Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
sobota, 21 stycznia 2012
Spanish Sahara
Dobicie do hiszpanskich brzegow bylo nieco traumatyczne - bynajmniej nie ze wzgledu na pokazywane na wszystkich telewizorach na promie obrazach z tonacego kilkanascie godzin wczesniej wycieczkowca u wybrzezy wloch..
Lezac na najwyzszym pokladzie, wpatrujac sie w ledwie juz majaczace na horyzoncie gory polnocnego maroka, zastanawialem sie czy cale te kilka tygodni na czanym (sic!) ladzie bylo na prawde i w koncu jaki ten okre bedzie mial na mnie wplyw. Ale ze na podsumowania czas jeszcze przyjdzie, po odprawie, skierowalem sie w strone dworca autobusowego w Algeciras. Przez te nieco ponad 1000m mialem wrazenie ze wciaz jestem w Maroku - napisy po arabsku, gentlemani zasiadujacy przed restauracyjkami zywo dyskutujacy popijajac herbate, w koncu meczet na mojej drodze. Nawet mnie to troche ucieszylo szczegolnie ze pora sjesty wiec miasteczko wyglada jak wymarle, lokalne sklepy i knajpy pozamykane, wiec z czysta rozkosza udalem sie do wymalowanej na zielono knajpki by w towarzystwie jakiegos kanalu nadajacego islamskie modly posilic sie po raz ostatni tagine.
Pare godzin pozniej bylem juz w Sevilli. Miasto calkiem sympatyczne, przynajmniej jego centrum. Zabilem troche czasu szwendajac sie, pozniej wykombinowalem jak dostac sie z jednego przystanku autobusowego na drugi skad o polnocy odjechac mial autobus do Lisbony. Generalnie jedno musze przyznac: hiszpanki, odbierane wedlug mnie do tej pory jako okaz szpetnosci i benchmark braku urody sa bomba!!! Chodzi chyba wiec o czesc kraju - baskijkom i katalankom, choc ich futbol popieram calym sercem, mowie stanowcze nie, natomiast andaluzyjki jak najmbardziej i po kilkakroc tak!
15:21, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Daleka Polnoc Afryki... Tanger
Z Casablanki postanowilem ponownie wrocic do Rabatu. Lubie, lubie, lubie to miasto, wiec znow chetnie sie tam pojawilem. Troche krecenia sie, troche wloczenia, jeszcze jakies przyjemne reuniony ze starymi, naaaaaprawde dobrymi znajomymi. Bylo fajnie.
W koncu wsiadlem w pociag, nieco zmeczony ruszylem w ponad 5-godzinna podroz na daleka polnoc Afryki, do Tangeru. Dotarlem wieczorem, nie mialem sily ani ochoty na rozgladanie sie za Hostelem ktory mial byc tam gdzie mial byc, ale go akurat nie bylo, wiec zakotwiczylem w przyziemnym hoteliku. Bylo lozko i ciepla woda wiec wystarczy.
Nazajutrz w drodze na autobus zatrzymalem sie jeszcze przy malutkiej kafejce gdzie od poranka mezczyzni rozprawiali przy herbacie o czyms superwaznym. Widok tak znajomy i tak uroczy ze az siadlem przy stoliku obok, zjadlem przepyszne sniadanie i siedzialem tak kilkadziesiat minut obserwujac wszystko naogolo, popijajac mietowa herbate i zajadajac swierze oliwki. 
W koncu zebralem sie w sobie, znalazlem jedyny przystanek w miescie z ktorego odjezdza autobus do portu, pochwalilem sie Europejskim paszportem i juz siedzialem w srodku ogladajac z okna dantejskie sceny w ktorych lokalni starali sie przekonac kierowce ze naprawde zasluguja by znalezc sie w tym 'autobusie do wolnosci' czy tez 'do dobrobytu' po drugiej stronie morza. 
