Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
wtorek, 26 września 2017
Labour Weekend w ruchomych obrazkach
I jeszcze na zamkniecie tematu jesiennych wojazy, ruchoma pocztowka z wypadu w pobliskie tereny:


Milych wrazen!
środa, 13 września 2017
Sarah & Onur: SOinlove
No dobrze - po raz kolejny, i chyba ostatni w tym roku bedzie weselnie. Trzy wesela, trzy rozne kontynenty.. wystarczy!
Tym razem bohaterem naszym bedzie zacny czlowiek imieniem Onur. Onur i ja zaprzyjaznilismy sie zanim na dobre rozpoczelismy studia na UBC. Juz na imprezie zapoznawczej spojrzelismy na siebie i wiedzielismy ze trafil swoj na swego:


Pare miesiecy pozniej odbylo sie pamietne Halloween, gdzie juz calkowicie bylismy wystylizowani w jedyny sobie wlasciwy sposob.



Tak, obydwaj bylismy fanami How I Met Your Mother do tego stopnia ze ktorejs nocy w ktoryms barze calkiem mocno pijany Onur zapytal mnie o dziewczyne z ktora rozmawialem chwile wczesniej. Jako ze ta wydawala sie niespecjalnie interesujaca, odpowiedzialem cos na ksztalt "oh, that's Sarah and you know she wants it". Tak, to dzis dzien jest mi to wypominane... no ale coz, podeszlem, powiedzialem pamietne "Haaave you met Onur" i poszedlem w swoja strone. Onur nie zdobyl numeru telefonu skonczyl za to impreze z kims zupelnie innym. Ot, zycie studentow MBA na UBC.
Ale los jakos chcial ze oboj byli w kontakcie, Onur wkrotce wyjechal do Toronto, Sarah byla tam sluzbowo i ci sie spotkali podobno na jakies Karaoke. Nie wiem co tam spiewali, ale faktem jest ze jakis czas potem Onur wrocil do Vancouver i nawet nie zaprzatal sobie glowy szukaniem wlasnego lokum - od razu wprowadzil sie do Sarah i od wtedy zyli dlugo i szczesliwie.
Az do zeszlego weekendu kiedy do mial miejsce piekne, niesamowite i sliczne wesele tych dwojga w miejscowosci Pentincton w dolinie Okanagan, w otoczeniu winnic i pieknego jeziora.



Wesele skromne, na moze 40 osob, z najblizsza rodzina i przyjaciolmi. Bylo genialnie, bylo przyjacielsko i bylo miedzynarodowo. Wystarczy popatrzec na to zdjecie z poprawin nastepnego ranka kiedy to 10 osob na zdjeciu reprezentuje 9 krajow z 4 kontynentow!



Onur i Sarah zarzekaja sie ze wyprowadzaja sie do Toronto, ale ja ich znam - z cala pewnoscia wkrotce wroca a ja bede czekam na mojego bro i jednego z najblizszych przyjaciol!
00:49, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 września 2017
Coastal British Columbia roadtrip
Jak wiadomo, British Columbia to najpiekniejsze miejsce na swiecie. Jesli ktos ma watpliwosci, to dokladnie takie same haslo wydrukowane jest na wszystkich tablicach rejestracyjnych w prowincji, rowniez na tej ktora w piatkowy wieczor przypialem do nowozakupionego samochodu - generalnie jestem przeciwnikiem pojazdow kolowych w miescie, ale w koncu mieszkamy troche na odludziu a i ze zima sie zbliza i te 10min jednak trzeba bedzie jechac samochodem do przyzwoitych (nie tych najblizszych!) stokow narciarskich (mozna autobusem od biedy), warto bylo sie we wlasne 4 kola zaopatrzyc.
A nastepnego ranka wybralismy sie przetestowac samochodzik w pobliskich gorach, a jako ze dlugi weekend, jako ze typowo "wrzesniowa" pogoda czyli 34 stopnie i piekne slonce zachecaly do spedzania czasu wysoko ponad poziomem oceanu, wybralismy sie na camping i hiking gdzies pomiedzy miasteczko Pemberton a Lilloet. 



Wloczylismy sie od jeziora do wodospadu i od rzeki po szczyty gor przez kilka dni, roskoszowalismy brodzac w lodowych (i lodowatych) jeziorach..



