Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
wtorek, 20 września 2016
Sometimes I Need a Revelation
Jakos przez dlugie lata mojej pogoni za muzyka postac Glena Hansarda gdzies mi umykala. Ciezko powiedziec czy to dosc nieortodoksyjne miejsce pochodzenia (Irlandia, choc przeciez takiego Damiena Rice'a sie oczywiscie znalo i cenilo) czy moze to ze takie granie bylo zbyt klasyczne. Mniejsza o to - faktem jest ze przynajmniej od ostatnich paru lat osoba tego muzyka byla dosc wysoko na mojej liscie do-zobaczenia. 
Glen Hansard byl kiedys wokalista calkiem zacnej formacji The Frames, pozniej jeszcze jako efekt swojej niedoprecyzowanej relacji z niejaka Czeszka Marketa Irglova zalozyl duo The Swell Season bo w koncu stac sie bardem, songwriterem i produkowac piosenki pod swoimi imieniem. W mieczyczasie jeszcze, razem z w/w pania Irglova zdarzylo im sie zagrac czy tez zaspiewac glowne role w filmie Once ktory przyniosl slawe, pieniadze i pewnie jeszcze spore tantiemy od musicali ktore na jego podstawie i z muzyka Hansarda powstawaly.
I tak wiec wczorajszego wieczora Karino wyladowal w pieknej sali The Massey Hall w Toronto by zobaczyc ryzego faceta z broda.



Koncert byl po prostu piekny. Glen jest mistrzem pogadanek, opowiadal pijackie historie rodzinne, przyjacielskie, o tym jak zwinal butelke podobno drogiego wina z garderoby Damiena Rice'a oraz o jego fascynacjach poezja Leonarda Cohena. 
No ale przeciez nie dla pogadanek hala wypelnila sie do ostatniego siedzenia. Ponad 20 utworow i rowne 2.5 godziny muzyki wypelnionej pelnym przekrojem tworczosci Hansarda. Z poprzedniej plyty bylo m.in. "Love don't keep me waiting", "Maybe not tonight" i "Bird of Sorrow" a z nowej, kapitalnej Didn't He Ramble piekne "My Little Ruin", "Paying my way", niesamowicie zaaranzowane "McCormack's Wall" i konczace calosc "Her Mercy". Jedyne co rozczarowalo troche to wykonanie "Lowly Deserters" ktore zaaranzowali troche wolniej, bez tego folkowego kopa, ale nie mozna przesadnie sie dziwic, jako ze artysta nie wzial tym razem ze soba zadnego perkusisty. Mimo to, sekcja skrzypaczek razem z pianinem, odrobina loopow, basem i szalejacym momentami na akustyku Hansardem wprowadzila momentami naprawde wiele czadu.
Poza kawalkami firmujacymi nazwisko Hansarda i niekoniecznie wartymi wspomnienia coverami, byly tez oczywscie 'crowdpleasery' z czasow Swell Season czy Once, czyli "When your mind's made up" i "Falling Slowly", choc ten drugi moznaby tez podpisac pod The Frames podobnie z reszta jak Star Star czy chyba highlight nocy dla mnie, trzyosobowe gitarowo-skrzypcowo-kontrabasowe wykonanie "Revelate".