Najwiekszy port w Afryce - Tanger Med to prawie jak lotnisko, z terminalem, bramkami, autobusami odworzacymi na dany prom. Dotarlem, ulozylem sie na najwyzszym pokladzie, cieszac sie sloncem, ogladajac na telebimach obrazki tonacej w miedzyczasie Costa Concordii, spogladajac co chwila to na Afryke po jednej stronie, to na Gibraltar po przeciwnej, cieszylem sie kazda sekunda i wspominalem wspaniale chwile spedzone w Maroku.
15:20, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 stycznia 2012
Casa Encore
Karino jak zwykle wszystko na ostatnia chwile, jak zawsze wszystko co zaplanowane bylo przed wyjazdem a co ewentualnie wymagaloby jakiejkolwiek zmiany planow jest bezwzglednie odkladane i przeciagane bo przeciez skoro siepodrozuje to ktoby tam martwil sie takimi detalami jak bilet lotniczy w droge powrotna. Dopiero gdy Ira byla juz w Brukseli, Jonela w Kosowie, Frenchie po tygodniu pracy w Paryzu a Mari z Alexem przeprawili sie na druga strone morza, zdecydowalem sie dowiedziec co slychac u mojej ukochanej Lufthansy. I jak sie okazalo - do Maroka to my nie latamy, a Ryanair okazal sie wyjatkowo malo taniolinijny, decydowalem sie otworzyc mape i poglowkowac co tutaj mamy w poblizu, a jako ze w moim wypadku 'poblize' okazalo sie Lisbona a 'niedlugo' za 8 dni, zorientowalem sie ze mam kilka dni do zabicia.
Korzystajac z re-zaproszenia Yasminy, wrocilem do Casablanki dajac trmu molochowi kolej a szanse ktora musze przynac zostala wykorzystana. Okazalo sie na dzien dobry, ze Yasmina grupe przyjaciol goscic, owszem, moze, ale za samotnego mezczyzne sasiedzi byliby gotowi doniesc na policje (serio! To tutaj karalne!!) wiec zagniezdzilem sie u starego znajomego Oussamy.



Dni ktore mialem przeznaczone do zabicia, okazaly sie jednak wypelnione przygodami, wloczeniem sie nadmorskimi promenadami, wieczorami w pubach lub barach z sheesha gdzie na rozmowach przy mietowej herbacid i fajce nie sposob sie skupic jako se ilosc pieknych marokanek jest odwrotnie proporcjonalna do dlugosci ich sukienek.



Szanowna Wycieczko - casablanca moze nie jest Marrakechem, moze jej medina nie jest tak powalajaca jak ta w Fes, a do Rabatu to w ogole nie ma sie co rownac, ale jednak czlowiek jest w stanie odczuc tam odrobine brudnego, cuchnacego rybami, jednak magicznego powietrza.
00:09, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Ira's Story
Jak wczesniej pisalem, wiesci od Iry byly dosc skape - najpierw wiedzielismy ze zgubila paszport, dwa dni pozniej ze dodarla do Brukseli bez kluczy. Dopiero gdy spotkalem Yasmine, ta przekazala mi wiesci ktore miala prosto od glownej bohaterki.
Dosc niesfornie i wyjatkowo niespotykanie jak na sama siebie, Ira Ma'am zostawila swoja walizke tam gdzie w paciagach walizki trzymaja wszyscy. Nie wiedziec jeszcze dlaczego bohaterka zostawila w srodku wszystkie swoje dokumenty. Jak wiec los ma w zwyczaju, gdy przyszlo co do czego, walizki na miejscu nie bylo.
Totalnie roztrzesiona panna wraz z siastra wziely taksowke na komisariat, a by dodac obraze do kontuzji, czy tez moze odwrotnie - przez nieuwage taksiarz cofajac przejechal Irze po stopie - niby nic wielkiego, ale siniak i opuchlizna przez jakis czas nie pozwalaly poruszac sie swobodnie.