...czy tez wskakujac do tej 10 stopniowej wody z hustawki...



takie rzeczy, czy tez inne ktore ludziom do glowy nie przyjda...


 
Oto kilka zdjec z dlugoweekendowej gorskiej British Columbia.






piątek, 25 sierpnia 2017
Alt-right i kontrmanifestacja w Vancouver
Caly swiat widzial co dzialo sie ostatnimi czasy w Stanach. W skrocie: lokalni wladze chcialy obalic pomnik konferedackiego generala. Konfederaci to inaczej ci z poludnia ktorzy walczyli przeciwko polnocy ("unia") w wojnie zwanej po polskawemu 'secesyjna' - w skrocie chodzilo o secesje poludniowych stanow w ktorych wciaz moznaby praktokowac amerykanskie specjalnosci: burbona, barbecue, niewolnictwo.. 
No i takiego wlasnie wodza tamtych oddzialow wciaz czcza w niektorych miejscach. A ze czasy sie zmieniaja, postanowiono generala Lee czcic przestac co niekoniecznie spodobalo sie zwolennikom krzyzy celtyckich, swastyki i Donalda Trumpa ktorzy zorganizowali swoj marsz na ktory odpowiedzieli kontrmanifestancji jedna z ktorych zostala podczas takiego marszu stratowana przez prawicowego mlodzienca ktorego nikt nie nazwie terrorysta tylko dlatego ze byl bialy, (zapewne) wierzacym chrzescijaninem.
A ze plagi maja w zwyczaju sie rozprzestrzeniac, alt-right (ekstremalna prawica) zorganizowala swoje marsze czy tez inne zbiorowiska w roznych miastach Ameryki Polnocnej, a nawet... w Vancouver! Wiekszosc mieszkancow popukala sie w czolo myslac ze to zart, ale niektorzy zebrali sie w sobie zeby postarac sie dac radykalom odpor. Wsrod tych znalesli sie takze Fereshteh i ja i tak wiec pieknego populudnia udalismy sie pod ratusz w Vancouver by pokazac ze tu 'rasizm nie przejdzie'.



Spacerowalismy sobie w tlumie kolorowych ludzi grajacych, spiewajacych, wykrzykujacych rozne mile dla ucha hasla az w koncu udalo sie dostrzec nieco bardziej rozemocjonowany tlumik. Podeszlismy blizej i oto zobaczylismy jednego (slowem: JEDNEGO) faceta z Quoranem w reku wypowiadajacego jakies bzdurne hasla wyrwane z kontekstu i mowiacego o tym jaki to Islam jest zly. Wokol tego faceta zebranych bylo jakis tuzin policjantow dosc szczelnie, jednak bez specjalnego zaangazowania, otaczajacych goscia. Wokol nich bylo najpierw kilkadziesiat, pozniej kilkaset, w koncu podobno okolo 5 tysiecy osob w ramach kontrprotestacji. Tak jest, Szanowna Wycieczko, 1:5000. Wygladalo to dosc fascynujaco:



Facet wdawal sie dosc kulturalne polemiki z ludzmi wokol, choc czasami musial przerywac gdy np kilka tysiecy ludzi zaczynalo razem cos krzyczec: racism stop czy np "fuck your hat". Najglosniejsze i robiace najbardziej doniosle wrazenie bylo dednak wspolne odspiewanie hymnu Kanady ktory to wlasnie mowi i roznorodnosci, tolerancji i walce o wartosci. Oczywiscie byly tez mniej cenzuralne okrzyki w strone jegomoscia ("kiedy ostatnio miales randke?", "w jakim wieku zrozumiales ze jestes kretynem", "ktore gre ostatnio przeszedles na playstation?") ale byli tez tacy ktorzy podeszli by czlowieka uscisnac bo wyglada na takiego ktory potrzebuje szczegolnej milosci. W koncu jednak policjanci demonstranta zawineli w kordon i odprowadzili gdzies na ubocze przeciskajac sie przez tlum rzucajacy konfetti i kolorowe tasmy na "rasiste".



Tak, Vancouver, po raz kolejny jako miasto pokazales klase! Bez chamstwa, z pelna kultura, ale jednoczesnie wysylajac sygnal najsilniejszy z mozliwych. Gdzie wszystkie rasy, wszystkie orientacje seksualne i religie zjednoczyly sie przeciwko najmiejszemu nawet elementowi nietolerancji.


