Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
Blog > Komentarze do wpisu
Vancouver Canucks w Toronto!
O tym co sie dzialo w Paryzu nie sposob nie myslec, ale i nie sposob napisac cos bardziej madrego niz pisza wszyscy. Czesc swiata zmienia sobie profilowe na trojkolorowe, inna czesc swiata nie zmienia i pisze dlaczego nie zmienia. Inniejsi jeszcze mofyfikuja fotki i do paryza dopisuja Beirut albo inne jeszcze miasta, albo w ogole pisza ze cale takie kampanie to tylko woda na mlyn terrorytow. Mniejsza z tym. 
Faktem jednak ze to co stalo sie w Paryzu odbilo sie echem oczywiscie rowniez i w Kanadzie. Na sobotni wieczor zaplanowany mialem mecz NHL jako ze po raz jedyny do Toronto przybywali Vancouver Canucks wiec oczywiscie zaopatrzony w koszulke, czapeczke i pewnie tez i bielizne z orka na niebieskim tle, ruszylem do Air Canada Center by dac wyraz swojej sympatii dla druzyny przyjezdnej i jednoczesnie moc wykrzyczec ile mi sie tylko podoba 'Suck it Toronto'.
Oczywiscie przed meczem odbyla sie chwila ciszy. A cisza byla taka ze w hali na 20 tysiecy ludzi slychac nie slychac bylo slowa tlumu, z korytarzy i niczego innego. Porazajace.



Mecz byl zaciety - rozpoczelo sie od 2:0 dla gospodarzy, pozniej Canucks zdobyli bramke kontaktowa a pozniej sedziowie zaczeli swoj koncert - nie uznali dwoch calkowiscie prawidlowo zdobytych bramek dla Vancouver za to zaliczyli jedna dla Maple Leafs choc wyraznie napastnik wjechal w naszego bramkarza. Bylo duzo krzyku, calkiem liczna grupa fanow Canucks rozstrzelona po hali od czasu do czasu dala o sobie znac. Mecz byl zaciety do ostatnich sekund, ostatecznie Maple Leafs wygrali 4:2. W drodze powrotnej (wciaz w koszulce na wierzchu) lokalsi raz czy dwa wrzasneli wokol mnie Go Leafs na co ja odpowiedzialem ze pewnie mieli na mysli Go Refs. Najmniej przyjemna osoba ze wszystkich ktorych tego dnia poznalem i z ktorymi wdalem sie w dyskusje (niech Szanowna Wycieczka uwierzy - chodzenie po Toronto w koszulce Vancovuer Canucks to swietny opener do rozmow!) okazala sie calkiem urocza niewiasta, ktora okazala sie byc fanka Flames rodem z Calgary, wiec mozna jej wybaczyc z racje tego ze musiala sie wychowywac w prowincji Alberta ;)
Zarty zartami - jest cos wspanialego w tym ze moge isc w koszulce przyjezdnej druzyny na mecz narodowego sportu gdzie fani sa naprawde 'die hard'. Toronto Maple Leafs to jedna z najgorszych druzyn w NHL, jednak na kazdym meczu zjawia sie komplet 20 tysiecy ludzi a bilety zaczynaja sie od $100 za miejsca stojace, koncza na sam nie wiem ilu, ale pewnie okolo $1000 za centralne. A mimo wszystko, oprocz paru zartow i wzajemnego przekrzykiwania sie jest milo, przyjaznie i bez jekiejkolwiek wrogosci mimo ze i mlodzi ludzie i alkohol sprzedawany i nie ma zadnych sektorow gosci czy tym podobnych glupot.



Na wiecej meczow Maple Leafs w tym sezonie isc nie planuje, chyba ze jakims cudem (tak, CUD to dobre okreslenie) obie druzyny spotkaja sie ponownie w finale Pucharu Stanleya.. i tym zartem na dzis zakoncze.


GO CANUCKS GO!
wtorek, 17 listopada 2015, karol.krochmal

Polecane wpisy