No, ale do paszportu... Ira wychowala sie w Albanii, ale ma rowniez Greckie obywatelstwo dzieki czemu swobodnie zyje w Brukseli. Nie tracac czasu, siostry Kita wsiadly w pociag powrotny do Casablanki by odwiedzic Grecka ambasade. Cytujac Yasmine, podobno smiechu bylo co niemiara gdy Ira dzwoniac tam starala sie usilnie dowiesc ze jest greczynka mimo ze ani jej nazwisko ani tym bardziej brak znajomosci chocby podstawowych slow w tym jezyku nie pomagaja.
W koncu jednak sie udalo, bohaterka dostala papierek zezwalajacy na wjazd na teren EU i nie kuszac losu zlapala pierwszy samolot do Brukseli.
Dwa dni pozniej otrzymalismy dlugasnego emaila z opisem calej sytuacji i mnostwem emocji jakie nasza kochana siostra przezyla przez ostatnie dni..
....to dokladnie jedna z takich historii ktora wyglada swietnie... Na blogu... I z perspektywy czasu.
00:08, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Postcard from Morocco
Miejsce: gdzies pomiedzy Fes a Meknes, Maroko, Afryka
Czas: 7/01/2012, 14:06GMT

Opuscilem Fes. Jako ze dopiero udalo mi sie zrobic jakas logiczna rezerwacje na powrot i mam troche dni do zabicia, kieruje sie z powrotem do Casablanki. Mimo ze jest to dosc dziwne miejsce, mam wrazenie ze zostalo tam jeeszcze cos do odkrycia co jest w stanie zmienic moje pesymistyczne podejscie do tego miasta.
Pociag mknie ostro ponad 120km/h, jest wygodny, czysty, pelny lecz nie zatloczony. Naprzeciw siedzi matka z dzieckiem ktora wydawala sie mocno zaklopotana gdy zaoferowalem ze wrzoce na polke jej walizki. Obok jakis dwudziestokilku latek czyta ksiazke po francusku. Wokol sluchac rozmowy po arabsku, konduktor kasujac biletu usmiecha sie do wszystkich.
Za oknami z jendej strony widac szczyty Atlasu - pieknie i dzikie, z drugiej niezliczone, zielone o tej porze roku laki i pola. Slonce grzeje az za mocno a niebo jest bezchmurne. Wydaje sie ze nastepne dni beda rownie ekscytujace co poprzednie. Ot, jedna z takich chwil dla ktorych warto podrozowac z plecakiem przez nieznane kraje, kontynenty i kultury, gdzie absorbuje sie energie z otoczenia i bez zadnego wyraznego powodu jest sie po prostu szczesliwym.
00:07, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Jenno
Mari totalnie rozlozyla choroba - padla chyba ok 1600, ja wloczylem sie troche pomiedzy lobby gdzie mielismy internet a pokojem, w koncu razem z Alexem postanowilismy wyskoczyc cos zjesc. Jako ze ne chcielismy zostawiac Mari samej na zbyt dlugo (wersja oficjalna) oraz opcja nocnego bladzenia po medinie wydawala sie dosc przerazajaca, juz po kilkunastu metrach wstapilismy do jakiejs piwnicznej knajpki. Gdy Alex probowal wykorzystac cala swoja (trzeba przyznac - dosc marna) znajomosc francuskiego, ja rzucilem pare slow po angielsku na co blyskawicznie zareagowal ok 65letni wlasciciel lokalu skladajacego sie z moze 4 kompletow sof i kanap.
Juz ten sam fakt przekonal nas do zlozenia zamowienia - zaczelismy socjalizowac sie z dwoma grupami francuskich turystow ktorzy niewiedziec dlaczego nawijali do mnie jak najeci (oczywiscie po swojemu) ja odpowiadalem po angielsku i wydawalo sie ze nawet za soba nadarzalismy.