 
Taka jest Kanada. Bylem dumny ze moge ten kraj nazywac domem.
środa, 02 sierpnia 2017
The wedding of Mrs Mariana Moura Cruz Misiak
Po kilku tygodniach rozkoszowania sie zyciem w Vancouver, spedzaniem popoludni na jachtach, weekendow na plazy, kajakach albo w gorach, zazeraniem sie sushi (bo w koncu to najtansze jedzenie w miescie) i ekscytowania pieknym latem, przyszedl czas na pierwsza wycieczke, ktorej powodem byl, jak to w pewnym wieku bywa, slub.
Dziwem jakims, ostatnimi czasy wiekszosc moich wypadow spowodowana jest slubami. Czy to do Iranu w zeszlym roku, czy do Indii w tym, teraz znow dane mi bylo pojechac do Europy. Do Polski. Dokladniej: do Wroclawia.
Tak, Szanowna Wycieczko, do Wroclawia i to nie na slub jakis znajomych z Polski tylko na zamazpojscie mojej Brazylijskiej wspollokatorki z Indii.
Skomplikowane? Coz, oczywiscie, jak to w Hex-Tax naogol bylo. Mari, bo o niej mowa, po Indiach zamieszkiwala we Wloszech, pozniej w Paryzu, pozniej jakas praktyke miala we Wroclawiu dokad to juz przyjechala z niejakim Blazejem. Jak to czesto bywalo w HexTax, drugie polowki naszych domownikow rzadko znajdywaly uznanie w oczach wspollokatorow, ale przeciez to nie domownikom maja sie owi podobac. Wiadomo ze przeciwienstwa lubia sie przyciagac, wiec juz moze skonczmy ten temat.



Tak wiec Mari i Blazej sa juz po slubie pewnie ze 2 lata, mieszkaja w Belo Horizonte ale pewnie przez namowe polskiego oddzialu rodziny, mlodzi zdecydowali sie na polskie wesele. Ja do polskich wesel mam stosunki odruchowo-wymiotne, ale przeciez dla Mari musialem sie pojawic. Spakowalem sie wiec i ruszylem przez oceany by swa obecnoscia upamietnic rownie wiekopomna chwile.
Po kilku dniach z rodzina i na re-odrywaniu miasta, przyjechala Mari z rodzina ktorej to czesc poznalem juz w Brazylii. Chwile potem dotarla Ira - kolejna wspollokatorka, wiec juz pierwszego dnia razem z Wroclawskim rezydentem Michaelem udalismy sie na podboj miasta noca. 



Kolejnego dnia goscie zaczeli sie juz zjezdzac na dobre - Wlosi, Francuzi, Hiszpanie i oczywiscie mocny Brazylijski kontyngent spowodowal ze w piatkowa, przed-weselna noc, do mieszkania wrocilem dobrze po 5am. Bylo warto, tym bardziej ze znow dane mi bylo spotkac sie z Thiago (bratem Mari ktorego spotkalem w Belo Horizonte), Leo z ktorym kiedys calkiem ostro zabawilismy sie w Rio de Janeiro, Luciole czyli ex-Frenchiego, Caroline czyli look-alike Fiony z Shameless i cala jeszcze inna mase swietnych ludzi.





I jeszcze troche przeokrutnie atrakcyjnych ludzi:



Sobota to dzien weselny - zeczelo sie od doliczania ekipy i okazalo sie ze czesc nam sie zapodziala gdzies pomiedzy Wroclawiem a... Berlinem! Oczywiscie jako jedyny znajacy okolice i mowiacy (troche) w tym szeleszczaco-uszokrwawiacym jezyku, zabralem sie za koordynacje akcji ratunkowej dzieki czemu okolo poludnia ja i 20 innych internacjonalow siedzielismy w wynajetym busie raczac sie woda i gatorade'ami w drodze na wesele ktore mialo miejsce jakies 50km od miasta.



