrody postanowilismy spedzic ostatnie kilkanascie godzin na wyspie Palawan. Co ciekawsze, tego tez dnia nad Filipinami przechodzil tajfun, wiec wieczorem a szczegolnie podczas nocy spedzanej w bambusowej chatce mielismy oprocz oczekiwanych odglosow oceanu, rowniez burze, deszcz, przemakajacy dach i tym podobne rarytasy. Brzmi srednio, ale naprawde ostatnia rzecza na jaka mielismy ochote to opuszczenie tej wyspy... 



Po sniadaniu nastepnego dnia udalo nam sie zakupic recznie robione pamiatki - strugane przez lokalna spolecznosc magnesy na lodowke czy tez recznie robione "windchimes" ktore oprocz rurek i innych takich mialy w sobie duzej wielkosci polerowane muszle ktore pieknie brzmia na wietrze. Uwielbiam takie zakupy - nie dosc ze stosunkowo tanio (choc drozej niz chinska tandeta), to jeszcze dajemy mozliwosc bezposredniego zarobku lokalnym spolecznosciom. Genialne! 
Pozniej jeszcze moze 90-minutowa podroz na lotnisko Puerto Princesa i posrod opoznionych czy uziemionych samolotow dzieki zbierajacemu w sile tajfunowi, udalo nam sie jakos zmienic rezerwacje by w zasadzie nawet i przed czasem opuscic Palawan i udac sie w strone Manili. Szczesliwi nie bylismy.



Szanowna Wycieczko - wspomnialem o tym chyba ze 3 razy i jeszcze pewnie nie raz wspomne - wyspa Palawan to najpiekniejsze tropikalne miejsce jakie w zyciu widzialem. Zawsze wydawalo mi sie ze widzialem juz ich sporo, ale zdajac sobie sprawe ze to tylko jedna z tysiecy wysp na samych tylko Filipinach, wyobrazam sobie jak duzo jeszcze przede mna do zobaczenia. 
Gdybym jednak dzisiaj mial okazje pracowac zdalnie, bardzo mozliwe ze zamiast na Goa, udalbym sie wlasnie gdzies do El Nido, wynajal chatke na zbaczach gory z widokiem na lagune i z wielka ekscytacja zyl w takich wlasnie okolicznosciach przyrody. 
piątek, 23 lutego 2018
Vinter Wacay: ElNido Tour Z
Kolejny piekny dzien w ElNido ktore to jak juz wspomnialem zostalo przeze mnie okrzykniete najpiekniejszym tropikalnym miejscem na swiecie.



O poranku wyjatkowo pyszne sniadanie w przyjemnej knajpce oraz calkiem znosna kawa. Tu nadmienie ze w nistety w porownaniu do innych krajow regionu - czy to Indii, Indonezji, Tajlandii czy Wietnamu, jedzenie na Filipinach nie jest jakies specjalne - ogranicza sie czesto do roznych wersji smarzonej wieprzowiny czy wolowiny z dodatkami warzyw. 



Jesli ryby czy owoce morza to znow - albo przesmarzone albo w niespecjalnej jakosci curry. A kawa? W Japonii pilem pyszna z vending machine na ulicy i sam bylem zdziwiony jej smakiem. Na Filipinach kupilem cos podobnego w sklepie i po malutkim lyku az mnie odrzucilo. Poczytalem co bylo w srodku i zaczalem sie zastanawiac czy zamiast na lodz nie powinienem raczej udac sie do szpitala z podejrzeniem zatrucia jakimis wysokotoksycznymi chemikaliami.