Jedzenie - poezja!! Duzo i pycha!! Kiedy juz zarzekalismy sie ze nic wiecej nie bedziemy w stanie w siebie wdusic, szef imieniem Mohammed (a jakze!) zaserwowal kosz swierzych mandarynek z pobliskiego sadu i zaczelismy rozmowe. Gdy dowiedzial sie ze pomieszkuje w US, sam wyciagnal swoje papiery lacznie z prawem jazdy z Illinois i karta SSN. I oto krotki rys psychofizyczny naszego bohatera:
- wiek ok 65 lat
- lokalny biznesmen, oprocz restauracji ma sklep w US sprzedajacy lokalne rekodzielo i ceramike sam nazdorujac produkcji
- zajmuje czy tez zajmowal sie roznymi rzeczami w zyciu, byl rowniez designerem odziezy; jego szczytowym sukcesem bylo zaprojektowanie calej kolekcji dla filmu Klejnot Nilu.



Widzac nasze zaciekawienie w/w tematem, wyciagnal album zdjec z 1985 roku na ktorych os sam, wtedy dobrze zbudowany z 6pakiem na brzuchu, pozuje na zdjeciach z jakiejs imprezy na basenie z Kathleen Turner w bikini czy blondwlosym, mlodym Michaelem Douglasem!! Totalny odjazd!! Pozniej bylo jeszcze duzo, duzo, duzo opowiesci.
Jako ze wrocilismy do hotelu calkiem podjarani spotkaniem takiego jegomoscia, zapowiedzielismy Mari ze wracamy tam na sniadanie - znow bylo mnostwo pycha jedzenia, gdy natomiast nasz gospodarz zorientowal sie ze Mari Jest przeziebiona, zorganizowal jej herbatke ze specjalnymi ziolami, poabiegl gdzies, wrocil po chwili z tabakierka, wysypal odrobine na talerzyk i poczestowal wszystkich. Taabaka ktora mial okazala sie nie byc tym samym co mozna dostac w sklepach - nawet 3 godziny pozniej chodzilismy jeszcze nakreceni jak kroliczki Duracell, a restsuracje opuscilismy dopiero jak juz naprawde musielismy zbierac sie na pociag.
Szanowna Wycieczko - jesli kiedykolwiek zawitacie do Fes, jest miejsce ktore odwiedzic trzeba - to restauracja Jenno znajdujaca sie w okolicy Ouad Zhoun. Udajcie sie tam, odnajdzcie Mohammeda Filali i spedzcie z nim pol dnia rozmawiajac, dyskutujac i wysluchujac noesamowitych historii, nawet jesli nieprawdopodobnych i zdumiewajacych. A wszystko to nad michami pysznego jedzenia za smiesznie male pieniadze!
00:07, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Fes
Z Ira od tamtego SMSa kontakt mielismy dosc znikomy. Wiemy ze odleciala, wiemy ze dotarla do Brukseli i ze nie miala kluczy do domu co wskazywaloby na fakt totalnego zgubienia jakiejs pokazniejszej czesci swojego posiadania. Jak wiec Szanowna Wycieczka jest w stanie sie domyslic, nie doszlo do planowanej, ostatniej wieczerzy w Fes.
A jesli o tym miescie mowa - dotarlismy wieczorowa pora, nie mielismy zaklepanego zadnego hotelu czy tez czegokolwiek innego, wiec zdajac sie na kilka rad otrzymanych tu i owdzie, zlapalismy taksowke w okolice Mediny. Jako ze taksiarz okazal sie calkiem kumaty, postanowilismy mu zaufac i w ten sposob wyladowalismy w polnocnych okolicach starego miasta zwanych Ouad Zhoun - wymawia sie zupelnie nie tak jak sie pisze ale kto by zawracal sobie glowe takimi drobiazgami.
Na nieszczescie, jakies drobne przeziebienie zaczelo chwytac mnia a Mari rozlozyla sie na dobre, wiec po spokojnej kolacji w naszym hoteliku udalismy sie na spoczynek w towarzystwie arabskiej telewizji (po angielsku - a jakze!)