Gdy przybylismy, wystroilismy wszyscy w garnitury, miala miejsce niewielka czesc formalna: czworo wyznaczonych gosci oraz panstwo mlodzi mieli przemowy - po polsku, po angielsku, po portugalsku. Po czym panowie DJe zaintowoali "sto lat". No i jak zaintonowali tak spiewali sami, bo przeciez dokladnie polowa wesela nie skumala o co vai a druga polowa byla calkowicie trzezwa:



Zeby nie opisywac calosci imprezy, oto coniektore highlighty:
- weselnikow usadowiono narodowosciowo - po jednej stronie sali miedzynarodowa ekipa.. i ja, po drugiej ekipa polska i jedna zaplatana Armenijka. Dziwne to troche i malo asymilacyjne but oh well... ja nie mialem specjalnej ochoty integrowac sie z wiekszoscia polskich gosci
- jak to na polskich weselach bywa - wodka wjechala na stol. Mocno tym faktem zdziwienie brazylijczycy zaczeli polewac, a gdy wodka sie skonczyla byli jeszcze mocniej zdziwieni tym ze kolejne butelki sie pojawialy. Po paru godzinach co chwila ktos wykrzykiwal "vo-chka voch-ka" co bylo okazja do kolejnego toastu. Trzeba powiedziec ze ekipa trzymala sie mocno i przepila wszystkich slowian. Nawet jak juz faceci ledwo co stali, gdy zaczynali tanczyc, tanczyli na wpol przytomni lepiej niz ja na trzezwo i ani kropelka z ich shot-glassow nie wylala sie podczas ich plasow
- jesli 'vochka' to jedno zdziwienie brazylijskich gosci, kolejnym musiala byc ilosc jedzenia. Przeciez tam bylo ze 20 dan! Ludzie!! Nikt tego nie mogl jesc! Poza tym, bylo nieco goraco wiec naprawde nikt nie mial ochoty na rosol, zurek, pomidorowa a pozniej barszcz. Jako ze pokolenie nasze jest nieco uczulone na odpadki, wszyscy komentowali jak mozna tak marnotrawic jedzenie. Coz, polski zwyczaj..
- na szczescie, na zyczenie panstwa mlodych nie bylo zadnych odczepin i innych glupich wiejskich zabaw. Calkiem slusznie obawiano sie ze to nie przelozy sie dobrze na miedzynarodowe towarzystwo. Chwala!
- glowne wladze muzyczne nalezaly do dwojki DJow weselnych. Tu moglbym napisac o tym ze faceci byli slabi jak kawa nescafe ktora serwowano - zupelnie nie rozumieli publiki, grali polskie przyspiewki weselne ktore powodowaly ze wiekszosc od razu siadala, ja szedlem na spacer ilekroc cos takiego intonowano a ojcien panny mlodej az mnie pytal co to za dziadostwo i czy to polska muzyka i czy to aby nie jest jakis vintage sound sprzed 70 lat. Po prostu zenada. Malo tego - ilekroc szedl blok disco polo panowie DJe twierdzili ze oto 'piosenki na zadanie' choc doslownie nikt sie przy tym nie bawil. Kiedy zas ludzie prosili o jakis kawalek, ci go nie grali. Jakbym wiedzial co to za ananasy obstawil te role DJow, bym o nich wspomnial zeby nikt ich nigdy nie prosil
- na szczescie i ratunek muzyczny calej imprezy przyszly rytmy brazylijskie: najpierw na ok. 2-godzinny set wpadl zespol grajacy brazylijska muzyke - normalny folk, akustyczna samba itp co spowodowalo ze wszyscy sobie plasali, spiewali, tanczyli i mieli bananowe usmiechy na twarzach. Wszyscy oprocz DJow ktorzy wydawali sie nie rozumiec czemu przy tym 'nie-disco' ludzie w ogole tancza. Troche po polnocy byl drugi fenomen - grupa bebniarzy nie wiadomo skad przez okolo godzine grala brazylijskie rytmy - tak, tylko rytmy, bez melodii - przez co cala impreza oddala sie w jakis energetyczny trans. Swietna zabawa i cala masa energii. Wow! Brazylia pod Wroclawiem pelna geba.
- impreza trwala do ok. 4:30 wiec trzeba przyznac ze calkiem niezle biorac pod uwage ze zaczelo sie wszystko o 3pm! Ponad 13 godzin zabawy a do konca dotrwalo naprawde wiele osob - glownie trzeba przyznac ze brazylijczycy, ale tez kilka znajomych pana mlodego. Ciekawe zakonczenie calosci!
Nazajutrz, jako ze wszyscy spalismy w tym wlasnie hotelu, mielismy male BBQ i drinki, brazylijczycy zabrali pozostalosci pamiatek narodowych marki Zoladkowa Gorzka po czym wycalowalismy nowych znajomych i ruszylismy w droge powrotna do Wroclawia. 