Przezylem. I cale szczescie, bo dzien zapowiadal sie wyjatkowo.
Wlodarze ElNido chcac ukrocic dzikie ograbianie turystow wprowadzily dosc standardowe pakiety wycieczek po okolicznych wyspach: sa do wyboru cztery i kazdy ma z gory przypisana cene. Wszystko ladnie, pieknie i przejrzyscie, choc akurat dla nas wizja tego ze wszystkie lodzie wyplywaja razem i w zasadzie odwiedzaja te same miejsca byla dosc nieprzekonujaca. Spotkalem pewnego Australijczyka o lokalnym pochodzeniu ktory opowiedzial mi co robi, jak podrozowal po okolicy, postanowil zostac, wraz ze znajomym kupili lodz i organizuja tour inny niz wszyscy. "Ultimate island hopping experience" jak to nazwali polega na tym ze z setek pieknych miejsc wybrali nie te najbardziej pocztowkowe, a te najbardziej urokliwe do ktorych inni nie docieraja dzieki czemu mogli spokojnie powiedziec ze "bedziemy jedyna lodzia" w tych miejscach. Co wiecej, sama lodz byla nieco rozbudowana by pomiescic nieco wiecej ludzi (max 40, u nas bylo moze 20), pietrowa oraz przykryta mocnym dachem na ktorym mozna czy to sie opalac, czy z niego skakac do wody! 



To byl na pewno niezly catch dla mnie! Na calosc nalozone jeszcze typowe 'australijskie' filtry jak otwarty bar dzieki czemu dzien musial okazac sie wyjatkowy!



I tak wiec od chwili zaladowania sie na lodz, zaczela sie... impreza. Muzyka, slonce, drinki, plywanie, skakanie do wody, nurkowanie, wiecej drinkow... niektorzy pewnie tutaj juz zaczynaja sie zastanawiac czy to jest tak do konca odpowiedzialne by mieszac nielimitowany alkohol ze skakaniem z dachu lodzi do wody czy tez plywaniem miedzy skalami czy eksplorowaniem oceanicznych jaskim.. ja na to pytanie, dyplomatycznie, nie odpowiem.



Bylo za to naprawde fajnie - dobre towarzystwo - francuzi, szwedzi, kilka australijek, kilkoro przedstawicieli kolanych, jacys zagubieni izraelici. Wszyscy mocno sie zintegrowali i bawili razem.



Rejs trwal caly bozy dzien, zachod slonca przywitalismy na lodzi a po calosci, okolo polnocy, co bardziej wytrwali spotkali sie jeszcze na after party w jednym z moze dwoch popularnych barow w ElNido. Jak rzeklby klasyk: dzien-petarda!
czwartek, 22 lutego 2018
Vinter Wacay: El Nido & Duli Beach
Plany wypadu na wyspe Palawan byly w zasadzie krojone na ostatnia minute - ot, znajomy HexTaxianin Alex wspomnial ze Palawan jest piekne, ja zajrzalem na zdjecia w google i od razu zabookowalem bilety. Absolutnie warto. Malo tego - jesli mialbym wymienic najpiekniejsze tropikalne miejsce na ziemi jakie widzialem, zdecydowanie bylaby to wyspa Palawan. Sorry, Goa...
Z przesiadka w Manili dzieki calkiem przyjemnym liniom Cebu Pacific, wyladowalismy w miejscowosci Puerto Princesa i, podobnie jak ostatnim razem, od razu staralismy sie skombinowac transport, tym razem na polnocne krawedzie wyspy, do osady El Nido. Podroz zajela nam dobre 5-6 godzin ktore to ja przecierpialem z koszmarnym bolem glowy. W koncu dotarlismy, a ze znow bylo juz po zmierzchu, postanowilismy przejsc sie po okolicy w poszukiwaniu kolacji. I tak przechadzajac sie natrafilismy na fajny deptak a pozniej na fajna lokalna knajpe. Wrocilismy do wynajetego shacku gdzies na wzgorzach i polozylismy sie spac. 
Wzgorza, ocean, male miasteczko. Spodziewalismy sie ze widok nastepnego dnia moze byc mily, ale nigdy nie myslelismy ze gdzies pomiedzy oceanem a miastem wyrosnie olbrzymia gora pokryta jungla! Od razu nam sie spodobalo.
Bez jakiegos specjalnego planu poszwendalismy sie po miescie robiac rekonesans - na kolejny dzien zaplanowalismy sobie wycieczke na kilka wysp, a w miedzyczasie wynajelismy lokalny motocykl i ruszylismy w poszukiwaniu plazy o nazwie "Nagpan" ktora to miala byc cudna i ojezujezu. Miala tez byc odlegla moze o 30-45min jazdy od miasta. 
Po jakis 30min rozkoszowania sie wiatrem we wlosach i lasami palmowymi wokol, skusilismy sie na moze 30minutowy trek do nieodleglych wodospadow. Nie spodziewalismy sie cudow, ale juz sam trek po jungli, przemierzajac strumien po strumieniu i skaczac po skalach byl wart samego wysilku. 