No i jeszcze wypada wspomniec o swietnej atmosferze na koncercie. Publika ktorej srednia wieku pewnie bliska byla 40-stki spiewala, klaskala a kiedy trzeba bylo siedziala cicho do tego stopnia ze Hansard w pewnym momencie odpial gitare, podszedl pod krawedz sceny i zupelnie bez naglosnienia wynucil "Stay The Road" ktore w tej majestatycznej hali wypelnionej przeciez ponad 2500 ludzi brzmialo jakby facet spiewal sobie sam w kosciele.
Tak wiec, Szanowna Wycieczko, jesli ktos nie jest zapoznany z osoba Glena Hansarda - polecam. A jesli bedzie okazja zobaczyc go na zywo - polecam jeszcze bardziej.
Tagi: music toronto
15:42, karol.krochmal , Dziennikarsko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016
Karino goes Hollywood
Kiedys juz bylo o tym ze autor niniejszego tekstu went Bollywood troche w przenosni. Pozniej byly nawet jakies flingi z bollywoodem i nawet nie wylacznie z bolywoodzkimi poczatkujacymi aktoreczkami (z ktorych przynajmniej jedna radzi ostatnio sobie calkiem dobrze). Byly tez bardzo dobre znajomosci z para rezysersko-producencka na pewno najwiekszego bolly-hitu tego roku i jednego z najwyzej ocenianych bolywoodow ever.
No ale to bylo kiedys - dzis mowa o holywood - i to nie wizycie w Los Angeles i ponownym skupianiu sie na tym co to miasto ma do zaoferowania. 
Wszystko jednak laczy sie w calosc. Zaczelo sie od tego ze znajoma z czasow Delhijskich, byla czlonkini AIESEC in Delhi, przybyla do Toronto na TIFF (Toronto International Film Festival) z Nowego Jorku gdzie obecnie mieszka. Nie dziwilem sie, bo skoro Leo di Caprio, Scarlett Johanson, Ryan Gosling i inne slawy wlocza sie po miescie, ludzie chca pewnie zdobyc autografy czy cos... Spotkalismy sie wiec na kolecji i dopiero wtedy okazalo sie jak mocno sie mylilem.
Kolezanka imieniem Mallika pracuje bowiem w 21st Century Fox jako asystentka samego James Murchocha. Tak, tego Murdocha z tych Murdochow. Tego samego ktorego sam premier Wielkiej Brytanii probowal scigac na komisje sledcze. Wiec na poczatku sie troche posmialem, ponabijalem, ale gdy nagle sprawdzila mejla i powiedziala ze 'oto wlasnie Wes Anderson przeslal mi swoj nowy scenariusz' malo co nie zsunalem sie z krzesla. 
Postanowilismy sobie dokonczyc rozmowe w jakims barze i calkiem przypadkowo trafilismy na jakas (podobno) zamknieta impreze dla autorow scenariuszy. Zupelnym przypadkiem, ale skoro bylismy to zaczelismy rozmawiac z ludzmi - ja na potrzeby chwili wymyslilem sobie ze pracuje tez w jakims production housie i moim zadaniem jest upewnianie sie ze filmy maja racje biznesowego bytu - sciemnianie w tej kwestii przychodzilo mi na tyle latwo ze kolezanka byla ze mnie wyjatkowo dumna, ludzie sie slinili a ja bawilem sie w najlepsze.
W koncu Mallika mowi ze dolacza do nas jej znajomi w tym facet z ktorym sie nieoficjalnie spotyka. Dolaczyla do nas trojka, a ja przez pierwsze minuty przygladalem sie jednemu z nich bo jakos dziwnie znajomo mi wyglada. Juz podczas wstepnych rozmow okazalo sie bowiem ze przynajmniej tymczasowym wybrankiem mojej znajomej jest scenarzysta i rezyser filmowy ktory ma na koncie scenariusz do filmu z Mattem Damonem, rezyserie filmu z Mattem Damonem oraz scenariusz do filmu z Mattem Damonem, Bradem Pittem i George'm Clooneyem zas na TIFFie jest akurat premiera jego nowego filmu (o ile mi wiadomo, bez Matta Damona). Pogadalismy sobie jakis czas, posmialismy ale jako ze czlowieka rozpoznano w barze dosc szybko i zostalismy otoczeni przez gromade zombie-pisarzy-amatorow, nasza piatka (przyjmujac po drodze dziesiatki wizytowek) przeniosla sie do nieco bardziej cichego baru gdzie posiedzielismy sobie jeszcze z pol nocy, po czym jak gdyby nigdy nic zamowilismy ubera, odwiozlem towarzystwo do ich hotelu, dostalem zaproszenie na premiere filmu dnia nastepnego od samego jego rezysera i wrocilem do domu.
No i co? Celebryci mi nie imponowali nigdy, choc tu akurat bylo fajnie, zabawnie, choc momentami i snobowato. Nawet nie bede wspominal o tym ze 50-latek spotyka sie (podkreslam: nieoficjalnie) z 29-latka bo to akurat chyba na porzadku dziennym i nic mi do tego, ale pare razy doszlo do ostrej dysputy na temat oczywisty czyli USA vs Canada - mimo wszystko bylo zabawnie. Ciekawe doswiadcznie, choc i tak najbardziej co mi uktwilo w glowie to fakt ze widzialem (choc nie czytalem) na wlasne oczy najnowszy scenariusz napisany i wyslany przez Wesa Andersona - filmu ktory pewnie w kinach pojawi sie za jakies 3 lata a ja wtedy opowiadal bede historie zeszlej nocy...
23:29, karol.krochmal
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 sierpnia 2016
Festival Glupoty Burkini 2016
Przez ostatnich pare tygodni ogladalismy, no, powiedzmy czytalismy, o festiwalu glupoty, malostkowosci i patetycznosci zaserwowanym nam przez wlodarzy kilku francuskich kurortow ktorzy to chcieli z plaz wyeliminowac burkini.
Co to jest burkini to kazdy chyba wie - stroj kapielowy zakrywajacy cale cialo. Rajcy stwierdzili bowiem... no wlasnie nie wiadomo co stwierdzili, bo ani jednego dobrego argumentu nie slyszalem. Poszlo wiec o to ze to jest przeciwko naszej kulturze i my tego nie chcemy.
Sad najwyzszy na zakaz popatrzyl i musial sie mocno usmiac bo to zakaz rownie glupi co niektore zakazy w Indiach, wiec regulacje wyladowaly w smietniku - szkoda tylko ze nie przed tym jak obiegly swiatowe media.
No, ale wyobrazmy sobie co by sie stalo, gdyby takowy zaklad jednak zaczal obowiazywac: na plazy jest zakaz zakrywania ciala.
Oczywiscie, wszyscy w burkini, wyjazd z plazy. No ale co gdyby siostra zakonna w habicie miala ochote sie poopalac? Sorry, taka sama miarka dla wszystkich. Po siostrach przychodzi kolej na pletfonurkow bo przeciez cali w piankach, no i oczywiscie surferow ktorzy takich uzywaja. Aha, czy zakaz mial jakis czasowy okres? Bo jesli nie to w srodku zimy na plazy nie ma wstepu nikt kto sie do rosolu nie rozbieze. 
Ale idzmy dalej - czym jest burkini a czym nie? Zasloniete wlosy? Czy rece i nogi? Czy moze talia? Bo jesli talia tez to wpuszczamy tylko w bikini. No ale czy bikini moze miec 'spodenki' czy musza byc to stringi? A czy mezczyznom wolno w shortach czy musza miec speedos? A jesli shorty to jak dlugie? No i co z czepkami kapielowymi?
Paranoja moze isc dalej, ale wytluszczania glupoty wlodarzy francuskich miast sobie odpuszcze liczac na troche opamietania a przede wszystkim przynajmniej odrobine zdrowego rozsadku.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Autopromocja
Jakby malo bylo pracy po jak-zawsze-za-wiele-godzin-tygodniowo, kilka dni temu pochwalilem sie swiatu wlasnymi przemysleniami na temat tego co robia centra kariery szkol biznesowych na swiecie i co moglyby robic lepiej.
Na blogu nie bedzie spoilerow, bedzie za to link do artykulu. Polecam.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Niagara Falls
Troche mi to zajelo.. nie wiem czy Niagara (czyt. 'najagra' a nie 'njagara') jest jakims cudem swiata czy czym innym, ale w zasadzie slyszalem o tym od dziecka. Ze taki wspanialy, jedyny i ojezujezu. W Nowym Jorku pomieszkiwalem i kiedy Lavina wpadla w odwiedziny i wymyslila sobie ze pojedzie wodospad zobaczyc, ja wolalem dluzej pospac a przez ostatni rok tez mi jakos nie chcialo sie przesadnie tluc samochodem nieco ponad godzine by zobaczyc o co tyle halo. No, ale zmobilizowany przez wizyte Fereshteh, zebralem sie w sobie i wycieczke nam zorganizowalem.
Tym razem poszedlem na latwizne - wzielismy swoje tudziez pozyczone jednoslady, zapakowalismy sie w lokalny pociag ktory wyrzucil nas nieopodal. Jeszcze kilka minut pedalowania i bylismy na miejscu.
Na pierwszy rzut oka wyglada to calkiem niezle (na drugi z reszta tez). 