Mnie pozostawiono na lotnisku skad samolotem najpierw do Frankfurtu podem do Dublina gdzie spedzilem noc i nazajutrz udalem sie juz do Vancouver. Bylem po 3 nieprzespanych nocach i 30 godzinach podrozy. Totalnie warto!

czwartek, 27 lipca 2017
Farewell Toronto. Back to Vancouver!
Z wielkim opoznieniem, ale oto krotkawy update:
Po pozegnaniu sie z EY i po jeszcze krotkim wypadzie na Floride, wrocilem na dzien do Toronto. Przepakowalem walizki, pozegnalem sie z przyjaciolmi, spedzilem jeszcze jedna noc w apartamencie kolezanki imieniem Fahra ktora to goscila mnie przez czas mojej wymuszonej bezdomnosci, po czym nastepnego dnia udalem sie najpierw na spotkanie z pewna sympatyczna stewardessa jednej z europejskich linii lotniczych ktora to przebywala akurat w Toronto, pozniej zas prosto na lotnisko. Z dwoma walizkami, dwoma plecakami i gitara, jak rowniez z moja karta potwierdzajaca moj status Frequent Flier zeby mozna bylo to wszystko ze soba zabrac, zapakowalem sie w samolot i oficjalnie zakonczylem swoj etap pomieszkiwania w Toronto.
Toronto bylo moim domem przez 2 lata i 1 dzien. Przeprowadzajac sie tam bylem w dosc ciezkiej depresji przez wizje opuszczania Vancouver. W zasadzie tylko praca i w miare czeste wizyty w Vancouver pomagaly przezyc kolejne miesiace. Z czasem, jak to naogol bywa, bylo coraz lepiej do tego stopnia ze na koniec troche wydaje sie ze bede tesknil do Toronto... troche... niewiele. W zasadzie bedzie mi brakowalo znajomych ze szkoly z ktorymi bylismy naprawde blisko, bedzie mi brakowalo treningow Muay Thai ktore oprocz pracy byly jedyna regularna rozrywka. No i oczywiscie bedize brakowalo EY i wszystkiego co z tym zwiazane.
Wracam do Vancouver. Do najlepszego miejsca na swiecie. Do moich znajomych, do miejsc ktore uwielbiam - do plaz w lecie i gor w zimie. Do pieknej przyrody i milych ludzi. Do nowej pracy w zupelnie innych warunkach no i przede wszystkim, zamieszkalem z Fereshteh wiec to kolejny wielki krok naprzod. Jesli wiec nawet z sentymentem spogladal bede na Toronto, jestem 100% pewien ze powrot do Vancouver to wlasciwa decyzja - ani przez chwile nie mialem watpliwosci. Wspaniale byc z powrotem, wspaniale miec taki widok z biura.