Nazajutrz Fes pokazal swoje obliczne - na poczatek postanowilismy zaatakowac najwieksza na swiecie medine, zlozona z ponad 3200 uliczek z ktorych zadna nie pomiescilaby samochodu, a na czesci z nich wymijanie sie ludzi stanowilo problem. Nie dziw wiec, ze po moze 5 minutach stwierdzilismy ze nie damy rady, wrocilismy w nasze okolice i zamiast w jungle poszlismy w pobliskie gory co okazalo sie strzalem w 10! Niesamowite widoki na miasto, piekna pogoda, pasterze i kozy oraz majaczace w dali osniezone szczyty gor Atlas - rewelacja! 



Naladowani energia skierowalismy sie w strone zachodnia, ze zdwojona odwaga wkroczylismy wglad mediny i... Oczywiscie jak Szanowna Wycieczka sie domysla - zabladzilismy! Jednak pogoda ducha nie odstepowala, popytalismy, usmiechalismy sie i po moze godzinie byliismy juz z powrotem w znajomym kacie.
Fes, miasto nazwane, jak chcielibysmy wierzyc na czesc naszej drogiej kolezanki o takiejrze samej ksywie, okazal sie zyskiwac na atrakcyjnosci z kazda spedzona w nim godzina - od nurego, ciemnego i doscmstrasznego gaszczu ulic i uliczek, po fascynujacy labirynt gdzie na kazdym kroku czeka jakas niespodzianka a w najmniej spodziewanej dziurze w scianie spotyka sie kogos kto staje sie landmarkiem i zywa legenda miejsca.
00:06, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Rabat
O stolicy Maroka po drodze nasluchalem sie dziwnych rzeczy - od tego ze to takie sobie miasto, jak kazde inne po to ze jest super i ojezujezu, generalnie wiec bez skrajnosci, jasne wiec bylo tez ze moja ekscytacja byla dosc marna.
Razem z Mari i Alexem wskoczylismy w pociag, calkiem trzeba przyznac szybki i przyjemny i po nieco ponad godzinie wyladowalismy na dworcu Rabat Ville. Dworzec, jak juz zostalem przywyczajony, naprawde ladny, wyszlismy przed a tutaj... Tramwaj!!! Wow, odjazdowy, nowiuski tramwaj. Budynki wszystkie biale, styl powiedzmy kasycystyczny ale z lekkimi arabskimi elementami. Udalismy sie na spacer w strone Mediny i tam tez zaokretoalismy sie w niewielkim hosteliku.
Mimo ze naogol krecenie sie po Medinach po zmroku jest dosc srednim pomyslem, tutejsza byla na tyle urocza ze nie moglismy sobie odmowic. Pycha "hamburger du maroc" do tego micha slimakow ktora przy zgrozie w oczach vegeMari wychylilismy z Alexem i na spotkanie z jakims poleconym znajomym goscia ktorego poznalem w Rio. Prosze nie pytac jak daleko siega moj networking skoro przez kogos z kims wypilem kiedys Cachace na Festa Juada poznaje sie kogos kto wyciaga z tajnej skrytki w bagazniku swojego samochodu kilka butelek Corony ktore przy blasku gwiazd i szumu oceanu oprozniamy z dzika przyjemnoscia na lokalnej, dosc dzikiej plazy.
Nastepnego poranka obudzilismy sie skoro swit i udali na podboj stolycy. Rabat okazal sie bowiem byc niemowicie uroczym, pieknym miastem ktore ma naprawde wiele do pokazania: zamki nie zamki, mauzolea krolow (nie mylic z nieudolny i prezydentami) i antyczne budowle.



Gdy juz padalismy ze zmeczenia, wskoczylismy w takse do hotelu. Tutaj dotarly do nas smute wiezci ze Ira ktora mielismy spotkac tego samego wieczora w Fez zgubila swoj paszport i musi przejsc przez cala mase formalnosci by w ogole Maroko oposcic zgodnie z planem (tj. nazajutrz). Troche wiec smutni planujemy reszte popoludnia w Rabacie.
00:03, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
Casablanca
Nie, nie widzialem filmu. Moze powinienem, a moze nie. Wiem ze byl Humfrey Bogart i ze byl jakis bar. Tak czy inaczej spodziewalem sie dosc romantycznego miejsca z niska zabudowa i stolikami nad samym morzem - nic bardziej mylnego!