Moze najwyzszy to nie jest, ale na pewno najwiekszy pod wzdledem ilosci wody przeplywajacej. Na dobra sprawe jest tak duzy (w ksztalcie podkowy) ze statki wplywaja w srodek i sa w pewnym momencie otoczone mgla wody a fale i wiry wydaja sie tymi statkami rzucac na wszystkie strony jakby zrobione byly z papieru. 



My na statek nie poszlismy, wolelismy isc na nogach pod sam wodospad, a w zasadzie az za niego. Wydrazono bowiem jakies tunele dzieki czemu mozna podejsc blisko pod 'prysznic'. Widok 'zza' jest zupelnie nijaki - ot, sciana szumiacej wody przez ktora nic nie widac, za to jesli stanie sie tuz obok robi sie fajnie.. i mokro. Bardzo mokro. 



Mimo ze oczywiscie nie pod samym strumieniem a moze ze 20m dalej, ale woda pryska jakby stalo sie w mocnym deszczu. Po 30sek jest sie przyjemnie mokrym (szczegolnie gdy na zewnatrz upal). Dopiero z tej perspektywy widac sile wodospadu. W ramach ciekawostki, wspomne ze jest jeden (!) udokumentowany przypadek osoby ktora prpzypadkowo spadla z progu i ocalala - 7-letni chlopak wylowiony zostal przez zaloge statku. Poza nim, ani nikt z jego lodzi, ani z zadnej innej, ani inni plywacy ktorzy wpadli w dol wodospadu, nie przezyl.