West coast = best coast!
20:34, karol.krochmal , Prywata
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lipca 2017
Farewell EY
Ciezko mi bylo zostawiac kiedys Vancouver i w zasadzie jedynym powodem zeby to zrobic byl fakt ze dolaczalem do EY. Kiedy podpisywalem papiery, EY wydawalo mi sie po prostu jedna z kilku wielkich firm przezuwajacych swoich pracownikow i wypluwajacych na weekend zmeczonych, niewyspanych, za to dobrze ubranych i po praniu mozgu. Po dwoch latach na pokladzie wiem gdzie sie mylilem, gdzie mialem racje, gdzie firma mnie zaskoczyla, gdzie rozczarowala a gdzie oczarowala. Kilka mysli na odchodne, czyli po zostawieniu firmy:
- EY jest co roku wybierany jako jeden z najlepszych pracodawcow, przynajmniej w Kanadzie. To racja.
- Praca w Advisory nie jest dla kazdego - jesli lubisz lekka, latwa i przyjemna prace od 9 do 5, tu sie nie odnajdziesz. Czasami trzeba posiedziec wieczorami albo weekendami
- Tempo pracy jest zabojcze - w zasadzie codzien jest cos do oddania 'na koniec dnia' wiec naogol siedzi sie dopoki sie pracy nie skonczy
- Pracuje sie z najmadrzjszymi ludzmi z jakimi kiedykolwiek pracowalem - naprawde jest sie od kogo uczyc. Jednoczesnie, nie ma tutaj jakis 'kujonow' czy innych nerdow. Nie ma 'ksiazkowych madrali' ktorych kazdy mial w klasie. Tu sa przeinteligentni ludzie ktorych EQ idzie w parze z IQ. Inny wspolny mianownik - wszyscy sa dobrze wyksztalceni, MBA nic tu nie znaczy - mamy ludzi z Chicago Booth, Columbia, Schulich, Rotman no i oczywiscie UBC. Co zas nas wszystkich roznilo, to wszystko inne - doswiadczenie zawodowe (zawodowi konsultanci, prawnicy a nawet byly zawodowy hokeista i olimpijczyk), pochodzenie (w teamie ok. 20 osob bylem ja, Afrykanczycy, Amerykanie, Iranka, Hindusi, Kanadyjczycy, Europejczycy). Imigrantow bylo wiecej niz lokalnych.
- Projekty bywaja fajne lub mniej fajne. Jak ma sie szczescie i wie sie jak zakrecic to nie ma na co narzekac.
- Biuro wyposazone we wszystkie nowe technologie, nienormowany czas pracy oraz generalnie nienormowane miejsce pracy do swietny dodatek do calosci.
- Podroze... eh, zawsze chcialem podrozowac wiecej jednak jakos w tym teamie niespecjalnie nasz Partner promowal poszukiwanie projektow poza okregiem Toronto.
- Na najwiekszy plus zaliczyc mozna jednak ciagla nauke i poglebianie wiedzy i doswiadczenia. Ktos mi kiedys powiedzial ze 1 rok w firmie konsultingowej (sprawdzic czy nie TCS) to jak 3 lata w kazdej innej pracy i cos w tym jest.
Do zobaczenia EY! Jestem pewien ze nie raz sie spotkamy!
Tagi: consulting ey
18:13, karol.krochmal , Sluzbowo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017
Florida Keys

Z pary powodów o których już wkrótce, w kalendarzu zrobiła mi pięciodniowa dziura. Miała być wypełniona początkowo przez podróż samochodem do Vancouver, pózniej wszystko wzięło w łeb bo okazało sie ze wynajęcie będzie kosztowało duzo za duzo wiec zamiast tego popatrzyłem w Kayak by sprawdzić dokąd na najbliższe dni najtaniej możnaby dolecieć. A ze Floryda okazała sie być całkiem przystępna destynacja, jako ze ciepło tam i słonecznie i jako ze serial Netflixowy Bloodline jest w szerokim szeregu moich ulubionych, postanowiłem właśnie uciąć sobie krótkiego trupa na najbardziej na południe wysunięte punkty kontynentalnych stanów zjednoczonych. 

Doleciałem do West Palm Beach, tam miałem wynająć samochód a ze piękny dzien mieliśmy, zapytałem sie ile kosztowałaby mnie dopłata do kabrioletu. Okazało sie ze z moim statusem całkiem wyszło niedrogo wiec na następne dni stałem sie szczęśliwym szoferem takiego oto Mustanga:


Ruszyłem wiec w podróż i wieczorem dotarłem do Miami Beach. Cóż, nie miałem przesadnych oczekiwań wiec i sie nie rozczarowałem - miasteczko to oaza emerytów i 'klubowiczow' tryskająca różem, zielenią i tandeta na każdym kroku. Hotele z lat 80tych znane z Miami Vice, wybudowane wtedy pewnie przez narkotykowe pieniądze. Spędziłem jeden wieczór i mi wystarczyło - ruszyłem na południe. 


Gdy tylko opuściłem aglomeracje, zaczęła sie przygoda - pierwsze kilkadziesiąt mil to przejazd prze Everglades - setki hektarów parku narodowego wypełnionymi lasami mangrowymi, bagnami i wodami zainfestowanymi krokodylami do tego stopnia ze autostrada oddzielona od reszty była przez dwa rzędy płotów: najpierw metalowa siatka a potem betonowy mur. 

Zatrzymałem sie w miejscowości/wysepce Key Largo, wynająłem sobie kajak, panowie zapytali czy znam okolice, przyznałem sie ze ani trochę wiec dali mi mapę bagien (serio!), ulotkę o tym ze krokodyle ludzi nie atakują, chyba ze małych ludzi albo gdy czuja sie zagrożone lub bardzo głodne. Duzo tych 'chyba ze'... Zasiadłem w kajaku i przez kolejne kilka godzin przedzierałem sie przez bagniste magrowiska poszukując słynnych kroków. Widziałem mnóstwo ryb (woda była krystaliczna), często zatrzymywałem sie przy korzeniach i rozglądałem ale nic nie znalazłem. 


