Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
Blog > Komentarze do wpisu
Lotniskowe koszmary dzien po dniu
Nie raz i nie dwa na łamach TGDIR przedstawialem wszem i wobec jak autor szalenie lubi pdrozowac, latać, zmieniać lotniska, kontynenty, samoloty i jak czasami nawet małe niedogodności mogą sie okazac przyczynkiem do jakiejś ciekawej przygody. Tym razem chyba jednak wszystkie granice przyzwoitości polegania na liniach lotniczych zostały przekroczone. 
Cofnijmy sie kilka dni:
Czwartek: otrzymuje wiadomość ze mój lot Lima - New York jest opóźniony 3.5 godz. Niby nic, ale jest szansa ze nie zdarze na przesiadke do Toronto, wiec dla pewności dzwonię do linii lotniczych by zarezerwować kolejny lot. Okazuje sie jednak, ze nad NYC szaleje burza śnieżna i następnego dnia wiekszosc lotów jest odwołana. Robi mi sie ciepło, jako ze w piątek rozpoczynają sie w Toronto MBA Games - Event którego za żadne skarby nie chciałbym przegapić. Niewiele mogąc zrobic, niepewnie udaje sie na lotnisko zgodnie z pierwotnym czasem odloty (00:20 następnego dnia) licząc ze uda mi sie dowiedzieć cos wiecej. 
Na lotnisku nic nie wiadomo, moje bagaże odprawione zostają tylko do Nowego Yorku a miła pani z linii LAN informuje ze na miejscu będę musiał cos kombinować. 
Piątek: samolot zamiast 00:20 startuje o 4:00. Trudno. Boje sie co prawda tego co bedzie działo sie na JFK, ale mocno na zapas: gdy jesteśmy w powietrzu okazuje sie ze JFK zostaje zamknięte a nasz lot przekierowano do Miami. Jesteśmy tam około 10am, po godzinie samolot dostaje clearance na wypuszczenie pasażerów. Ja pełen nadziei ze uda mi sie złapać cos bezpośrednio do Toronto omijając NYC begam od linii do linii i wszędzie to samo - nic wolnego przez cały weekend, najwcześniej wtorek. Było już gorąco, ale okazało sie ze ponownie otwarto JFK a LAN zdecydował sie kontynuować lot.  Około 5pm byłem ponownie na pokładzie a ok 8:30pm wylądowaliśmy w zasypanym śniegiem i mroznym New York City! Zanim doczekaliśmy sie na wolna bramkę, minęły kolejne 2 godz. Prawie rozpychajac sie łokciami wybieglem z rękawa, chwycilem pierwsza z brzegu agentkę, rzuciłem krótkie pytanie o Toronto na ten sam wieczór i....l zostałem wyśmiany! Ani dzis, ani jutro, ani pojutrze.  
Sobota: MBA Games trwają już od kilku godzin, ja zdesperowany krzątam sie po lotnisku które przypomina bardziej centrum pomocy po katastrofie naturalnej - wszędzie porozstawiane polowe łóżka, ludzie koczujący bez jakiejkolwiek informacji, bagaże porozrzucane wokół karuzel, istne szaleństwo. Poznaje pewna Irlandię mieszkająca w Toronto bo w koncu razem w biedzie lepiej. W przeblysku świadomości zaczynamy dzwonić po hotelach (nie ma nic wolnego), liniach autobusowych (jest szansa, ale trzeba dostać sie na Manhattan - 1.5 godz drogi!), w koncu wykrecilem numer do wypożyczalni samochodów...... Tak, są dostępne!! Omal nie zacząłem tańczyć! Szybka rezerwacja, 45 minut szukania bagaży gdzie poznaliśmy pewna rosyjska-kanadyjska rodzine z synem którzy dowiedziawszy sie ze mamy samochód prawie błagali nas żeby zabrać chociaż ich syna. Jesteśmy wspanialoduszni - oferujemy zabrać cała trójkę i tak oto piec osób pakuje sie do wypożyczonego samochodu i rusza na północ!