Po czesci turystycznej udalismy sie do Marineland czyli parku rozrywki. Raz ze jako dzieci wychowywane w systemach nie-zachodnich w koncu dostepu do takich na codzien nie mielismy, a dwa ze jako fan Orek, nigdy nie zdarzylo mi sie takiej zobaczyc na zywo a wlasnie Marineland jest jednym z niewielu na swiecie ktore takie zwierze posiada. Oprocz orki, byly tez delfiny, belugi i inne stworzenia morskie, ktore to jednak w Vancouver zdarzylo mi sie widziec. 
Na koniec udalismy sie jeszcze na tradycyjne pokazy pt. 'czego to te zwierzeta nie potrafia' i poza tym ze zgodzilismy sie ze trener delfinow to najfajniejsza praca na swiecie, Fereshteh udalo sie zrobic najlepsze zdjecie na swiecie, czyli selfie z delfinem ktory sam podplynal by do tego zdjecia zapozowac. 



True story! Najlepsze selfie w historii selfie wyglada tak:



W oczekiwaniu na powrotny pociag ruszylismy jeszcze do jednego z wielu kasyn bez jakiejs przesadnej nadziei na wzbogacenie sie, bardziej na zabicie czasu. I gdy myslielismy ze uda nam sie dotrzec do domu okolo 1am, okazalo sie ze na naszej linii pociag potracil pieszego (?) oczywiscie z wiadomym skutkiem, wiec musielismy przesiadac sie w podstawione autobusy lub pedalowac 30km w srodku nocy, wiec wrocilismy dobrze po 2am.. Dzien pelen wrazen i jeden punkt na liscie 'must-see' odfajkowany.
poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Killarney Provincial Park
Od dziecinstwa kazde prawie wakacje spedzalem nad jeziorami. Albo bylo to jakies bajoro kilka km od miejsca zamieszkania, albo, corocznie prawie - Mazury. Byl kamping, byla kosmiczna nuda, ale jako dziecko zawsze znalazlo sie cos do roboty. Z wiekiem stalem sie duzo bardziej wielbicielem slonej wody, plaz i oceanow i nie mylic prosze z plazami Wladyslawowa (ktore musze wspomniec ze rownierz odwiedzilem.. raz).
Ale los byl okrutny, wywial mnie z Vancouver na druga strone kraju, wiec co robic. Rodzina wrzuca kolejne foty znad Mazurskich jezior, bo przeciez najlepsze sa te miejsca ktore znamy bardzo dobrze, wiec z okazji weekendu wpadlismy na genialny pomysl by rowniez nad jeziorko jakies wypasc. A ze jestesmy w Prowincji Ontario gdzie jezior jest pewnie tyle samo co ludzi, wybor odpowiedniego miejsca sprawial troche klopotu. Ostatecznie jednak wynajelismy jakiegos polterenowca i ruszylismy jakies 500km na polnoc, w sam srodek parku Killarney, nad jeioro George. Prosze nie szuka na mapie - to jedno z setek tysiecy jezior w okolicy. Tak, dokladnie. Setek tysiecy. Mazury przy tamtej okolicy wygladaja jak Baltyk przy Pacyfyku.
Po drodze krajobraz cudnie sie zmienial - jechalismy przez pagorki, pozniej lasy, dalej autostrada biegla przez skalne jeziora, jakies bagna i w koncu ostatnnie moze 80km to jazda przez lokalna jungle gdzie trzeba prowadzic ostroznie by nie wjechac w jakiegos niedzwiedzia albo innego losia, az dotarlismy nad brzeg przecudnego bajorka.



Do calosci sprzetu kampingowego dodalismy jeszcze canoe dzieki ktoremu moglismy sobie smigac z jednego jeziora przez drugie i na trzecie. Calkiem dobrze nam to szlo, choc akurat prowadzenie pod wiatr bywalo ciezkie. A noszenie jeszcze bardziej..



Od czasu do czasu zatrzymywalismy sie wypatrzywszy jakis mily punkt. Tu pionowe skaly byly na tyle interesujace ze mozna bylo sobie z nich poskakac a tam przeciwnie - plaskie i niskie zachecaly do lezenia plackiem w dziesieciocentymetrowej wodzie.