Trochę wiec rozczarowany pojechałem dalej by o zachodzie słońca pojawić sie w Key West. 

Key West to ostatnia wysepka i cypelek oddalony jakieś 90mil od Havany - do niedawna nie było tam nic oprócz bazy wojskowej a teraz wyrosła wokół świetna hippisowska wioska która jednak jest znacząco zbyt droga by nazywać sie 'hippisowską wioska'. 

Następnego dnia udałem sie katamaranem moze z godzinę wgłąb morza by ponurkować na rafie koralowej u brzegów Florydy. Było fajnie, choc znów rozczarowująco - korali niespecjalnie duzo a do tego ludzie którzy było tam ze mną uchwycili na kamerze całkiem sporego rekina pływające moze z 2-3 metry pod nimi - mi zaś taka okazja znów przeszła koło nosa - ani rekinów, ani krokodyli, bloody hell :(


Po powrocie spędziłem jeszcze miły wieczór we wiosce a następnego dnia, podążając za sugestiami, zatrzymałem sie na pre godzin w okolicy Bahia Honda Keys - całkiem ładnej plazy. Zjadłem porządna, kubańska kanapkę na lunch i wróciłem w stronę Miami. Jeszcze ostatnia impreza zakończona na plazy robiąc zdjecia nadchodzącej burzy a nazajutrz ruszyłem w ostatnia podróż, tym razem do Fort Lauderdale. Spędziłem chwile na płazy, oddałem samochód po czym wsiadłem w samolot i odleciałem do Toronto. Tam temperatura oscylowała wokół połowy tego co na Florydzie, nie było palm, piasków ani ciepłego morza. 


Moze i sie starzeje, ale chyba rozumiem tych którzy osiadlaja sie w tamtej części kraju na emeryturze. Kto wie - moze sam tam wrócę za jakieś 30 lat?? :)

wtorek, 20 czerwca 2017
Sigur Ros live w Toronto
W 2003 po raz pierwszy bylem na festiwalu w Roskilde i moznaby powiedziec ze od wtedy moje muzyczne horyzonty zaczely sie szybko i mocno poglebiac i poszerzac. W 2003 headlinerami byli Bjork, Blur, Coldplay, Metallica, Iron Maiden, Dave Gahan. Bonnie Prince Billy, Kaizers Orchestra, NAS, Beth Gibbons, Massive Attack i inni, ja glownie jechalem i tak na Black Heart Procession, ale show calemu zbiegowisku skradli Sigor Ros, ktorzy zrobili absolutna miazge z bialego namiotu, przeorali mozgi wszystkim sluchaczom i wprowadzili ich w jakis nieziemski trans. To wtedy po raz drugi i ostatni widzialem ludzi tarzajacych sie po ziemi przez muzyke ktora tak ich ogarnela.
Dwa lata pozniej, w 2005 widzialem Sigur Ros na tym samym festiwalu i ponownie byl to najlepszy koncert roku. Wiadomo wiec bylo, ze gdy tylko islandczycy zawitali do Toronto, musialem byc na miejscu. Ja - kilkanascie lat starszy ale i muzycy bardziej dojrzali - ciekaw bylem tego clashu.
Po pierwsze - koncert byl plenerowy, na Echo Beach, wiec jeden minus. Dwa - bylo troche cicho, prawie ze kameralnie. A trzy - zespol wystapil jako trio, bez skrzypcow i innych przeszkadzajek co mogloby wypasc in minus, ale generalnie nawet sie bronilo.
No a in plus - setlista! Zagrali kilka kawalkow z mojej najulubienszej plyty "()", w tym ten z numerem 6 oraz numer konczacy (na koniec!) dzieki czemu szczeki opadly absolutnie kazdemu. Nawet mojej kolezance Mojan z ktora tam bylem a ktora to jest troche laiczka jesli chodzi o muzyke - tu byla naprawde pod wrazeniem. Oprocz () bylo kilka innych standardow, przekroj przez wszystkie plyty wlacznie z calkiem dobra, najnowsza "Kveikur", bylo oczywiscie monumentalne "Ny Batteri" ktore chodzi za mna przez dekady.
Nastepna sprawa - Sigur Ros na zywo to nie tylko muzyka - wizualizacje podczas koncertu byly prawdopodobnie najlepszymi jakimi w zyciu widzialem! Polaczenie swiatlowodow z ekranami poprzecznymi i podluznymi dalo niesamowite wrazenie trojwymiarowosci, genialnie jeszcze ilustrujac muzyke.