Jakby tego bylo malo, wokol wodospadu utworzylo sie niewielkie jeziorko do ktorego wskoczylismy i podplynelismy pod sam, dosc niewielki acz przyjemny, wodospad. 



Do tego spotkalismy jeszcze fajnych ludzi z Nowej Zelandii oraz Argentyny, wiec cale doswiadczenie na ogromny plus. Na minus dla mnie niestety bylo zachowanie typowych rodakow cebularzy z pewnej rodziny ktorzy to przyszli z lokalnym przewodnikiem i w slowiankim narzeczu grymasili ze "i on to, k..., nazywa wodospad" zaraz potem dodajac zeby zapomnial o jakiejkolwiek kasie. Podeszlem do przewodnika, zamienilem pare slow, spytalem o jego grupe a ze ten byl dosc dyplomatyczny, przeprosilem w imieniu wszystkich turystow. Wstyd i wiocha.



W drodze powrotnej jeszcze nieco spragnieni staralismy sie otworzyc kokosa co bylo prawdopodobnie najzabawniejszym momentem calej wycieczki. Coz, nie prosto jest rozbic kokosa uderzajac go o palme! Jednak po kilku(dziesieciu) probach orzech pekl, mleko w wiekszosci sie rozlalo za to miazsz byl znakomity!
Wrocilismy na droge i znow w podroz.. przejechalismy jakies dobrego kolejne 45min bo milo sie jechalo, w koncu zatrzymalismy sie na jakiejs plazy i okazalo sie ze jestesmy daleko za daleko.



Po jakims czasie wiec znow w droge powrotna. Po drodze troche pobladzilismy, brakowalo nam paliwa ktore to kupilismy w lokalnym warzywniaku przy drodze, az  w koncu ktos powiedzial ze plaza ktorej szukamy jest w tej bocznej drodze, ot tam... pojechalismy wiec. Po pol godziny przedzierania sie polna, kamienista droga, gdy juz ogarnialo nas zwatpienie, ujrzelismy blask oceanu i po jakims czasie znalezlismy sie na plazy. Jakie bylo nasze zdziwienie ze zamiast na "Nagpan beach" bylismy na czyms zwanym "Duli beach". Duli okazalo sie calkowicie prawie opuszczonym skrawkiem piaszczystej plazy otoczonej z dwoch koncow wysokimi klifami. Wygladalo absurdalnie pieknie, tym bardziej ze nie bylo tam doslownie zadnych sladow powazniejszej cywilizacji. Jedyne co widzielismy to malutki shack i kilka desek surfingowych. 
Wskoczylismy do wody a jako ze oprocz nas byly w zasiegu wzroku moze 3 inne osoby, zaczelismy rozmowe. I tak oto okazalo sie ze wlascicielem tej sklecionej napredce bazy jest okolo 40-letni Filipinczyk imieniem Torno ktory postanowil w tym rajskim miejscu w srodku niczego zalozyc szkole surfingu. A ze w srodku niczego dalej nie ma nic, nawet pradu, idzie mu to dosc powoli. Najwazniejsze jednak jest - sa fale, jest pogoda, jest swietne nastawienie do kazdego kto zawita w okolice. Do tego Mira - zona Torno goruje kapitalne jedzenie a sam gospodarz wyciaga zimne San Miguel z coolera sprytnie schowanego w cieniu. Siedzac, gadajac i oceniajac szanse na rozwoj biznesu zapadl wieczor. Poszukalismy suchych lisci palmowych z ktorych rozpalislismy ognisko na plazy i gdyby nie to ze musielismy oddac motor zanim jego wlasciciele pojda spac, pewnie zostalibysmy w Duli beach na cala noc.