Mimo ze to już druga nieprzespana noc, prowadzę prawie cały czas (głowa rodziny przejął na chwile gdy już twarz opadała mi na kierownice), około 7.30am przekraczamy granice! Internet działa, ja zbieram update'u na temat zawodów, i już niesamowicie cieszę sie ze choć 15 godzin opóźniony, dołączę do drużyny! Około 9:30 melduje sie w hotelu.
Niedziela:  chcąc zmienić niedzielny lot do Vancouver na poniedziałek by moc w pełni uczestniczyć w ceremonii zamknięcia igrzysk, spędzam 100minut czekając na połączenie z agentem Air Canada. Rozmowa trwa minutę: mozna przebookowac? Nie mozna. Czy na pewno samolot odleci? Na pewno. Dziękuje. 
Około 23:00 siedzę w opóźnionym nieco samolocie do Vancouver czekając na pushback. Standardowe: dzien dobry, tutaj kapitan, (...). Jak państwo widza, za oknem biało i pada i służby w Toronto nie nadążają. Niestety musimy odwołać ten lot. 
Omalo nie zemdlałam. 
Poniedziałek: Oczywiście obiecano hotel, wystarczy zgłosić sie po voucher w punkcie Air Canada - podchodzę i widzę.,,, lekko 1000 osób w kolejce po hotele!!! Nie ma mowy! Nie mogę tez wrócić do centrum gdzie moja drużyna kontynuuje celebracje bo transport w jedna stronę kosztuje wiecej niz rental+paliwo z NYC do Toronto razem wzięte! Staram sie dodzwonić do Air Canada: planowany czas oczekiwania na połączenie; ponad 3 godziny. Dosłownie nie mam pojęcia co robić, szukam sobie konta by sie zdrzemnac choćby na pare godzin, zobaczyłem grupę ludzi koczujących pod punktem biletowych Air Canada - okazało sie ze otwierają o 4am. Położyłem sie w kolejce i zasnalem moze na godzinę. W międzyczasie jesteśmy co chwile informowani ze przebookowania mogą Byc dokonywane jedynie telefonicznie lub online (opcja online ńie działała!). Jako ze jesteśmy jednak na początku kolejki, postanawiam czekać starając sie połączyć jednocześnie z AC bo przecież i tak nic innego nie jestem w stanie wymyślić. 
Jako ze jest nas tam moze z 50 desperatów, zostajemy owinieci taśmami a obsługa lotniska dosc dziwnie sie uśmiecha - około 5:30am otwiera sie jedno stanowisko tylko dla nas oferujące pełne informacje - co sie dzieje, jakie są opcje i perspektywy. 
Vancouver? Nic nie ma dzis i jutro, zaoferowali mi środę i hotel, ale nie jestem zainteresowany, poprosiłem wiec o bilet Stand-By. Dostaje takowy i jestem skazany na to ze inni sie nie zjawia. Pierwszy samolot do Vancouver odlatuje o 6:50am, czekam przy bramce, zaparkowali kogo był i zaczynaja wyczytywac nazwiska Stand-By. Dziewczynie która stała w kolejce przede mną udało sie. Wciąż czekają na jedna pasażerkę. Ta sie spóźnia, Mr Krochmal, Please report to gate D36 immediately. Dostaje ostatnie miejsce w samolocie, drzwi sie zamykają, jeszcze moze 45min nerwów ze cos sie stanie, w koncu taxi, takeoff i jesteśmy w powietrzu! 
Siedzę na pokładzie i jestem prawie pewny ze w Vancouver nie bedzie śniegu, burzy, stormow czy ataku godzilli. Pozostała godzina lotu a ja nie mogę sie doczekać az ta kilkudniowa podróż w koncu dobiegnie końca. 
niedziela, 12 stycznia 2014, karol.krochmal

Polecane wpisy