Do not listen to their words we will not leave you down. They are traitors to our dead to our history abroad. We sailed on coffin ships to many foreign shores. We were welcomed to their lands and now the turn is ours.
Blog > Komentarze do wpisu
Nepal (pt. one)
Wszystko juz zaczelo sie tak jakby ktos niesmialo dawal znac - odpusc sobie - od niemilego mejla z brazylii ze blablabla - nie chcemy cie - szkoda jako z poswiecilem tej misji dobry miesiac swojego zycia zaniedbujac inne sprawy. Postanowiwszy jednak mimo wszystko wyrwac sie z Delhi, udalem sie wraz z Kuba w - jak na razie - najbardziej szalona podroz od kiedy tu jestem.
Ciag dalszy absurdow (choc to dopiero poczatek) mielismy juz na dworcu w Delhi - jakims sposobem znalezlismy pociag, co dziwnym zbiegiem okolicznosci nie bylo latwe. Wsiedlismy a tam tlum!!! Trzeba sie przeciskac do naszych miejsc na ktorych juz siedzi okolo 14 osob (normalnie miejsca powinno byc dla 6). Krotka zadyma i juz siedzimy, jednak wciaz jest nas ponad 2 razy za duzo. Pojawil sie kanar i okazalo sie ze... wszyscy maja bilety! Odjazd! Integrujac sie z wszechogarniajacym tlumem, spiac na wlasnych bagazach (i tak dobrze ze udalo nam sie nie dzielic lozka z hindusami, a hinduski nie byly zainteresowane) dotarlismy do miejscowosci Gorakhpur okolo 9 rano.
Wsiedlismy w autobus do granicy - jakies 3 godziny w lokalnym standardzie - no wiadomo jakim - ale to tylko chwila wiec tylko sie spostrzeglismy a juz bylismy na miejscu. Przechodzimy granice, ja sie odprawiam - z powodzeniem, a jako ze pan celnik byl bystry i mial dobry wzrok, zorientowal sie ze Kuby wiza Indyjska stracila waznosc dzien wczesniej. Odeslac juz nas chcial do biura FRRO w Varanasi, ale po chwili powiedzial sakramentalne 'ja pomoge wam, wy pomozcie mnie'. Po krotkiej wizycie na zapleczu gdzie 500 rs opuiscilo Kuby porftel, ten dostal pieczatke o opuszczeniu kraju z data wsteczna. Ufff... Jestesmy juz prawie w Nepalu - tam jeszcze jedna kontrola - udalo mi sie dostac wize darmowa pod warunkiem ze opuszcze kraj w ciagu 3 dni (czyli jutro ma mnie tu nie byc), a z Qb znowu problemy - panowie sie czepili ze opuscil Indie 3 dni temu, a dopiero teraz wjezdza do Nepalu i odeslali go z powrotem - ten jednak spryciarz jak tylko opuscil biuro, przemalowal date w paszporcie dlugopisem i bylo ok :) Ot, taki to sposob ;)
Bylismy w Nepalu! Na dachu Swiata!
Pod wieczor, mimo ostrzezen, wsiedlismy w lokalny autobus do miejscowosci Pokhara - cala noc w tragicznych (oj, nie - to slowo zostawie na pozniej - powiedzmy niekomfortowych) warunkach, z przystankami w srodku nikad miedzy szczytami gdzie tylko czekalismy na ataki maoistycznej partyzantki. Rano bedac na miejscu zdecydowalismy sie na wynajecie na dzien jakiegos pokoju. Po max 2 h drzemki zerwalismy sie - wypozyczylismy motory (!!!) i w droge - jako ze byl to Kuby debiut - krotka szkola - 'to tak jak na rowerze a biegi jak w samochodzie' - mowie. 'Tylko ze ja nigdy nie jezdzilem samochodem' :) No wiec bylo wesolo na poczatek, ale kolo byl twardziel i nie dal sie przesadzic na skuter. W koncu juz zalapalismy, caly dzien pojezdzilismy, a przygod bylo co nie miara. Z mojej strony to zgubilem kluczyk od stacyjki, ale motor jakos i bez tego zapalal a w wypozyczalni sie nie zorientowali;), pozniej zostawilem gdzies aparat i po moze 15min zaskoczylem ze czegos mi brakuje, wiec prawie jak kubica bolidem, tak pociskalem swoja yamaha i.. aparat lezal na miejscu! Glupi to ma szczescie! Ale nalezalo mi sie, bo wczesniej jakiegos dziadka do miasta na tylnim siedzeniu podwiozlem, wiec dobroc zostala wynagrodzona!
Kuba tez robil za bohatera i zaproponowal ze podwiezie sympatyczna Nepalke - ta sie zgodzila i jechali, jechali, tylko ze ten wciaz niezbyt pewnie i nie zorientowal sie ze jednak w tych stronach jezdzi sie po lewej, nie po prawej. Bedac w pelni koncentracji, z lokalna pieknoscia na tylnim siedzeniu, jadac po niewlasciwej stronie drogi, wyrznal w jakiegos przechodnia ostro go tlukac. Niewiasta wyladowala w rowie a motor na ziemi. Zbiegl sie oczywiscie tlum i zaczela sie zadymka - zaczelo sie ze trzeba do szpitala goscia zawiesc, pozniej jak Kuba wytlumaczyl ze to tylko kilka drasniec, chcieli 200rs na leki, ten dal im 50 i w dluga :) Pieknosci jednak nie dogonil, bo ta wiala ile sie dalo.
Na koniec wizyty w Pokhara byloa jeszcze klotnia w hotelu o kase (tu udalo nam sie 100rs zaoszczedzic - raz oszukuja nas, raz my ich) i udalismy sie na przystanek autobusowy. Tam czekajac w strugach deszczu i gradu, poznalismy przeurocza rodzinke, godzina minela jak z bicza trzasnal, ja upewnilem sie ze jednak Nepalki nie sa az tak duzo gorsze od Hindusek (zeby nie powiedziec ze zakochalem sie w 14latce, haha!), w koncu zrobilismy ostatnie zakupy i skierowalismy swoje kroki w strone autobusu do Kathmandu...
poniedziałek, 30 kwietnia 2007, karol.krochmal

Polecane wpisy