Wieczorem wrocilismy na lad, rozpalilismy ognisko i zaczelismy przygotowywac kolacje. Problemem okazaly sie raccoony, ktore w Vancouver, owszem, bywaly i czasami pokazywaly sie w okolicy UBC starajac dostac sie do smietnikow gdy nikt nie widzial, tutaj jednak te szkodniki rozbestwily sie nie na zarty. Raccoonow w Polsce nie ma, wiec dla nieuswiadomionych, to taki lis wielkosci sporego psa o charakterze malpy. Cholernie sprytne zwierze, wredne i niemile, choc trzeba przyznac calkiem urocze. I wracamy..
Raccoony biegaly tu i tam, widzielismy je wychodzace z lasu i przeganialismy. Niedaleko nas byla rozbita inna grupa i sami sie smialismy jak dwa dorodne osobniki wracaly z ich obozowiska z paczka chipsow w zebach. Problem w tym, ze gdy siedzielismy sobie przytulnie przy ognisku, nie mielismy pojecia co dzialo sie wokol. Czasami slyszelismy jakies halasy, swiecilismy latarka i zdziwione zwierze niechetnie ale zawracalo. Najgorzej robilo sie kiedy wyjmowalismy z ognia kielbaski i zaczynalismy jesc - zapach musial byc nieziemski bo zwierzaki wyskakiwaly z lasu i podchodzily calkiem blisko. Tak wiec tuz po tym jak swojego hotdoga zjadlem, zajalem sie przygotowywaniem banana boats (rozcina sie banana, upycha malenkie kawalki czekolady i pianki i na ogien). Przygotowalem ze dwa, pracowalem nad trzecim gdy nagle czuje kolo nogi jakis ruch. Patrze na dol a tu stoi to bydle z ostatnia surowa kielbasa w zebach, moze pol metra ode mnie. Zaswiecilem latarka mu w oczy, upuscil kielbase i jakby zaczal lapac co mogl zaczynajac od... ladowarki do telefonu. To chyba jednak mu nie podeszlo, wiec chwycil przygotowanego juz banana, wlozyl w zeby i spokojnie sobie poszedl jakby nigdy nic. Cala akcja trwala moze z 5 sekund. Tak beszczelnego raccoona jeszcze nie widzalem i mam nadzieje dlugo nie zobacze...
Obudzilismy sie i nasze mysli powedrowaly do ziemniakow zostawionych na noc w zarze. Zar, gorac bijacy ze srodka - nie ma opcji zeby ktos je zwinal. Taa, jasne. Zar pozostal (rozpalilem od niego ogien bez papieru czy zapalek), ziemniaka nie bylo ani jednego... zjedlismy wiec co mielismy, popilismy po trapersku na ogniu przygotowana kawa i znow ruszylismy na pare godzin na jezioro.





I znow odkrywalismy niesamowite miejsca..



Po wszystkim jeszcze kilka godzin powrotu do Toronto i bylismy z powrotem. Prawie 1000km samochodem i moze ze 15km w canoe w 2 dni. Meczaco, za to wspanialy odpoczynek dla umyslu. 
piątek, 22 lipca 2016
Soccer, znany tez jako football
Dawno nie bylo tekstow niepodrozniczych czy tez niepolitycznych, czy moze po prostu lekkich, latwych i przyjemnych tudziez odmozdzajacych. Not to nadrabiam.
Co niektorych moze zdziwic, Kanada to nie do konca kraj w ktorym nic tylko zima, zimno i hokej, ale jednak kraj w ktorym uprawiane sa tez dyscypliny sportu w ktorych snieg nie jest potrzebny. Taki soccer na przyklad. Kopia wszyscy, malo tego - oglada tez spora gawiedz.
Zdarzylo mi sie pojsc na mecz Toronto FC kiedy podejmowali Vancouver Whitecaps i co?? Liga Mistrzow to nie jest, ale Ekstraklasa nie jest tym bardziej. Nie chodzi nawet o to ze w lidze MLS graja nazwiska calkiem znane (David Villa, Frank Lampard, Steven Gerrard a zbieznosc ze zwyciezcami Lig Mistrzow, La Liga i Premiership zupelnie nieprzypadkowa), ale generalnie sam poziom gry jest calkiem niezly. Wezmy na przyklad takie licho-druzyne jak Toronto FC ktorym raczej nie kibicuje. Ostatnio z bramki wypchany zostal Julio Cesar, czyli jakby nie patrzyl prawie mistrz swiata z Brazylia. Wyzej gra uczestnik kilku mundiali Jose Altidor, w ataku rzadzi i dzieli Sebastian Giovinco sciagniety z... Juventusu a w obronie jakies ogony gra znany z reprezentacji polski Damien Perquis. Tym wieksza przyjemnosc byla ogladac niniejsza druzyne dostajaca becki od 'moich' czyli Vancouver Whitecaps. HIghlighty sa do obejrzenia tu
A jakby tego wszystkiego bylo malo, oto trzy kolejne powody dla ktorych warto kibicowac Vancouver Whitecaps. Powod pierwszy  i powod drugi. No tak, to jeszcze powod trzeci. 
Generalnie nie jest wiec zle. 
Gdzie za to jest zle to w oddziale nazewnictwa ktore jest dosc przewidywalne i malo kreatywne, a szczegolnie w dziedzinie logo. I wlasnie w tych kategoriach bede przyznawal nagrody imienia Krysi Pawlowicz.
Przedwalka, czyli wyroznienia za najdziwniejsze nazwy:
3 - Orlando City. Generalnie Orlando to bardziej wies niz miasto, wiec moze chciano sobie dodac splendoru.
2 - Sporting Kansas City. To tak dziwna zbitka slowna ze ustepuje im nawet "Queens Park Rangers"
1 - San Jose Earthquakes. Nie wiem dlaczego druzyna mialaby sie nazywac tak jak kleska zywiolowa.. wkrotce spodziewajmy sie druzyn Powodz Bogatynia i Gradobicie Boguchwaly.
Wyroznic mozna nazwy majace cos wspolnego z lokalnymi klimatami: Vancouver Whitecaps, Portland Timber czy Kolorado Rapids.
Natomiast w kategorii glupich logo nagrody glupiego pocieszenia otrzymuja:
3 - Real Salt Lake - moglby byc nominowany tez za dziwna nazwe, ale fakt ze ich logo przypomina butelke Kanadyjskiej whisky przebija wszystko.