Casablanca to finansowa i biznesowa stolica kraju. To wielkie, wiecznie zakorkowane miasto z budynkami scisnietymi miedzy ulicami. Troche wroclawski Trojkat Bermudzki, troche warszawska Praga. Naprawde nic specjalnego.
Po drodze do domu Yasmina zatrzymala sie w dosc szemranym miejscu - a moze szemranym wydawalo sie tylko nam, przywyklym do bogactwa i przestronnosci Marrakechu??
Tam na jednym ze stoisk zakupilismy troche miecha, udalismy sie do kolejnego by nam je na loakalna modle przyrzoadzono. Szanowna wycieczko, sporzylismy wielblada!! Na poczatku uczucia byly dosc mieszane, ale naprawde smaczne, lekko delikatno-wolowinowe kotleciki w koncu do siebie przekonaly. Jako ze dnia popredniego bawilismy sie z malutkim wielbladem imieniem Hamisa, wlasnym, dosc sarkastyczno-ironicznym sposobem tak samo nazwalismy nasza kolacje.



Nazajutrz, kiedy Yasmina udawala ze zajeta jest sluzbowymi obowiazkami, nasza wycieczka udala sie na wybrzeze - niesamowite fale roztrzaskujace sie o mury miasta, przyjemne knajpki i sporo lazenia, wloczenia sie i czystej ekscytacji ostatnimi chwilami razem. Wieczorem odwiezlismy na pociag Siostry Kita a sami udalismy sie na reunion z moimi bylymi wspolpracowniami z czasow TCS India. Soufianne i Oussama zabrali nas do lokalnego baru na herbatke i sheeshe, pogadalismy, poplotkowalismy i wkotce udalismy sie na spoczynek. Nastepnego dnia o swicie wraz z Alexem zaliczylismy jeszcze niesamowity meczet Hassana II, ktory by go wybudowac, czesciowo w morzu, opodatkowal dodatkowo,przecietnie na kilkaset euro kazda marokanska rodzine - cos dziwnego, lecz widocznie tutaj akceptowalnego.
Ostatnia kawa, ostatnie usciski i juz tylko we trojke zostalismy w pociagu do Rabatu.
00:01, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012
Een el muk, Hmar Ta3 Bouk
...a dalej bylo tylko lepiej! Mimo ze w planach mielismy akuowac sie 1. Stycznia podjelismy jednoglosna decyzje o przedluzeniu pobytu w Marrakechu o jedna noc. Dzien spedzilismy w Medinie.... Caly dzien!
Otoz zaglebilismy sie w jakies tajemnicze, najglebsze zakatki starego miasta, zwiedzilismy chyba wszelakie zaklady przetworcze - od rzeznikow, przez wytworcow skor po papier a kazdy za pare dinarow chetnie podzielil sie sekretami swoje rzemiosla i oprowadzil po 'fabryce'. Gdy juz mielismy nadzieje wyjsc z Mediny, okazalo sie ze jestesmy dokladnie w przeciwnym jej koncu niz byc powinnismy - mimo zmeczenia nie poddalismy sie presji taksowkarzy oferujacych swoje uslugii przedluzylismy sobie spacer.
Wrocilismy do hotelu wieczorem, udalismy sie na pozegnalna kolacje polaczona z oproznianiem dwoch lodowek (jednej skradzionej z sasiedniego pokoju).
W poludnie 2/01 odwiezlismy na lotnisko Frenchiego ktory to musial za 20 godzin zameldowac sie w pracy - 20 godzin to akurat tyle ile zajac mu powinno dolecenie do Madrytu, zlapanie pociagu do Barcelony, odnalezienie samochodu i podroz do Paryza.
Reszta z nas zapakowala swoje bagaze oraz wlasne 6 osob w samochod i ruszylismy w study tour - nieoficjalna czesc HexTaxowego Nowego Roku. Kierunek: Casablanca!
23:57, karol.krochmal , Globetrotter
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57