 
I tylko zal ze moja reintrodukcja z Sigur Ros nie miala miejsca w jakims mniejszym lokalu gdzie wizualizacje bylyby jeszcze bardziej obezwladniajace a muzyka mocniej kopala w uszy. Poza tym, genialne 2 godziny muzyki na zywo. Jesli ktos widzial Sigur Ros, pewnie wie o czym mowie, a jesli nie - goraco polecam!
środa, 26 kwietnia 2017
Vancouver days
Zeby nie bylo tak sucho, podziele sie moze kolejnym wspomnieniem z nieco przedluzonego weekendu w Vancouver. 
Okazalo sie bowiem ze Fereshteh przez kolejne swoje profesjonalne koneksje znalazla prace w tym najlepszym miejscu na swiecie i z jednego dnia na dzien spakowala sie i sie tam przeniosla. Do tego firma dla ktorej pracuje wynajela jej za calkowita darmoche dwupokojowe mieszkanie na wzgorzach Polnocnego Vancouver. Nie bedzie przesada gdy powiem ze sam jej living room jest wielkosci calego mojego mieszkania w Toronto, a do tego dziewczyna ma do dyspozycji dwie sypialnie, dwie lazienki i 'biuro'. 
Jak to czesto w Kwietniu w Vancouver bywa, bylo dosc sporo do roboty i zobaczenia. Jak rowniez bywa, pogoda nie rozpieszczala i przez wiekszosc czasu dosc mocno padalo. 
Pierwszego wieczoru zaprosilismy kilku znajomych ze szkoly na Iranska kolacje - glownie po to by mogli poznac Fereshteh - wiekszosc znajomych do tej pory mysli ze istnieje ona tylko wirtualnie. Jedzenie bylo pycha i dobrze zobaczyc niektorych po prawie dwoch latach. I tak oto  Karim i Sandra spodziewaja sie dziecka i kupili mieszkanie, Ivana i Hani z domem i zareczeni, Onur i Sarah juz date slubu maja zaplanowana (i best man'a wybranego) i tak dalej i tak dalej...
Nastepnego dnia, korzystajac z wiosny i deszczu za oknem, wsiedlismy w auto, przejechalismy moze 10-15km na polnoc i... 



No wlasnie - kolejne piekno Vancouver. Mount Seymour czyli gorka ktora jest prawie ze w granicach miasta oferowala ponad 2 metry sniegu, 30cm swierzego puchu i swietne warunki. Dla Fereshteh byl to pierwszy raz na deskach, ale po poczatkowych problemach, dosc szybko zalapala o co w tym wszystkim chodzi i byla w stanie przejechac kilkanascie minut w dol trasy bez upadku. Brawo!



Jako ze dla mnie byly to dni pracowite - staralem sie polaczyc normalne obowiazki (ze wzgledu na roznice czasu wstawalem o 5am) ze spotkaniami i kawami z roznymi kontaktami w Vancouver rozpytujac gdzie moznaby sie zahaczyc, nie bylo zbyt wiele czasu na inne zajecia. Na szczescie udalo sie jeszcze spotkac w meskim gronie z Thomasem, Robem i Onurem, oraz wybrac na 'randke' na mecz Canucks. 



I mimo ze zostali dokumentnie zmloceni przez Anaheim, warto bylo zobaczyc ulubiona hokejowa druzyny w towarzystwie mojej ulubionej dziewczyny :)
Ostatniego dnia zlozylem jeszcze wizyte w pracy Fereshteh, poznalem kilka osob w jej biurze - sympatyczni tak samo jak sympatyczna jest droga przez park do jej biura. W Toronto nazwaliby to 'gora' i rozrysowali szlaki wspinaczkowe. No, chyba ze lokalni wlodarze juz dawno by calosc oczyscili i wybetonowali.



W koncu przyszlo sie zegnac, zapakowalem sie w 5-godzinny lot do Toronto i przez okno kokpitu ogladalem wychodzace zza chmur slonce gdzies nad oceanem. To byl znak. Czas wracac na zachodnie wybrzeze!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
Archiwum
Zakładki:
Tagi