2 - Columbus Crew - czyli troche jestesmy jak Borussia Dortmund, ale nie umiemy grac tak dobrze. Rysowac i projektowac tez do konca nie umiemy.

Natomiast nagroda za najgorsze logo w MLS wedruje do:
1 - New England Revolution. 

MOznaby wreczyc za sam fakt bycia z New England, ale polaczenie logotypu amerykanskiej flagi ze slowem 'revolution' i do tego dodanie loga Champions League z instagramowym filtrem 'vintage' to po prostu za duzo dla kazdego kto ma chocby odrobine gustu.
 

Tagi: football mls
22:02, karol.krochmal , Dziennikarsko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 lipca 2016
Dziesiec lat!!!!!
Okolo 10 lat temu wracalem akurat z festivalu Roskilde 2006 w znakomitym towarzystwie Jesusa, Eleo, Brtka, Barborki, Marasa i jeszcze kilku innych indywidulanosci. Nie wysiadlem we Wroclawiu jako ze musialem jechac do Warszawy zalatwiac sprawy wizowe, zas moj samochod z powodow ktorych juz nie do konca pamietam byl w Katowicach. Po nieprzespanej nocy, bladym switem przesiadlem sie wiec z Jesusowego Cheerokee to wlasnej Corsy, zabralem ze soba Brtka i od razu w droge do stolicy. Tam w te pedy do Indyjskiej ambasady finalizowac sprawy wizowe - musialem wyjasnic co i jak, pan od wiz stwierdzil zebym wpadl na 3 godziny przed wylotem i odebral paszport z wiza.
Oczywiscie paszport nie byl gotowy, musialem sie ostro naklocic, ale ostatecznie wszystko sie udalo, zapakowalem sie w samolot do Istanbulu, pozniej do Bombayu i tak oto 8. Lipca 2006 wyladowalem w Indiach na roczny projekt. Z roku zrobilo sie kilka lat, po Indiach byly inne kraje i tak przez dokladnie 10 ostatnich lat.
Dziesiec lat podczas ktorych moi przyjaciele z tamtej podrozy pozmieniali swoje zycia dokumentnie - Jesus i Barborka maja kilkuletnia corke, Eleo mieszka w Australii z mezem Pakistanczykiem, Maras wkrotce zeni sie a z Brtkowego wesela w Teheranie dopiero niedawno co wrocilem.
Dziesiec lat przez ktore ja objechalem kule ziemska kilkakrotnie, zwiedzilem (prawie) wszystkie kontynenty, pracowalem w kilku krajach, ukonczylem dodatkowe studia i ogolnie mowiac zylem w taki sposob jaki nawet nie staralem sobie wyobrazac. Spelnialem jedno marzenie po drugim, wiekszosc rzeczy sie udawala, niektore nie do konca, ale moze to i lepiej. Obserwowalem zycie znajomych z polskich studiow, z miasteczka gdzie wyroslem czy nawet dalszych i bliskich krewnych i za kazdym (prawie) razem mowilem sobie to samo: jakie ja mam szczescie ze moje zycie wyglada inaczej.
Dziesiec lat. Prawie 1/3 mojego zywota spedzilem na walizkach, przemierzajac kraje i kontynenty. Mieszkalem w pewnie okolo 15 roznych domach, z ponad 50 roznymi ludzmi ktorzy stali sie moja wieksza 'rodzina', poznalem tysiace osob z ktorych znaczna czesc jestem szczesliwy nazywac przyjaciolmi. Spotkalem osoby ktore wywarly na mnie ogromny wplyw i mam nadzieje ze rowniez i ja jakies tam pietno na co niektorych odcisnalem.
Dziesiec lat podczas ktorych moze i zmienilbym calkiem sporo rzeczy gdybym mial szanse, ale jedno jest pewne - samej koncepcji wyjechania, mieszkania w niesamowitych krajach, poznawania najrozniejszych ludzi z calego swiata i uczenia sie od nich; w koncu tez wzbogacania siebie i swojego sposobu myslenia, codziennego wychodzenia poza swoja comfort zone nie zmienilbym na pewno. Jestem szczesliwy i wdzieczny za kazdy dzien i kazda chwile przezyta w sposob ktorego nie moglem sobie wyobrazic. Za kazde rozdroza i kazda decyzje ktora musialem podjac by ostatecznie byc w miejscu w ktorym jestem dzisiaj - dokladnie 10 lat po opuszczeniu Polski.
Dziesiec lat of Turning Global Dreams Into Reality.
Euro2016 z domu gospodarza
Nadszedl kolejny w Kanadzie dzien nardowy (nie mylic z dniem narodowcow) czyli Canada Day polaczony jednoczesnie z zakonczeniem tygodnia Pride. Firma rozdawala dodatkowe dni wolne, Kanadyjskie slonce prazylo, ludzie planowali weekendy na plazach i przy jeziorach, a ci co zostali w miescie dolaczali do premiera Justina i szli w Paradzie Pride, ktora to w Polskolandzie zwa Paradami Rownosci i ktore to wygolone matolki w imie rownosci obrzucaja taka sama iloscia kamieni tak z prawa jak i z lewa patrzac od czola parady. W Kanadzie natomiast cala impreze otwieral sam premier dajac nardowi przyklad jak swietowac, gdy zas zostal zapytany dlaczego tu jest, w tradycyjny dla siebie sposob, z lekko udawanym zdziwieniem odpowiedzial, ze on w paradach tego typu chodzil od zawsze i dziwi sie ze ktos moze uwazac obecnosc glowy panstwa na takiej imprezie za w jakikolwiek sposob niewlasciwe, zas on sam jak i czlonkowie jego gabinetu beda chodzili co roku. Dziwne? Czy moze po prostu normalne..