Szanowna Wycieczko - jesli ktokolwiek, kiedykolwiem bedzie na wyspie Palawan, szczegolnie w jej polnocnej czesci, wizyta w Duli beach bedzie bardzo mozliwe najlepsza czescia tej wyprawy. Dla przepieknej plazy otoczonej jungla, dla turkusowego oceanu a przede wszystkim dla atmosfery ktora tworza dwoje rezydentow tego rajskiego miejsca - warto! Polecam to wideo nakrecone przez jednego z tych ktorzy mieli szczescie, podobnie jak my, zagubic sie w tej czesci wyspy. 
środa, 21 lutego 2018
Vinter Wacay: Borocay
O Borocay slyszalem wiele. To na tej malekiej filipinskiej wyspie moj szkolny znajomy poslubil swoja wybranke. To tamtejsze plaze czesto wybierane sa za najpiekniejsze na swiecie. I widocznie cos w tym jest, skoro oprocz nas na tym skrawku ladu na ktory doplynac trzeba pajeczakowa lodka oprocz nas bylo dobrych kilka tysiecy ludzi wliczajac w to zorganizowane wycieczki z calego swiata. 



Zanim jednak objelo mnie obrzydzenie, wsiedlismy w jedyny mozliwy bezposredni lot z Singapuru na wyspe Panay, dokladnie do miasta Kalibo. Lot obslugiwany byl liniami o wdziecznej nazwie Scoot, wiec latwo sie domyslec ze samo lotnisko w Kalibo rowniez nie przedstawialo sie wyjatkowo - samolot ladowal prawie otoczony budynkami mieszkalnymi a do odprawy paszportowej czekalismy w znacznym stopniu na plycie lotniska. 
Jak tylko odebralismy bagaze, zalatwilismy sobie transport do odleglego o moze 150km miasteczka Caticlan skad co chwile odplywaja promy na Borocay. Jako ze bylismy juz w poludniowej Azji, przejechanie 150km zalelo ok. 4 godzin, dzieki czemu na lodke wstepowalismy przy pieknym zachodzie slonca. Podczas moze 10minutowej podrozy poznalismy litewskiego kiteboardziste oraz amerykanskiego backpackera i razem spedzilismy wieczor przechadzajac sie bulwarami Borocay, popijajac tanie (w porownaniu do Singapuru: darmowe) piwo San Miguel oraz bedac co chwila nagabywani przez lokalne ladyboys.
Nastepnego dnia moja niechec do wszelkiego rodzaju turystow obudzila sie ze zdwojona sila, wiec na gwalt staralismy sie zrobic cos by uniknac tlumow. Jakims cudem udalo mi sie dogadac z pewnym bezzebnym starszym panem ktory zaoferowal swoja minizaglowke na ktorej to Fereshteh i ja spedzilismy pol dnia zeglujac z jednej wyspy na druga, snorklujac w pieknych okolicach a kiedy juz mielismy dosc, po prostu poprosilismy by wyrzucono nas gdzies hen hen daleko od glownych plaz i tak oto wyladowalismy w apsolutnie przepieknej lagunie gdzie palmy zwisaly nad plaza a wokol pietrzyly sie skaly. 



Dopiero tam moglismy naprawde przyznac ze Borocay to jednak, cholera, jest piekne miejsce, a byloby jeszcze piekniejsze gdyby dzikie hordy turystow nie najezdzaly w tuzinach w miejsce gdzie nie ma ani infrastuktury ani pojemnosci by takie tysiace pomiescic.