No, ale nie dane mi bylo przybic piatki Justinowi jako ze pare dni wczesniej, korzystajac z dziwnie taniego biletu, udalem sie do Paryza. Okazje byly trzy: jak wiadomo w kraju bylo Euro i jak pisalem wczesniej - w momencie kupowania biletu przekonany bylem ze Polska wlasnie w Paryzu rozgrywac bedzie cwiercfinal (i to w dodatku z Hiszpania - oj, moja znajomosc pilki kopanej), po drugie primo, moj bardzo dobry znajomy, wspollokator, dystrybutor materialow edukacyjnych PUA, wspolnik biznesowy, podroznik i motorowiec o kryptonimie operacyjnym Frenchie wlasnie zdecydowal sie wrocic z emigracji z Nowej Zelandii i gdzies pomiedzy weekendem w Belgii a kilkoma dniami w Grecji udalo nam sie ze dwa razy spotkac. W koncu tez korzystajac z mozliwosci jakie daje Ryanair, z Florencji zjechala Fereshteh, wiec niczego wiecej dodawac nie trzeba.



Ciekawa realizacja nastapila juz przy wyborze noclegowni - okazalo sie bowiem ze mieszkania w Paryzu na AirBnB sa duzo tansze niz np w Toronto. Calkiem przyjemne lokum w ktorym zatrzymalismy sie kosztowalo nas ok. C$70 za noc, natomiast w Toronto trzeba liczyc sie z wydaniem co najmniej C$150. Za $70 to nawet spod mostu nas wyrzuca... 
Pierwszego dnia przyszlo nam isc do fanzony na mecz Polska-Portugalia. Fanzona olbrzymia, kontrola bezpieczenstwa chyba wieksza niz na lotniskach co w obecnych warunkach nawet sie chwali. Natomiast co dzieje sie w srodku to juz inna historia - tak jakby gospodarzy interesowalo tylko to by nikt sie nigdzie nie wysadzil, wiec wpuszcza jakies 100 tys typa z dwoch narodow na mecz i licza ze wszystko bedzie wporzadku. Oczywiscie nie bylo, bo przeciez matoly z bialo-czerwonymi szalikami na szyjach musialy gdzies pomiedzy ryczeniem "sedzia chuj", "fuck Ronaldo" a "jeszcze polska nie zginela" musieli rzucac plastikowymi lecz dosc twardymi kubkami wypelnionymi przynajmniej do jakiegos poziomu piwem (mam nadzieje) w innych. A ze oberwac takim lecacym czyms rowna sie od razu rozcieta glowa, dosc szybko doszlo do przepychanek, zaraz po nich w ruch poszly gaz ktory ktos przemycil i, naturalnie, piesci. W koncu w srodek tlumu wpuszczono kilkudziesieciu uzbrojonych po zeby policjantow z tarczami i towarzystwo sie, przynajmniej troche, uspokoilo. Generalnie wiec wrazenie ktore powinno byc swietne (wielka impreza, wielki ekran tuz pod wierza Eiffela, tysiace ludzi spiewajacych i dopingujacych) zostalo zniszczone przez jakis procent ciemniakow. A jesli chodzi o sam mecz to bylo nerwowo do konca, emocje przy serii karnych wydawaly sie wibrowac nad cala fanzona, ale niestety po zakonczeniu meczu to Portugalczycy swietowali.. No, ale zeby nie bylo, kibicki druzyny polskiej (nie mylic z polskimi kibickami) i tak wygraly:



Dwa dni pozniej wrocilismy w to samo miejsce by ogladac zmagania Niemcow i Wlochow. Tym razem bylo nieco kulturalniej, spokojniej, choc akurat Wlosi i tak troche nadmiernie egzaltowali swoje emocje. Fereshteh, jako przetransplantowana Wloszka, oczywiscie z wymalowanymi policzkami i wloska flaga wykrzykiwala cos w tamtym narzeczu, ja po cichu kibicujacy Niemcom owiniety bylem we flage Kanady jako ze poprzedniego dnia celebrowano Canada Day. A czemu nie! 



Problem z byciem Kanadyjczykiem we Francji jest jednak spory: kazdy przyjmuje ze mowie po francusku i za kazdym razem gdy tlumaczylem ze to tylko 'maly' kawalek kraju mowi po francusku a ich jezyk w Vancouver jest moze 5. najpopularniejszym (po mandarin, cantonese, punjabi i oczywiscie angielskim) nie moga w to uwierzyc i czuja sie wysoce rozczarowani.



Gdzies pomiedzy tymi meczami, zwiedzaniem i romantycznymi randkami z butelka wina w deszczu pod Sacre Coer na wzgorzu Montmartre, zostalem prawie sila zabrany na wycieczke do Disneylandu, o ktorej moze za duzo nie bede mowil. Moze ktoregos dnia tam wroce zeby pokazac to dzieciom - dla jednej czy dwoch calkiem fajnych kolejek (pozostale 'fajne' rzeczy byly w remoncie) chyba nie warto tracic dnia.



środa, 22 czerwca 2016
Euro2016 zza wielkiej kaluzy
Wydawac sie moze ze dopiero co goscilismy Euro w Polsce, a tu juz gramy ponownie. Choc na dobra sprawe, w miedzyczasie nasz wspolgospodarz mial ze dwie rewolucje i jedna wojna gdzie na codzien spokojni mieszkancy wschodnich regionow wyprowadzili ukryte zapewne wczesniej i przygotowane na taka okazje czolgi, armaty i wyrzutnie Buk by dac znac wladzom w Kijowie ze skoro Euro za nami to oni chca do Rosji, bo tam mistrzostwa swiata juz wkrotce.
W Polsce nie lepiej - zdarzylo nam sie wybrac jednego co na niczym sie nie zna i kilkuset ktorzy maja siano zamiast mozgu i mamy kwiatki, mamy nacjonalizmy, napady na ludzi z zagranicy i pokazywanie palcami tych ktorzy wygladaja inaczej. Mamy tez wysylanie na Bliski Wschod naszych zardzewialych F-16 z amerykanskiego demobilu na 'misje szkoleniowa' - nie wiem w jaki sposob moze F-16 kogos szkolic, no ale przeciez ja nie wszystko musze wiedziec. 
Z ogladaniem Euro w Kanadzie jest problem - nie tyle ze nie ma, bo jest wszedzie! Nie ma to Copa America ktora jest w miedzyczasie (gratulacje dla obu federacji), za to Euro w kazdym barze i w kazdej telewizji. Przyjemnie sie to wszystko oglada, przyjemnie kibicuje Polskiej druzynie ktora dla odmiany nie notuje honorowych porazek i zwycieskich remisow, tylko wyciska 1:0 gdzie sie da, a jak sie nie uda, to wydaje sie byc tym faktem mocno rozczarowana. 
Milo sie patrzy na takie Wegry, Walie, Islandie czy nawet Polnocna Irlandie ktorzy graja jak moga, rzucaja sie i gryza trawe choc nie przeciwnikow i dogryzli sie do 1/8. Niespodzianki sa dobre i ciekawe, choc pewnie niedlugo sie skoncza - obstawiam final Chorwacja vs Niemcy.
No a autor niniejszego postu stwierdzil ze skoro zeszle Euro bylo takie fajne i fajnie byloby zobaczyc jakis mecz live, wyliczyl sobie ze jesli Polacy pokonaja Szwajcarow a jednoczesnie Hiszpania odprawi jakis amatorow z 3. miejsca, to w przyszly weekend w Paryzu te dwie reprezentacje sie spotkaja. Ale jako ze niekt nie spodziewal sie Chorwackiej inkwizycji i kolejnego juz w karierze spartolonego karnego Ramosa, tak tez autor popelnil drobny blad w kalkulacjach ktory wykryty zostal juz po zakupie biletow. Tak wiec nie dosc ze ewentualny mecz zdarzy sie nie niedziele a we czwartek, to jeszcze ne w Paryzu a w Marsylii... well done son.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
Archiwum
Zakładki:
Tagi