Jeden dzien w Borocay to bylo dla nas wystarczajaca, wrocilismy wiec na glowna wyspe do Caticlan skad udalo nam sie zlapac maluski samolot do Puerto Pricesa na wyspie Palawan. Kolujac na pasie startowym oczom naszym ukazal sie nowy terminal tego 'polnego' lotniska ktory juz budowany jest z mysla o kolejnych setkach tysiecy turystow kazdego roku najezdzajacych Borocay w poszukiwaniu znanych z pocztowek bialych piaskow, palm prawie zahaczajacych o ocean i blogiego spokoju. I tak jak to pierwsze i drugie moze jeszcze przeswituje pomiedzy tlumem, tak trzecie juz prawie ostatecznie wyginelo.
wtorek, 20 lutego 2018
Vinter Wacay: Singapore
Kolejny przystanek na trasie mielismy w Singapurze. Mowie przystanek bo ciezko powiedziec zebysmy planowali jakos dluzej tu zabawiac. 
Nie lubie Singapuru za bardzo, podobnie jak Dubaiu, Doha czy innych sztucznych "placow zabaw dla bogaczy" gdzie ludzie zarabiaja kokosy, zyja w dostatku i placa co drugi dzien $250 za kolacje oraz $100,000 za podstawowy samochod (to akurat fakt) i zdaja sie nie widziec calej masy ludzi ktorzy ledwo co wiaza koniec z koncem pracujac na dostatek klasy sredniej i przesylajac cokolwiek zostanie z zarobionych pieniadzy do swoich krajow pochodzenia. Nie moj klimat.


(Karl is not impressed)

No, ale w koncu bilet do Singapuru byl wiec trzeba bylo cos z tym zrobic. Wyjalem wiec ksiazke adresowa... hahaha, ta, jasne.. wszedlem na Facebooka, zobaczylem kto obecnie tam pomieszkuje, pozniej jeszcze zweryfikowalem kto bedzie mial wolna sypialnie i tak oto okolo 2 w nocy objawilismy w domu mojego bylego wspolpracownika z czasow EY, Stanleya. Stanley wraz z zona SuFern mieszkaja w jakims bloku na przeciwnym koncu kraju co lotnisko, wiec podroz Uberem zajela nam prawie... 25minut. Wzielibysmy metro, ale o tej porze juz nie jezdzi.



KOlejnego dnia troche powloczylismy sie po kraju, glownie jednak ekscytowalismy sie tropikalnym klimatem ktory to po zimnie i sniegu Tokyo przyjelismy z wielka przyjemnoscia. Odwiedzilismy glowne 'turystyczne' okolicy Marina Bay, pozniej troche jeszcze spaceru w strone Chinatown i w zasadzie dzien minal. 



Fereshteh byla zachwycona architektura i iloscia zieleni w betonowej jungli; mnie przekonywalo to wszystko srednio - bardziej zainteresowany bylem politycznymi i ekonomicznymi uwarunkowaniami Singapuru ktorym z checia poswiecilbym osobny wpis, ale nie poswiece bo A) za duzo innych rzeczy do opisania i B) bylaby to amatorszczyzna bo szczerze mowiac oprocz tego ze maja armie poza krajem, kare smierci za narkotyki i zakaz sprzedazy i importowania gumy do zucia, niewiele mi o panstwie-miescie wiadomo.
Wieczorem zaprosilismy Stanleya i Fern na kolacje - zamowilismy typowe Singapurskie jedzenia okolonoworoczne (nowy rok ksiezycowy wlasnie nadchodzi) w postaci nudli, jakis przekasek oraz kraba i nawet bez zadnych alkoholi rachunek zakotwiczyl na okolo $270 za 4 osoby. Po tym jeszcze na spotkanie z Simonem - bylym Kapoorzaninem (dalsza rodzina HexTax) ktory po raz drugi dal szanse Singapurowi. Ten zacny Anglik zamieszkuje w przyjemnej dzielnicy chyba poza calym tym oszolomskim centrum wraz ze swoja malzonka Tiara (rodem z Indonezji) ktora to oczekuje ich wspolnej pierworodnej corki lada miesiac. Tak, ostatnio gdy widzialem Simona wspolnie rozmawialismy "o zaletach kobiet" ktore biesiadowaly z nami tamtej nocy w Londynie - dzis jeden zonaty i prawie z dzieckiem; drugi zareczony.Czas leci. Za poltora rundy drinkow zaplacilismy tym razem $75. Oh, Singapore....



Nastepnego dnia, bez przesadnego zalu (ja) lub z odrobina zalu ze tak krotko (Fereshteh) pojechalismy metrem na przeciwny koniec kraju, zapakowalismy sie w samolot linii Scoot do miejscowosci Kalibo. 
Jakich linii i co to jest Kalibo bedzie w kolejnym poscie.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83
Archiwum
Zakładki:
Tagi